Wpisy archiwalne w miesiącu

Lipiec, 2026

Dystans całkowity:1216.49 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:70:47
Średnia prędkość:17.19 km/h
Maksymalna prędkość:43.13 km/h
Suma podjazdów:5512 m
Suma kalorii:36738 kcal
Liczba aktywności:8
Średnio na aktywność:152.06 km i 8h 50m
Więcej statystyk

Wisła 1200 - dzień 7. Wiatr, Tczewskie Łąki i meta w Gdańsku

Piątek, 10 lipca 2026 · Komentarze(1)
Po przebudzeniu przez moment ucieszyłem się, że nie muszę już wsiadać na rower. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że został nam jeszcze jeden pełny dzień i 149 kilometrów do mety w Gdańsku. To był pierwszy poranek podczas całego rajdu, kiedy naprawdę nie chciało nam się ruszać. Niechęć trwała jednak tylko kilka minut. Kiedy wyszliśmy z pokoju, ponownie włączył się tryb zadaniowy: trzeba jechać.

Wystartowaliśmy z Grudziądza o 6:42. Niemal od razu przejechaliśmy brukowanymi uliczkami pomiędzy ceglanymi budynkami starego miasta, a chwilę później znów byliśmy na polnych drogach i wałach. Na Górze Łosiowej zatrzymaliśmy się przy ławce z widokiem na Wisłę. Było jeszcze wcześnie, ale początek dnia nie zapowiadał łatwych kilometrów. Mieliśmy zapas względem limitu 170 godzin i już od poprzedniego dnia wiedziałem, że ukończymy rajd. Jedyny moment całej wyprawy, kiedy realnie obawiałem się wykonania planu, pojawił się we wtorek po obiedzie w Płocku. Do noclegu zostawało wtedy jeszcze dużo kilometrów, a deszcz, wiatr i problemy z trasą mocno komplikowały sytuację. Ostatni dzień był pod kontrolą, ale nie mogliśmy już odkładać kilometrów na później.

O dziewiątej mieliśmy przejechane dopiero około dwudziestu kilometrów. Za nami były Góra Łosiowa, single i kolejne wały. Nawierzchnia zmieniała się od twardych polnych dróg pomiędzy polami do mniej równych ścieżek. Liczyliśmy, że dalej pojawi się więcej asfaltu.

Przy przekraczaniu Wisły z mostu dobrze było widać rzekę i rozciągające się po obu stronach pola. Widoki były otwarte, ale oznaczało to również pełną ekspozycję na wiatr. Na około półtorakilometrowym zjeździe z mostu w Kwidzynie rower bez pedałowania zwalniał, zamiast się rozpędzać. W drodze do Gniewu jechaliśmy jeszcze polnymi drogami, miejscami z piaskiem i kałużami. Przez dłuższy czas widzieliśmy przed sobą zamek i stare miasto położone na wzniesieniu. My zbliżaliśmy się od południa przez pola, a panorama Gniewu stopniowo rosła przed nami. Nie był to widok zauważony przez chwilę pomiędzy kolejnymi zakrętami. Jechaliśmy i jechaliśmy, a miasto cały czas dobrze prezentowało się na horyzoncie.
Do Gniewu dotarliśmy około 11:25. Zatrzymaliśmy się w cukierni na kawę i ciastka. Robiło się już ciepło, więc mogłem wreszcie zdjąć wiatrówkę. Do mety pozostawało około stu kilometrów. Problemem nie była jednak temperatura, tylko wiatr. Odcinki przed Gniewem prowadziły wałami i polami, przy podmuchach przekraczających 40 km/h, prosto w twarz. Na otwartej przestrzeni nie było się gdzie przed nim schować.

Do Tczewa mieliśmy około trzydziestu trzech kilometrów. Planowaliśmy tam zjeść obiad, ale najpierw trzeba było przejechać kolejny odsłonięty odcinek wałem. Wiatr momentami był tak silny, że normalna jazda stawała się prawie niemożliwa. Poruszaliśmy się do przodu, ale kosztowało to nieproporcjonalnie dużo energii. Ostatnie dziesięć kilometrów przed Tczewem prowadziło już asfaltem i asfaltowym fragmentem Wiślanej Trasy Rowerowej. Wiatr nadal wiał prosto w twarz, ale po wcześniejszych wałach równa nawierzchnia była ogromną ulgą.
Do Tczewa dotarliśmy około 14:20. W restauracji z widokiem na Wisłę zamówiliśmy hamburgery z frytkami i bezalkoholowe piwo. Prawie godzinna przerwa bardzo pomogła. Mogliśmy odpocząć, uzupełnić energię i na spokojnie spojrzeć na pozostałą część trasy.

Około dziesięciu kilometrów za Tczewem zaczynał się odcinek specjalny Tczewskie Łąki. Liczyliśmy na dobre szutry, a nie kolejne zarośnięte ścieżki. Dalej miało zostać trochę szutrów na Wyspie Sobieszewskiej i odcinki, które na Garminie wyglądały na względnie dobre drogi. Nadzieja na łatwą końcówkę szybko się skończyła. Tczewskie Łąki miały około 12–15 kilometrów i były jednym z najbardziej wyczerpujących psychicznie fragmentów całego dnia. Nawierzchnia ciągle się zmieniała. Raz jechaliśmy wyraźną ścieżką, za chwilę przez nierówną łąkę bez żadnej drogi. Pod koniec pojawił się jeszcze piach. Nie był to jeden szczególnie trudny technicznie fragment, tylko długi ciąg nierównej i powolnej jazdy. Po tygodniu na trasie takie odcinki męczyły bardziej psychicznie niż fizycznie. W pewnym momencie miałem ochotę rzucić rower w krzaki. Andrzej wydostał się z łąk szybciej, podczepiając się pod szybkiego zawodnika. Czekał na mnie przy sklepie około 3,3 kilometra dalej. Gdy do niego dotarłem, do mety zostawały czterdzieści cztery kilometry. Dalej ruszyliśmy już razem.

Trasa nie prowadziła jednak bezpośrednio do Gdańska. Najpierw wyprowadzała nas na wschód, w stronę Świbna i obowiązkowego punktu przy ujściu Wisły. Wiatr nadal trochę przeszkadzał, ale po wjechaniu do lasu na Wyspie Sobieszewskiej przestał mieć większe znaczenie. Końcowy dojazd do cypla prowadził szutrową ścieżką, a ostatni kilometr po kamieniach bezpośrednio przy brzegu Wisły. Kilka razy musiałem przenosić rower nad wodą. W butach SPD było ślisko i bardziej niż zmęczenia obawiałem się, że tuż przed końcem wywrócę się na kamieniach albo skręcę kostkę. Na końcu cypla zrobiliśmy zdjęcie z rowerami. To właśnie ujście Wisły, a nie oficjalna meta, było dla mnie najważniejszym miejscem tego dnia. Dopiero tam można było spojrzeć na morze i pomyśleć, że rzeczywiście przejechaliśmy całą Wisłę - od źródeł aż do ujścia.

Do oficjalnej mety pozostawało jednak jeszcze około 28 kilometrów. Najpierw trzeba było wrócić tą samą kamienistą ścieżką, a następnie przejechać szutrami przez Wyspę Sobieszewską. Zatrzymaliśmy się również przy zejściu na plażę. Zostawiliśmy rowery na piasku i zeszliśmy zrobić zdjęcie z Bałtykiem. Andrzej zaczął stopniowo podkręcać tempo. Sam pewnie jechałbym nieco spokojniej, ale szybsza jazda pomagała sprawnie zamknąć rajd. Wiedzieliśmy, że po dotarciu do mety nie musimy już nigdzie dalej jechać. Możemy odstawić rowery i odpocząć. Skoro byłem w stanie utrzymać tempo Andrzeja, oznaczało to również, że mimo tygodnia na trasie organizm zachował jeszcze trochę rezerw.

Po wjechaniu do Gdańska wiatr wreszcie całkowicie się skończył. Najpierw trafiliśmy na około osiem kilometrów dobrej asfaltowej ścieżki. Organizatorzy postanowili jednak na koniec przypomnieć nam, że dużą część rajdu spędziliśmy na wałach. Przez około sześć kilometrów jechaliśmy wałem wyłożonym płytami, a ostatnie trzy kilometry prowadziły po kocich łbach przez Stare Miasto.

Na metę dotarliśmy o 20:03, po 156 godzinach i 53 minutach od startu rajdu. Limit wynosił 170 godzin, więc ukończyliśmy go z wyraźnym zapasem. Ostatniego dnia Garmin zarejestrował 146,98 kilometra, 9 godzin i 43 minuty jazdy oraz 13 godzin i 21 minut całego czasu.

Na miejscu czekała Monika. Odebraliśmy medale i zrobiliśmy zdjęcie z tablicą pokazującą nasz wynik. Odprowadziłem rower do samochodu, a Andrzej jeszcze umył swój. Później spotkaliśmy się na sali przy posiłku regeneracyjnym i piwie. Odebrałem też pamiątkową koszulkę z rajdu. Na mecie bolały mnie uda, nogi były zmęczone, a dłonie nadal zdrętwiałe. Nie czułem się jednak całkowicie wyczerpany. Paradoksalnie miałem wrażenie, że gdyby było to konieczne, następnego dnia również potrafiłbym wsiąść na rower.

Najsilniejszym uczuciem nie była duma, tylko ulga. Po siedmiu dniach jazdy, ciągłych zmianach nawierzchni, wietrze, deszczu, wałach i kolejnych korektach planu mogliśmy wreszcie przestać jechać. To był po prostu koniec bardzo długiego tygodnia.






















Wisła 1200 - dzień 6. Konsekwentnie do Grudziądza

Czwartek, 9 lipca 2026 · Komentarze(0)
Poranna rutyna działała już automatycznie. Pobudka około 5:30, mycie, pakowanie, jedzenie i wyjazd o 6:31. Najpierw musieliśmy wrócić pięć-sześć kilometrów z agroturystyki do trasy. Nie zastanawialiśmy się jednak nad całą pozostałą drogą. Cel na czwartek był prosty: przejechać około 150 kilometrów i zostawić podobny dystans na ostatni dzień.
O dziewiątej dotarliśmy do Silna. Był to nasz pierwszy postój od noclegu, więc zjedliśmy pizzę z Żabki. Mieliśmy za sobą mniej więcej jedną czwartą planowanego dystansu i około czternastu kilometrów do Torunia.

Większa część poranka prowadziła przez lasy, zarośla i piachy. Kiedy po raz kolejny zakopywaliśmy się w luźnym podłożu, było nas słychać z daleka. Żartowaliśmy, że „ojca dyrektora pieką uszy”, bo w drodze do Torunia pozdrawialiśmy go słowami, których raczej nie wypada cytować. Początkowo chcieliśmy dotrzeć kawałek za Grudziądz, żeby na piątek zostało mniej niż 150 kilometrów. Według naszych obliczeń sam Grudziądz wypadał mniej więcej w połowie pozostałej drogi do mety.

W Toruniu zrobiliśmy krótką przerwę i jedno z nielicznych bardziej turystycznych zdjęć tego dnia. Spotkaliśmy też chłopaków z Wadowic. Poprzedniego dnia dojechali do miasta prawdopodobnie dopiero po północy. Kiedy my pojawiliśmy się tam po dziesiątej, oni dopiero ruszali. Wyglądali dobrze i jechali szybciej, bo zdążyli odpocząć, ale za długi poprzedni etap zapłacili późnym startem. Przez chwilę jechaliśmy razem, później nam odjechali. Na Starotoruńskim Przedmieściu zatrzymaliśmy się jeszcze przy kaplicy. Pasowała do porannych żartów o ojcu dyrektorze, ale później wróciliśmy już do znacznie mniej zabawnej części trasy.

O 11:30 licznik pokazywał dokładnie 62,72 kilometra. Do końca rajdu pozostawały 242 kilometry, więc tego dnia musieliśmy przejechać jeszcze około 93. Przed nami było kilkanaście kilometrów wałów, a od innych uczestników słyszeliśmy, że w dalszej części trasa powinna stać się łatwiejsza. Nie mieliśmy jednak pewności, czy te informacje się sprawdzą.
Na wałach poruszaliśmy się wolno, ale konsekwentnie. Na szczęście nie były piaszczyste. Prowadziła nimi wydeptana ścieżka, czasem zmieniająca się w dwa wąskie ślady pomiędzy trawą. Dało się jechać, ale nierówności mocno nami trzęsły.

Do Ostromecka dotarliśmy z około dziewięćdziesięcioma kilometrami na liczniku. Za nami było mniej więcej dwadzieścia kilometrów wyjątkowo wytrzęsających wałów, a do wykonania minimalnego planu pozostawało jeszcze około sześćdziesięciu pięciu. Zatrzymaliśmy się w restauracji i po raz pierwszy tego dnia zjedliśmy normalny posiłek - sznycla z frytkami. Fizycznie pomogłoby wtedy właściwie każde jedzenie, nawet kolejne zakupy z Żabki, ale psychicznie możliwość siedzenia przy stole i zjedzenia ciepłego obiadu zrobiła dużą różnicę.
W restauracji spotkaliśmy też jednego z uczestników Wisły, któremu przysnęło się nad zupą. Później mijaliśmy się z nim jeszcze kilka razy na trasie. Do mety w Gdańsku dotarł krótko po nas.

Wiatr był słabszy niż poprzedniego dnia, ale nadal silny i znów wiał prosto w twarz. Poza nim pogoda była właściwie bardzo dobra. Nie padało, świeciło słońce, a pomiędzy chmurami było dużo niebieskiego nieba. Gdyby nie podmuchy, warunki byłyby niemal idealne. Za Ostromeckiem pojawiły się dobre asfalty, ale później trasa ponownie zaczęła przypominać, że to nadal Wisła 1200. Przed Chełmnem trafiliśmy na dwa ostre, długie podjazdy oraz terenowy zjazd, na którym musieliśmy prowadzić rowery.

Przez Chełmno przejechaliśmy bez zwiedzania. Zatrzymaliśmy się tylko przy żabce na uzupełnienie wody, na chwilę usiedliśmy na rynku po czym ruszyliśmy dalej. Do Grudziądza pozostawało około trzydziestu kilometrów, w większości wałami. Nie wiedzieliśmy, czy będą łaskawe, czy ponownie zamienią się w wyrypę. Ostatecznie były łaskawe tylko częściowo. Mniej więcej połowę odcinków przejeżdżaliśmy z prędkością przekraczającą 20 km/h. Na pozostałych tempo spadało do około 13–14 km/h. Patrząc później na zdjęcia, ten fragment wygląda niemal sielankowo: zielone wały, pola, Wisła i szerokie niebo. Z siodełka odbierałem go zupełnie inaczej. Jechałem przed siebie, patrząc głównie na pas trawy przed przednim kołem. Widoków właściwie już nie rejestrowałem. Czasami nagle orientowałem się, że przez chwilę nie pamiętałem, gdzie jestem ani dlaczego jadę tym wałem. Musiałem sobie przypomnieć, że jestem na Wiśle 1200 i jadę razem z Andrzejem. Nie traktowałem tego jako czegoś niepokojącego. Był to raczej efekt wielodniowego zmęczenia, monotonii i wykonywania przez wiele godzin tej samej czynności. Coraz mocniej dokuczały mi też dłonie. Serdeczne i małe palce obu rąk pozostawały zdrętwiałe, a zmiany chwytu nie przynosiły już poprawy. Nie było jednak jednego konkretnego kryzysu. Najważniejsze było dalsze, konsekwentne przesuwanie się w stronę celu.

Tuż przed Grudziądzem spotkaliśmy miejscowego chłopaka, który chce wystartować w Wiśle w kolejnym roku. Opowiedziałem mu, jak wygląda jazda po sześciu dniach, i przekazałem kilka praktycznych rad. Później przeprowadził nas przez miejscowe single. Nie były tak trudne jak odcinki przed Chełmnem i pasowały do naszych aktualnych możliwości, więc przejechaliśmy je w całości.

Do Grudziądza dotarliśmy o 20:24. Nocleg znaleźliśmy na Starym Mieście. Pierwotny plan zakładał zatrzymanie się dopiero za miastem, ale przez kolejne trzydzieści kilometrów nie było żadnych sensownych opcji noclegowych. Nie zamierzaliśmy realizować wcześniejszego założenia na siłę. Według tracka na ostatni dzień zostało 149 kilometrów. Nie wiedzieliśmy, jaka będzie nawierzchnia ani czym jeszcze zaskoczy nas trasa, ale taki dystans wydawał się możliwy do przejechania. Nawet gdybyśmy mieli dotrzeć do mety po ciemku, mieliśmy wystarczający zapas czasu. Liczyliśmy jednak, że będziemy w Gdańsku około dwudziestej. Po zakwaterowaniu poszliśmy jeszcze do Żabki po kolację i śniadanie. Chcieliśmy rano zjeść na noclegu, a nie po raz kolejny siedzieć na krawężniku przed sklepem.

Dzień zakończyłem z dystansem 155,70 kilometra, czasem jazdy 10 godzin i 10 minut oraz 688 metrami podjazdów. Całość razem z postojami zajęła 13 godzin i 53 minuty. Zdobyłem też cztery nowe gminy: Czernikowo, Obrowo, Lubicz i Dąbrowę Chełmińską.

Nie był to dzień jednego wyjątkowo trudnego momentu. Najbardziej męczyły dziesiątki kilometrów wałów, wiatr, drętwiejące dłonie i narastająca monotonia. Mimo tego wykonaliśmy plan. Został nam już tylko jeden pełny dzień i, według tracka, 149 kilometrów do mety.

























Wisła 1200 - dzień 5. Wiatr w twarz i 150 kilometrów do Bobrownik

Środa, 8 lipca 2026 · Komentarze(0)
Piątego dnia ruszyliśmy z Zakroczymia o 6:23. Celem od początku były Bobrowniki, około 150 kilometrów dalej. Do mety pozostawało nam mniej więcej 450 kilometrów i trzy pełne dni jazdy, dlatego nie chcieliśmy już celować w 160–170 kilometrów, ale też nie zamierzaliśmy schodzić poniżej 150. W sobotę mieliśmy jeszcze kilka godzin zapasu, bo nasza meta zamykała się o 9:10, jednak plan zakładał zakończenie rajdu już w piątek.

Po pięciu minutach zatrzymaliśmy się na śniadanie w Żabce. Oczywiście spotkaliśmy tam innych uczestników Wisły, w tym chłopaków z Wadowic, z którymi później przez większą część dnia jechaliśmy na mijankę. Za Zakroczymiem trasa zaczęła się od krótkich singli. Dalej jechaliśmy asfaltami i szutrami przez wsie, trafiając również na pierwsze błotniste odcinki. Rano było jeszcze słonecznie i w Czerwińsku zrobiliśmy krótki postój w centrum. Tam dogoniliśmy chłopaków z Wadowic i razem dojechaliśmy do Wyszogrodu, gdzie zatrzymaliśmy się w Żabce na kawę i pączka. Za Wyszogrodem wjechaliśmy na wały. Sama nawierzchnia była przyjemna, ale tego dnia najważniejszym elementem trasy nie był piach ani błoto, tylko wiatr. Według Ventusky porywy dochodziły do około 61 km/h i wiały prosto w twarz. Na odkrytych odcinkach jechaliśmy momentami niewiele szybciej niż 10 km/h, choć cały czas trzeba było mocno pracować.

Około 10:53 dotarliśmy do pitstopu w Podgórzu, przygotowanego z prywatnej inicjatywy jednego z fanów rajdu. Była gorąca woda na kawę, herbatę albo zupkę chińską, ciastka i hamak. Nad wałem stał duży napis „Pit Stop Podgórze”, więc miejsca nie dało się przeoczyć. Wiatr częściowo złożył daszek nad punktem, co dobrze pokazywało siłę podmuchów. Do kolejnego sklepu mieliśmy około szesnastu kilometrów, a do zoo w Płocku mniej więcej trzydzieści cztery. W normalnych warunkach nie byłby to szczególnie długi odcinek, ale wtedy ocenialiśmy, że zajmie nam około trzech godzin. Zaczęliśmy też porównywać nasz poprzedni dzień z wynikami innych uczestników. Dzień wcześniej przejechaliśmy około 150 kilometrów i początkowo traktowaliśmy to jako rezultat poniżej oczekiwań. Okazało się jednak, że Otwocka Amazonia wymęczyła praktycznie wszystkich. Niektórzy zrobili tylko osiemdziesiąt kilometrów, inni około 120–130. Nasze 150 kilometrów nagle przestało wyglądać słabo. Po kilku dniach zmieniła się perspektywa. Nie chodziło już o robienie jak najdłuższych etapów, ale o takie rozłożenie sił, żeby codziennie przejeżdżać co najmniej 150 kilometrów i bez problemu dotrzeć do mety.

Przed Płockiem nadal jechaliśmy wzdłuż wału, momentami z prędkością około 10 km/h. Kilometr przed miastem trasa, zamiast poprowadzić nas wygodną ścieżką rowerową, skręciła w piach. W tym samym momencie zaczęło lać, a napęd ponownie oblepił się mokrym piaskiem. Po kilku godzinach walki z wiatrem taki wjazd do miasta mocno nas zirytował. Do Płocka dotarliśmy około 14:00 i zatrzymaliśmy się w pizzerii 10 i 1/2. Ponownie spotkaliśmy tam chłopaków z Wadowic. Podczas obiadu zarezerwowaliśmy agroturystykę w okolicach Bobrownik. Leżała około pięciu-sześciu kilometrów od trasy, ale była jedynym dostępnym noclegiem, który udało nam się znaleźć. Traktowaliśmy ją jako zabezpieczenie. Woleliśmy przespać się bezpośrednio w Bobrownikach i nie dokładać dodatkowych kilometrów, dlatego po dotarciu na miejsce chcieliśmy jeszcze poszukać innej możliwości. Gdyby nic z tego nie wyszło, pozostawała rezerwacja zrobiona w Płocku.

Po wyjeździe z miasta czekało nas około dwudziestu kilometrów drogą wojewódzką. Z punktu widzenia liczb sytuacja wyglądała bezpiecznie: do noclegu pozostawało około sześćdziesięciu kilometrów, a przed nami było jeszcze około sześciu godzin do zmroku. Mimo to właśnie wtedy po raz pierwszy i jedyny podczas rajdu realnie obawiałem się, czy wykonamy plan na ten etap. Wiatr, deszcz i dotychczasowe tempo sprawiały, że prosty rachunek przestawał uspokajać. Ten odcinek zabrał mi bardzo dużo energii. Cały czas wiało, droga co chwilę prowadziła pod górę, a mimo gładkiego asfaltu nie jechaliśmy szybciej. Do tego dochodziło już zmęczenie fizyczne i psychiczne po kilku dniach rajdu. Przez chwilę myślałem, że dopadł mnie poważniejszy kryzys. Gdy jednak zjechaliśmy z asfaltu na szutry, samopoczucie od razu się poprawiło. Niekoniecznie jechaliśmy szybciej, ale psychicznie było znacznie łatwiej. Po całym dniu walki z wiatrem długi odcinek szosy, który nie dawał żadnej przewagi prędkości, zwyczajnie męczył.

W okolicach Dobrzynia wróciło błoto. Tam czekał też mostek pana Czesława, o którym organizator wspominał podczas odprawy. Tydzień wcześniej sam miał problem, żeby go znaleźć, ponieważ przeprawa była tak zarośnięta. „Mostek” był zresztą określeniem trochę na wyrost - bardziej przypominał kilka kłód rzuconych przez ciek wodny. Na szczęście szybsi uczestnicy zdążyli już rozjechać część krzaków i miejsce było lepiej widoczne.

Od Płocka pogoda działała w regularnym cyklu. Przez około pięć minut padało, później na piętnaście albo dwadzieścia minut przestawało, po czym deszcz wracał. Nie była to jedna duża ulewa, tylko ciągłe zastanawianie się, czy warto zakładać kurtkę, skoro za chwilę może znowu przestać padać. Z chłopakami z Wadowic przez cały dzień jechaliśmy na mijankę. Raz wyprzedzaliśmy ich my, chwilę później oni nas. Początkowo rozważaliśmy nawet wspólny nocleg w agroturystyce koło Bobrownik, ale ostatecznie wrócili do swojego pierwotnego planu i pojechali dalej w stronę Torunia. My trzymaliśmy się planowanych 150 kilometrów. Przed Bobrownikami zatrzymaliśmy się jeszcze przy Żabce po północnej stronie Wisły. Później okazało się, że formalnie nadal byliśmy we Włocławku. Wcześniej, z wysokiego brzegu, otworzył się widok na miasto i stalowy most przez Wisłę. Był to jeden z niewielu szerszych widoków tego dnia, którego nie zasłaniał wał, las albo kolejna ściana deszczu.

Do Bobrownik pozostawało około piętnastu kilometrów. Większość prowadziła asfaltem, ale środkowe pięć kilometrów ponownie było piaszczyste. Pod sam koniec wjechaliśmy do Starego Bógpomóż. Już sama nazwa mnie rozbawiła, chwilę później pojawiła się tablica Nowy Bógpomóż. Po całym dniu walki z wiatrem, deszczem i piachem ten kierunek wydawał się całkiem adekwatny.

W Bobrownikach Andrzej chciał porozmawiać z proboszczem. Miejscowość leży na szlaku Camino, więc liczyliśmy, że może uda się przenocować na plebanii albo znaleźć inne miejsce bez zjeżdżania z trasy. Zapytaliśmy o nocleg napotkanego mieszkańca. Od razu zaczął dzwonić i po chwili pojawił się strażak. Obaj naprawdę próbowali coś dla nas znaleźć. Normalnie moglibyśmy przespać się bezpłatnie w pomieszczeniu socjalnym straży pożarnej ale akurat przebywały tam dzieci w związku z wakacjami. Proboszcz był na urlopie, więc plebania także odpadała. Padł nawet pomysł noclegu w baraku na PSZOK-u. Docenialiśmy ich zaangażowanie, ale ostatecznie uznaliśmy, że rozsądniej będzie skorzystać z rezerwacji zrobionej w Płocku. Zjazd do agroturystyki oznaczał pięć-sześć dodatkowych kilometrów, a następnego ranka tyle samo z powrotem. Niby niewiele, ale łącznie robiło się już dziesięć-dwanaście kilometrów.

Google wyznaczył nam oczywiście najkrótszą drogę przez las i piachy. Była to odpowiednia końcówka dnia, w którym nawet gładki asfalt nie chciał być szybki. Do agroturystyki dotarliśmy o 20:39. Ostatnie kilometry nie stanowiły już poważnego problemu, ale mocno nas irytowały. Tego dnia pojawiło się także drętwienie palców serdecznych i małych. Zmiana chwytu pomagała głównie na dyskomfort w nasadzie dłoni przy nadgarstku, ale nie rozwiązywała problemu z palcami. Po kilku dniach pozycja na gravelu i sposób podparcia rąk zaczynały coraz wyraźniej dawać o sobie znać.

Dzień zakończyliśmy z wynikiem 155,25 kilometra i 895 metrów podjazdów. Czas jazdy wyniósł 9 godzin i 48 minut, a od startu do dotarcia na nocleg minęło ponad czternaście godzin. Po drodze zdobyłem też nową gminę - Bobrowniki. Do mety pozostawało około 300 kilometrów. Wiedziałem już, że ukończenie rajdu jest pewne, o ile nie wydarzy się poważna awaria któregoś z rowerów. Mieliśmy dwa pełne dni na przejechanie po około 150 kilometrów i dodatkowo sobotni poranek, którego nie zamierzaliśmy używać.

Po pięciu dniach właśnie to oznaczało „komfort”. Nie łatwą jazdę, brak deszczu ani wiatr w plecy, tylko świadomość, że pozostały dystans da się podzielić na odcinki, które jesteśmy w stanie przejechać.










Wisła 1200 - dzień 4. Otwocka Amazonia i złamana szprycha

Wtorek, 7 lipca 2026 · Komentarze(0)
Czwartego dnia nadal liczyliśmy na przejechanie 160-170 kilometrów i dotarcie do Wyszogrodu. Przed startem Andrzej obniżył siodełko, a ból Achillesa wyraźnie się zmniejszył. Ruszyliśmy o 6:35 z okolic Maciejowic, od początku w deszczu. Po pierwszych trzydziestu kilometrach rowery były już całe w błocie, ale obowiązywało jeszcze pierwsze hasło dnia: „Pada pionowo, jest dobrze”. Dopóki deszcz nie zacinał z boku i nie dochodził do niego silny wiatr, uznawaliśmy warunki za możliwe do zaakceptowania.

Około 8:30 dotarliśmy do Baru u Zosi. My i Marcin z Płocka niezależnie zamówiliśmy dokładnie to samo: zupę pomidorową, kawę i colę. Ochrzciłem ten zestaw „zestawem kolarza”, chociaż chyba tylko mnie to wtedy rozbawiło. Skorzystaliśmy też z ogrodowego węża i spłukaliśmy z rowerów pierwszą warstwę błota. Nie wystarczyło to na długo, ale przynajmniej przez chwilę znowu było widać ich właściwe kolory.

Na jednym z kolejnych odcinków dołączył do nas Marcin. Przez pewien czas jechaliśmy we trzech, aż powiedział, że musi zwolnić, bo narzuciliśmy zbyt szybkie tempo. My byliśmy przekonani, że to on przyspieszył. Okazało się, że nieświadomie wzajemnie się napędzaliśmy, próbując dostosować tempo do pozostałych.

W trakcie jazdy Andrzej zauważył, że po dotarciu do Wyszogrodu zostaną nam już tylko trzy odcinki po około 140 kilometrów. Powiedziałem, że wtedy będziemy mieli komfort.

– Przepraszam, jakiego słowa użyłeś?
– Komfort.

Dzisiaj zapisane w ten sposób brzmi to trochę jak anegdota z rubryki „Z życia wzięte”, ale wtedy naprawdę nas rozbawiło. Po kilku dniach Wisły 140 kilometrów dziennie zaczynało wyglądać jak wersja wypoczynkowa.

Kolejny większy postój zrobiliśmy w sklepie w Ostrówku. Pod daszkiem siedziało już więcej uczestników. Sprzedawczyni przygotowała mi kawę z własnego czajnika, a kalorie uzupełniałem jagodziankami i pizzerinkami. Około 11:20 planowaliśmy ruszyć dalej. Do Otwockiej Amazonii mieliśmy około siedemnastu kilometrów, później blisko trzydzieści kilometrów trudnego terenu i następne piętnaście do Warszawy. Pogoda działała tego dnia przewrotnie. Najpierw padało, później zdążyliśmy wyschnąć, a następnie znowu zaczęło lać. Kiedy dotarliśmy do sklepu i schowaliśmy się pod daszkiem, deszcz akurat ustał.

Na chwilę wyjechaliśmy nad samą Wisłę, gdzie było widać szerokie koryto i odsłonięte piaszczyste łachy. Spokojny widok nie zapowiadał tego, co czekało nas kawałek dalej. Najgorszy fragment rozpoczął się jeszcze przed właściwą Otwocką Amazonią. Między Ostrówkiem a Kępą Nadbrzeską trasa prowadziła przez błoto, koleiny i single. Błoto przeplatało się z głębokim piaskiem, a w pobliżu wody dochodziły do tego wąskie ścieżki, zwalone drzewa i nisko zawieszone gałęzie. Później oglądałem nagranie szybkiego zawodnika, który miał tam zupełnie sucho. U nas wtorkowy deszcz całkowicie zmienił ten odcinek. W pewnym momencie przewróciłem się. Poza dodatkowym zdenerwowaniem i jeszcze większą liczbą przekleństw nie odczułem żadnych skutków upadku. Nie wiedziałem jeszcze, że w przednim kole jest pęknięta szprycha. Po wydostaniu się z błota zauważyłem, że przednie koło jest scentrowane. Rower nadal jechał normalnie, a ponieważ miałem hamulce tarczowe, nic nie ocierało. Martwiło mnie jednak, czy takie koło wytrzyma kolejnych około pięciuset kilometrów.

Dalej jechaliśmy wałami i nadwiślanką w stronę Świdra. Były to tereny, które dobrze znałem i po których normalnie bardzo lubię jeździć. Tym razem trudno było je docenić. Cały trudny odcinek pod Otwockiem trwał zdecydowanie za długo. Spędziliśmy tam grubo ponad godzinę, być może nawet dwie, często prowadząc rowery, szarpiąc się z nimi w błocie i reagując złością na sytuację, na którą nie mieliśmy żadnego wpływu. Przy ujściu Świdra do Wisły zadzwoniłem do Adama z serwisu Bajki jak z Bajki. Powiedziałem, że za kilka godzin będę w Warszawie i potrzebuję pilnego centrowania. Adam od razu odpowiedział, że nie ma problemu. W Otwockiej Amazonii dodatkowo zgubiłem tylną lampkę, kiedy uderzyłem kaskiem w jeden z nisko zawieszonych konarów. Późniejsze rozmowy z innymi uczestnikami potwierdziły, że dla wielu osób był to najgorszy psychicznie fragment dotychczasowej trasy. Fizycznie również był wymagający, ale największym problemem była jego długość i poczucie, że nigdy się nie skończy.

Kiedy wjechaliśmy na zwykle nielubianą przez nas ścieżkę rowerową z kostki, po raz pierwszy naprawdę doceniłem, że jest płaska i gładka. Po wielogodzinnym błocie nawet kostka wydawała się luksusem. Przy moście Łazienkowskim rozdzieliliśmy się. Andrzej pojechał do naszego klubu wioślarskiego na odpoczynek, a ja zjechałem około trzech kilometrów z trasy do serwisu. Do serwisu dotarłem przed piętnastą. Adam od razu zabrał się za koło i dopiero wtedy znalazł prawdziwą przyczynę problemu: złamaną szprychę. Naprawa okazała się bardziej skomplikowana niż zwykłe centrowanie, ponieważ jechałem na systemie bezdętkowym. Trzeba było wylać mleko, zerwać taśmę, wyczyścić i wysuszyć obręcz, założyć nową szprychę, ponownie okleić koło, zamontować oponę i uzupełnić mleko. Sam nie byłbym w stanie zrobić tego na trasie. Miałem dużo szczęścia, że awaria zdarzyła się tuż przed Warszawą, znałem odpowiednią osobę i serwis był otwarty. Gdyby szprycha pękła kilkadziesiąt kilometrów dalej albo późnym wieczorem, dalsza jazda mogłaby stanąć pod znakiem zapytania.

W międzyczasie przyszła Monika. Poszliśmy na kawę i ciastko do kawiarni na górze, podczas gdy Adam pracował przy rowerze. Postój trwał około półtorej godziny i był krótkim powrotem do normalności po kilku godzinach błota.

Z Andrzejem umawiałem się wcześniej, że ruszy o 16:00 niezależnie od tego, czy zdążę do niego dołączyć. Ostatecznie wyjechał tylko około piętnastu minut przede mną i mniej więcej z taką samą przewagą dotarł do noclegu. Przez kolejne około czterdzieści kilometrów jechałem sam, głównie wałami. Pogoda zdążyła się poprawić, a późniejsze, suche ścieżki w wieczornym słońcu wyglądały zupełnie inaczej niż błotne odcinki pod Otwockiem.

Po drodze zaczepił mnie rowerzysta i zapytał, czy jadę Wisłę 1200. Sam startował kilka lat wcześniej, ale w przeciwnym kierunku - z Gdańska na Baranią Górę. Po dotychczasowych doświadczeniach uznałem, że wolę jednak nasz kierunek. Spotkałem też kilku innych uczestników. Okazało się, że niemal wszyscy planują nocleg w Zakroczymiu. W Nowym Dworze zatrzymałem się w McDonald’s. Nie byłem szczególnie głodny, ale po psychicznie ciężkim dniu uznałem, że należy mi się nagroda. Zamówiłem lody i kawę, a w tym czasie minęło mnie kilka osób.

Tuż przed Zakroczymiem czekał jeszcze jeden odcinek specjalny - Zakroczymska Sawanna. Trasa prowadziła przez rozległe łąki nad Wisłą, których zupełnie się tam nie spodziewałem. Później pojawiło się jeszcze około półtora kilometra singli. To był optymalny dystans: teren był wymagający i ciekawy, ale nie trwał na tyle długo, żeby ponownie wyczerpać mnie psychicznie.

Do Zakroczymia dotarłem o 20:17. Andrzej napisał wcześniej, że mamy nocleg „w domku”. Na miejscu okazało się, że śpimy w dworku. Tego dnia przejechałem 149,25 kilometra w czasie 8 godzin i 54 minut jazdy. Łącznie ze wszystkimi postojami dzień trwał 13 godzin i 41 minut, a suma podjazdów wyniosła 1091 metrów. Nie dotarliśmy do planowanego Wyszogrodu i po raz kolejny zakończyliśmy jazdę około 20:30. Po czterech dniach nie pytaliśmy już jednak, czy limit jest realny. Zaczynaliśmy kalkulować, jak podzielić około 450 kilometrów na trzy kolejne dni.

Fizycznie czułem się całkiem dobrze. Nogi nie były największym problemem. Znacznie bardziej męczyły błoto, prowadzenie roweru, niekończący się trudny teren i niepewność związana z kołem. Był to pierwszy dzień, w którym zmęczenie psychiczne zdecydowanie przewyższało fizyczne.














Wisła 1200 - dzień 3. Góry Pieprzowe, wiatr i pierwsza zmiana planu

Poniedziałek, 6 lipca 2026 · Komentarze(0)
W poniedziałek wstaliśmy o szóstej. Po dwóch dniach poranna rutyna zaczynała już działać automatycznie: pakowanie rzeczy, przygotowanie rowerów i wyjazd. Ruszyliśmy o 7:02, a śniadanie celowo odłożyliśmy na pierwszą Żabkę w Sandomierzu, tuż przed Górami Pieprzowymi.

Po około dwóch kilometrach wjechaliśmy na rynek. Lokalizację sklepu można było rozpoznać bez patrzenia na mapę. Przed wejściem siedziała grupa kolarzy, prawie wszyscy z pizzą i kawą. Żabka przyciągała wiślaków jak ćmy do światła. Spotkaliśmy tam chłopaka, który jechał przez całą noc i dotarł do Sandomierza około czwartej. Startował już w poprzednim roku, dlatego postanowił odpocząć przed Górami Pieprzowymi, uznawanymi za jeden z trudniejszych fragmentów trasy. Przespał dwie godziny na ławce na rynku. Założył wszystkie ubrania, owinął się folią NRC, a mimo to zmarzł. Drugi uczestnik opowiadał, jak nocą w okolicach Dunajca zrestartował szwankującego Garmina. Po ponownym uruchomieniu urządzenie zapytało, czy poprowadzić go na początek trasy. Zmęczony kliknął niewłaściwą odpowiedź i pojechał wzdłuż Dunajca w stronę Zakopanego oraz Baraniej Góry. Dopiero w okolicach Tarnowa zorientował się, że coś się nie zgadza. Nadrobił w ten sposób kilkadziesiąt kilometrów. To utwierdziło nas w przekonaniu, że nie chcemy jechać nocami. My spaliśmy, oni jechali, a rano spotkaliśmy się w tym samym miejscu.

Zaraz za Sandomierzem zaczęły się Góry Pieprzowe. Faktycznie były ciężkie, a najbardziej zapamiętałem strome podejście. Z punktu widokowego było widać Wisłę, pola w dolinie i panoramę Sandomierza. Widok był ładny, ale po wejściu z obciążonymi rowerami nie mieliśmy potrzeby długo tam siedzieć. Cały czas pamiętałem relacje z poprzedniego roku, kiedy po deszczu uczestnicy ześlizgiwali się tam w błotnej rzece. Tym razem mieliśmy szczęście. Było sucho, a nad nami niemal bezchmurne niebo.

Po pokonaniu tego odcinka padło zdanie:

- Najtrudniejsze już za nami.

Bardzo się myliliśmy.

O 9:31 byliśmy w Zawichoście, a o 10:21 zatrzymaliśmy się przy miejscu obsługi rowerzystów w Annopolu. Liczyliśmy na kawę i coś słodkiego, ale ani w jednym, ani w drugim miejscu niczego nie znaleźliśmy. Zostały batony z sakwy i woda. Kolejny większy postój zaplanowaliśmy w Biedronce w Józefowie nad Wisłą, którą znaliśmy z majowego wyjazdu. Dojechaliśmy tam o 11:44. Początkowo trasa prowadziła wałami, a ostatnie pięć kilometrów drogą wojewódzką, na której trochę podkręciliśmy tempo. Na postoju wypiliśmy zerówkę i zjedliśmy banana. Ustaliliśmy, że przy pięćsetnym kilometrze całego rajdu zatrzymamy się na dwie lub trzy minuty, a większy obiad zjemy w Kazimierzu. Sprawdziłem, że nie ma tam McDonald’s, więc najbardziej realną opcją wydawał się Orlen Café.

Ostatecznie pięćsetny kilometr minął bez żadnej celebracji. Nawet jeśli zatrzymaliśmy się wtedy na szybką wodę, nie zapamiętałem tego jako osobnego momentu. Bardziej zajmowała nas dalsza jazda niż kolejna okrągła liczba. Za Józefowem jechaliśmy między polami i sadami, po wałach, utwardzonych drogach oraz gruntowych koleinach. Przed Kazimierzem trafiliśmy na jeden z najładniejszych fragmentów całej dotychczasowej trasy. Droga prowadziła między jasnymi skałami i po suchej, pylącej nawierzchni. Nie były to klasyczne kazimierskie wąwozy, ale krajobraz miał podobny charakter. Odcinek był przyjemny, ale wymagający. Na najbardziej stromych fragmentach trzeba było zejść z roweru i prowadzić go pod górę. Taki teren prawdopodobnie lepiej pasowałby do MTB, jednak mój Kross Esker 5.0 także dawał sobie radę. Andrzej jechał na swoim gravelu z węższymi oponami.

W pewnym momencie zobaczyliśmy zamek w Janowcu. Po kolejnym podjeździe czekał na nas stolik przygotowany przez jedną z mieszkanek. Były kawa, woda i ciastka, a obok kartka: „Wisła 1200. Proszę się częstować! Szerokości”. Był to kolejny przykład spontanicznej życzliwości, z którą spotykaliśmy się na trasie.

Kiedy zaczęliśmy już myśleć o jedzeniu na Orlenie, organizator poprowadził nas na Górę Zamkową. Najpierw podjeżdżaliśmy po kocich łbach, a później zjeżdżaliśmy terenowymi singlami. Ręce bolały od ciągłego zaciskania hamulców. Bąble na dłoniach się nie powiększały, ale same dłonie były coraz bardziej obite.

Z Kazimierza ruszyliśmy w stronę Puław. Duża część drogi prowadziła wałami wyłożonymi kostką brukową. Przez cały dzień przeszkadzał nam klasyczny wmordewind. Wieczorami trochę słabł, ale wcześniej skutecznie zabierał energię i utrudniał utrzymywanie tempa. Rano nadal celowałem w około 170 kilometrów i dojazd do Wilgi, natomiast Andrzej proponował mniej więcej 150. Jeszcze przed Puławami zaczęliśmy jednak podejrzewać, że do planowanej Wilgi nie dojedziemy. Kilometry przybywały wolniej, niż wynikałoby z naszego odczucia, a zmęczenie było coraz większe. Decyzja zapadła pod Żabką w Puławach, po około 111 kilometrach. Wilga była nadal zbyt daleko. Z dotychczasowych dni wyłaniał się też prosty schemat: niezależnie od planowanego dystansu kończyliśmy około 20:30.

Zaczeliśmy więc szukać noclegu w okolicach Maciejowic. Pierwsza agroturystyka była zajęta, a druga nie odbierała telefonu. Byłem już gotowy zadzwonić do pana Qrka i zapytać, czy moglibyśmy przespać się na jego tarasie, kiedy właściciel drugiego miejsca oddzwonił.

Przez Dęblin przejechaliśmy bez większych postojów, a później wróciliśmy na wał. Przerw robiliśmy jednak coraz więcej. Wydawało się, że poruszamy się całkiem sprawnie, ale licznik nie chciał tego potwierdzić. Dodatkowym problemem był ból Achillesa Andrzeja. Zaczął się zastanawiać, czy będzie w stanie dojechać do końca całego rajdu. Po raz kolejny było jasne, że jedziemy jako zespół, a nie każdy według własnych możliwości. Następnego dnia obniżył siodełko, żeby odciążyć Achillesa.

O 18:45 dotarliśmy do końca pierwszego z dwóch plików GPX. W poprzednich edycjach wypadała tam dokładna połowa rajdu, czyli sześćset kilometrów. Po zmianie trasy mieliśmy około 570 kilometrów. W tej okolicy mieszka pan Qrek, emeryt i pasjonat Wisły 1200, który pomaga uczestnikom i pozwala im nocować u siebie. Zatrzymaliśmy się na rozmowę i kawę. Najbardziej żałował, że po zmianie trasy jego dom nie znajduje się już na tradycyjnym sześćsetnym kilometrze. Powiedział też, że do naszej kwatery zostało około piętnastu kilometrów.

Pojawiła się wtedy prosta myśl:

- Już połowa.

Do agroturystyki dojechaliśmy około 20:30, czyli ponownie praktycznie o tej samej porze co w poprzednich dniach. Garmin pokazał 162,66 kilometra, 9 godzin i 6 minut jazdy oraz 680 metrów podjazdów. Od startu do zakończenia minęło 13 godzin i 25 minut. Ponad cztery godziny zebrały śniadanie, zakupy, jedzenie, rozmowy oraz coraz częstsze krótkie postoje.
Wieczorem umyliśmy rowery. Gospodarz przygotował nam śniadanie na rano, włączyliśmy mecz w tle i około dwudziestej drugiej położyliśmy się spać.

Po trzech dniach mieliśmy około 590 kilometrów za sobą i mniej więcej tyle samo przed sobą. Pozostawały cztery pełne dni oraz sobotni poranek. Prognoza zapowiadała przez kolejne dwa dni mocny deszcz i wiatr. Dwa pierwsze dni po ponad dwieście kilometrów dały nam nadzieję, że może uda się ukończyć trasę nawet w sześć dni. Trzeci dzień tę wizję zweryfikował. Przestaliśmy walczyć o dwustukilometrowe etapy, a 170 kilometrów stało się raczej pożądanym wynikiem niż obowiązkiem. Nie czułem z tego powodu ani rozczarowania, ani szczególnej ulgi. Priorytetem było spokojne zmieszczenie się w limicie i dojechanie razem do końca. Od tego momentu nie realizowaliśmy już sztywnego planu kilometrowego. Zaczęliśmy zarządzać całą wyprawą: dopasowywać tempo, noclegi i oczekiwania do pogody, zmęczenia oraz stanu zdrowia.

Na kolejny dzień wyznaczyliśmy Wyszogród. Prognoza nie dawała jednak wielu powodów, żeby zbyt mocno przywiązywać się do tego planu.
















Wisła 1200 - dzień 2. Deszcz, wały i 217 kilometrów do Sandomierza

Niedziela, 5 lipca 2026 · Komentarze(0)
Drugiego dnia plan był prosty: przejechać ponad 200 kilometrów z Krakowa do Sandomierza. Największą niewiadomą stanowiło jedzenie i woda, bo jechaliśmy w niedzielę niehandlową. Dlatego jeszcze poprzedniego wieczoru poszliśmy do Lidla i kupiliśmy zapasy na cały dzień: bułki, żółty ser, kabanosy, skyry, drożdżówki, batony oraz wodę. Do około 1,5 litra stałej pojemności dołożyłem kupione butelki i łącznie wiozłem około 4,5 litra. Do wieczora wszystko zjadłem i wypiłem, a wody najprawdopodobniej nie uzupełniałem już po drodze.

Wstaliśmy o 5:30, sprawnie się spakowaliśmy i o 6:22 ruszyliśmy. Przed wyjazdem wypiłem skyra, ale właściwe śniadanie zaplanowaliśmy po pierwszych szesnastu kilometrach, w McDonald’s w Niepołomicach. Dojechaliśmy tam około 7:20 i zamówiliśmy zestawy śniadaniowe. Nie był to postój dla przyjemności, tylko świadome załadowanie kalorii przed dniem, podczas którego mogliśmy długo nie znaleźć żadnego ciepłego jedzenia. Śniadanie zajęło nam około pięćdziesięciu minut, więc ponownie ruszyliśmy tuż po ósmej. Niedługo później zaczęło padać, ale mimo deszczu jechaliśmy całkiem sprawnie. Przed dziesiątą mieliśmy około 45 kilometrów na liczniku. Żartowałem wtedy, że jedna piąta albo jedna czwarta dnia jest już za nami - zależnie od tego, czy zaokrąglić w dół, czy w górę.

Około dziesiątej deszcz ustał, a godzinę później wyszło słońce. Zdjąłem kurtkę przeciwdeszczową i po mniej więcej pięciuset metrach musiałem ją znowu założyć, bo ponownie zaczęło padać. Chwilę później deszcz znów się skończył. Tego dnia kurtka kilka razy wędrowała z torby na plecy i z powrotem. Późniejsze zdjęcia również dobrze pokazują pogodę: miejscami jechaliśmy pod jasnym niebem, a kilkanaście kilometrów dalej przed nami wisiały ciemne chmury i wyraźne pasy deszczu. O 11:39 byliśmy w Wietrzychowicach. Zatrzymaliśmy się tylko na kilka minut, żeby napić się wody i coś zjeść. Kolejny postój planowaliśmy za trzydzieści kilometrów. Dzielenie trasy na takie bloki dobrze porządkowało dzień. Zamiast myśleć o ponad dwustu kilometrach, wystarczyło dojechać do następnej przerwy.

Po około stu kilometrach trafiliśmy do Zalipia. Spodziewaliśmy się większej liczby zachowanych elementów malowanej zabudowy, dlatego wieś nie zrobiła na nas aż takiego wrażenia, jak zakładaliśmy. Pojedyncze domy, ogrodzenia i wiaty rzeczywiście były pokryte kolorowymi kwiatami, ale nie mieliśmy czasu ani większej ochoty na zwiedzanie Domu Malarek. Zrobiliśmy za to dłuższy postój na jedzenie, skorzystaliśmy z toalety, a ja kupiłem magnes. Spotkaliśmy tam również chłopaków jadących na rowerach szosowych z gór nad morze. Nie brali udziału w żadnym rajdzie. Po prostu postanowili przejechać Polskę turystycznie. My mieliśmy wyznaczoną trasę, limit czasu i plan na kolejne dni, a oni jechali w podobnym kierunku bez całej rajdowej otoczki.

Około 85 kilometrów przed Sandomierzem zauważyliśmy kawiarnię przy wale. Początkowo wiedzieliśmy tylko, że będzie tam kawa i coś słodkiego. Gdy zjechaliśmy z wału, zobaczyliśmy również rozpalony grill i gotowe kiełbaski dla uczestników Wisły 1200, którzy nie chcieli tracić czasu na szukanie dłuższego postoju. Kawa była szczególnie potrzebna Andrzejowi, który zaczął już przysypiać podczas jazdy. Nawierzchnia na wale była wtedy dobra, więc jedynym problemem było rozbudzenie się. Kawa, kiełbaska i krótki odpoczynek wystarczyły, żeby wrócić do normalnej jazdy. Podczas tego postoju zarezerwowaliśmy nocleg w Sandomierzu. To była duża ulga. Kiedy mieliśmy już pewne miejsce do spania, mogliśmy skupić się wyłącznie na kolejnych kilometrach. Przy przekraczaniu stu kilometrów pojawiła się też typowa dla takich dni myśl: zostało już tylko sto kilometrów.

Wtedy włączyliśmy muzykę na słuchawkach, żeby trochę wspomóc głowę. W kolejnych dniach robiliśmy to coraz wcześniej, proporcjonalnie do narastającego zmęczenia. Drugiego dnia pierwsza setka nadal była jednak wyraźną granicą, po której łatwiej było rozpocząć odliczanie do noclegu.

Na wysokości Szczucina przejechaliśmy mostem na drugą stronę Wisły. Mieliśmy wtedy około 140 kilometrów za sobą. Dalej trasa przez długi czas prowadziła wałami. Część odcinków była asfaltowa lub dobrze utwardzona, ale trafiały się również fragmenty po świeżo skoszonej trawie. W Połańcu do tego doszły krótkie single z widokiem na rzekę. Pod względem trasy ten dzień był łatwiejszy niż pierwszy. Mieliśmy więcej asfaltu, mniej zarośniętych wałów i mniej technicznych fragmentów, dzięki czemu mogliśmy utrzymywać równiejsze tempo. Brak mocnego słońca sprawił również, że przewożone od rana 4,5 litra wody wystarczyło mi do końca.

Fizycznie czułem się lepiej niż poprzedniego dnia. Najbardziej dokuczały dłonie, odcinek lędźwiowy i tyłek, ale był to raczej narastający dyskomfort niż konkretny ból. Nie miałem lemondki, za to na kierownicy mogłem korzystać z około czterech różnych ustawień dłoni. Rotacyjnie zmieniałem chwyt, żeby odciążać poszczególne miejsca i nie dopuścić do pogorszenia sytuacji. 

Końcowe kilometry prowadziły między innymi spokojnymi asfaltowymi drogami wśród pól i sadów. Około pięciu kilometrów przed miastem zobaczyliśmy ciemne chmury i założyliśmy kurtki. Po niespełna kilometrze złapała nas krótka ulewa. Padało może dwie albo trzy minuty - wystarczająco długo, żeby nas zmoczyć, ale za krótko, żeby poważnie wpłynąć na końcówkę.

Na nocleg dotarliśmy około 20:38. Tego dnia przejechałem 217,3 kilometra w 10 godzin i 17 minut jazdy. Razem z postojami całość zajęła 14 godzin i 15 minut, więc na śniadanie, jedzenie, kawę i pozostałe przerwy przypadły prawie cztery godziny. Trasa była niemal płaska - Garmin pokazał 368 metrów podjazdów. Do kolekcji doszło także 18 nowych gmin.
Wieczorem po raz pierwszy wykonaliśmy pełny rytuał wielodniowej wyprawy. Wyczyściliśmy rowery, nasmarowaliśmy łańcuchy, wzięliśmy prysznic, zrobiliśmy drobne pranie i przygotowaliśmy sprzęt na kolejny dzień. W tle włączyliśmy mecz Brazylia - Norwegia, ale około 22:00 poszliśmy spać.

Dwa pierwsze dni zakończone dystansami powyżej 200 kilometrów rozbudziły nadzieję, że być może uda się ukończyć Wisłę 1200 w sześć dni zamiast siedmiu. Na kolejny dzień planowaliśmy bardziej regeneracyjny etap - około 170 kilometrów do Wilgi. Dalsza część trasy szybko zweryfikowała zarówno ten plan, jak i pomysł ukończenia rajdu w sześć dni.


















Wisła 1200 - dzień 1. Od Baraniej Góry do Krakowa

Sobota, 4 lipca 2026 · Komentarze(2)
Pobudka chwilę po piątej. W schronisku szybko zrobiło się gwarno, bo uczestnicy pakowali bagaże i przygotowywali rowery do startu. O szóstej zjadłem zamówioną wcześniej „michę kolarską”: kaszę z awokado, pomidorami, mozzarellą, wędzonym łososiem, oliwą i przyprawami. Plan na pierwszy dzień był konkretny - przejechać ponad 200 kilometrów i dotrzeć na nocleg na obrzeżach Krakowa.

Startowaliśmy około 7:10 w trzeciej fali, z numerami 103 i 104. Już na pierwszych pięćdziesięciu metrach co najmniej dwie osoby złapały gumę. Pierwsza myśl była prosta: „Oby mnie to nie spotkało”. Jechałem na oponach bezdętkowych i liczyłem, że mleko poradzi sobie przynajmniej z drobnymi przebiciami. Pierwsze kilkaset metrów prowadziło w dół po kamieniach i szutrze, a następnie przez kilka kilometrów zjeżdżaliśmy asfaltem. Mimo założonej wiatrówki było naprawdę zimno. Ruszaliśmy z wysokości ponad 900 metrów, więc dopiero po dłuższym zjeździe zrobiło się cieplej. Później przez większość dnia jechaliśmy już w słońcu. Nawierzchnia zmieniała się od samego początku. Były szybkie odcinki asfaltowe, szerokie drogi z grubym szutrem, kamieniste fragmenty oraz wąskie ścieżki prowadzące między wysoką trawą. Zdjęcia z pierwszej części trasy dobrze pokazują, że nawet przy sprzyjającej pogodzie nie była to jazda, podczas której można było po prostu ustawić równe tempo i bez przerwy kręcić przed siebie.

Około trzydziestego kilometra trasa poprowadziła nas wałami przez wysokie zarośla. Prawdopodobnie właśnie tam odkręciła się nakrętka jednego z dużych bidonów i cała woda się wylała. Zamiast planowanych około 2,4 litra pojemności zostało mi mniej więcej 1,5 litra. Pierwszego dnia nie był to jeszcze poważny problem, bo sklepy były otwarte i wodę można było regularnie uzupełniać. Bardziej martwiła mnie perspektywa następnego dnia: niedzieli niehandlowej, deszczu i długich odcinków bez pewnego dostępu do sklepów. Liczyłem, że w Krakowie uda się kupić nowy bidon albo przynajmniej nakrętkę, ale tego dnia nie znalazłem rozwiązania. Dopiero później okazało się, że winny był uszkodzony gwint. Nawet z inną nakrętką bidon sam się odkręcał, więc ostatecznie trafił do kosza. Na dalszą część wyprawy zastąpiła go zwykła butelka wody, dociskana paskiem, ponieważ miała mniejszy obwód i mogła wypaść z koszyka.

Przed pierwszym poważniejszym odcinkiem zatrzymaliśmy się około 52. kilometra w Żabce. Zjedliśmy hot dogi, uzupełniliśmy wodę i chwilę odpoczęliśmy. Z odprawy oraz relacji na YouTube wiedzieliśmy, że wały wzdłuż jeziora goczałkowickiego i późniejsze bobrowisko mogą dać nam w kość. Około siedemnastu kilometrów mocno wszystkich wymęczyło. Trawa była podobno lepiej wykoszona niż w poprzednich latach, lecz pierwszego dnia i tak wydawało nam się, że trafiliśmy na jeden z trudniejszych fragmentów rajdu. Za wałami zatrzymaliśmy się jeszcze na szybkie zdjęcie nad jeziorem. Patrząc z perspektywy całej Wisły 1200, te wały nie były jeszcze takie złe. Później czekały nas znacznie gorsze odcinki. Wtedy nie mieliśmy jednak porównania, a przeplatanie szutru, wąskich ścieżek, trawy i nierówności skutecznie odbierało prędkość oraz energię.

W okolicach setnego kilometra nawierzchnia nadal regularnie się zmieniała. Chwilę jechaliśmy dobrym asfaltem, żeby zaraz wpaść na kamienistą drogę albo w dwie wąskie ścieżki biegnące przez pola. Dopiero dalsze odcinki po wałach pozwalały ponownie złapać nieco równiejszy rytm. Około 110. kilometra odbiliśmy kawałek od trasy do sklepu w Brzezince. Tam zrobiliśmy pierwszy dłuższy „popas”, jak Andrzej nazywał nasze postoje w pierwszych dniach. Zjedliśmy bułki i kawałek arbuza, uzupełniliśmy wodę i odpoczęliśmy przed dalszą jazdą.

Niedługo wcześniej przejeżdżaliśmy drogą biegnącą bezpośrednio wzdłuż ogrodzenia byłego niemieckiego obozu Auschwitz II-Birkenau. Nigdy wcześniej tam nie byłem. Największe wrażenie zrobiła na mnie skala miejsca, długa linia ogrodzenia, wieże strażnicze oraz duża liczba zachowanych budynków obozowych. Nie było czasu na zwiedzanie ani dłuższy postój. Przejechaliśmy obok, a przed nami pozostawało jeszcze prawie sto kilometrów. Mimo to był to jeden z najmocniejszych momentów dnia.

Po około 150 kilometrach czułem się lepiej, niż zakładałem przed startem. Organizm się nie kończył, nie miałem kryzysu fizycznego i nadal mogłem jechać swoim tempem. Nie porównywałem się z innymi uczestnikami. Krótkie rozmowy i zwykłe pozdrowienia wymieniane na trasie dodatkowo pomagały utrzymywać dobre nastawienie. Już pierwszego dnia musiałem zweryfikować własne założenia dotyczące postojów. Dzień wcześniej usłyszałem radę, żeby ograniczać przerwy do dwudziestu minut, ale nie ustalaliśmy z Andrzejem takiej strategii. Szybko okazało się też, że obaj potrzebujemy więcej czasu na jedzenie i odpoczynek. Pomysł krótszych postojów zostawiłem więc raczej na przyszłe wyprawy. Podczas Wisły ważniejsze było znalezienie rytmu, który pozwoli nam przejechać rajd razem.

W drodze do Krakowa minęliśmy klasztor w Tyńcu. Bardzo ładnie prezentował się z trasy i od razu pomyślałem, że będę chciał kiedyś wrócić tam bez presji czasu. W oddali zobaczyliśmy również kościół kamedułów na Bielanach, a niedługo później trasa rzeczywiście zaczęła prowadzić w jego stronę. Przejazd przez Kraków był mocno urozmaicony. Najpierw musieliśmy wdrapać się na Kopiec Piłsudskiego. Sam podjazd nie okazał się jednak najgorszy. Znacznie bardziej wymagający był zjazd ścieżkami dla biegaczy i fragmentami przypominającymi trasy MTB. Momentami mieliśmy wrażenie, że prędzej połamiemy rowery, niż sprawnie przedostaniemy się do centrum.

Później wjechaliśmy na Rynek Główny. W sobotę około dziewiętnastej przejazd przez tłum na obładowanych rowerach nie był najbardziej praktycznym wariantem. Z jednej strony mieliśmy świadomość, że jedziemy przez jedno z najpiękniejszych miast w Polsce, z drugiej nie było ani czasu, ani warunków, żeby je oglądać. Kraków został tego dnia sprowadzony do kolejnego odcinka trasy, przez który trzeba było się przedostać. Na terenowe pomysły organizatora pozostawał głównie śmiech przez łzy. Zrobiliśmy jeszcze szybkie zdjęcie pod Wawelem, zjechaliśmy nad Wisłę i ruszyliśmy dalej wałami. O 20:22 dotarliśmy na nocleg znajdujący się na wyjeździe z Krakowa, tuż przed mostem prowadzącym na drugą stronę rzeki.

Garmin zapisał 207,24 kilometra, 10 godzin i 39 minut jazdy oraz 13 godzin i 15 minut całego dnia na trasie. Suma podjazdów wyniosła 651 metrów, a zjazdów 1391 metrów. Do tego doszły 22 nowe gminy. Po ponad dwustu kilometrach pojawiły się pierwsze sygnały przeciążenia. Na zewnętrznych częściach dłoni zrobiły się bąble w miejscach, w których wcześniej ich nie miałem. Odezwał się również odcinek lędźwiowy, a tyłek był już wyraźnie odczuwalny, choć nadal nie stanowił większego problemu. Dolny chwyt na baranku pomagał odciążać plecy. Miałem się wieczorem porozciągać, ale ostatecznie tego nie zrobiłem. Dobrze sprawdziła się za to duża torba na ramie. Przydatne były również uprzęże przy torbie na kierownicę i podsiodłówce, dzięki którym łatwiej było dostać się do bagażu bez rozpinania całego zestawu.

Najważniejsza zmiana nastąpiła już po dotarciu na nocleg. Przed startem zakładałem, że mam realną szansę ukończyć Wisłę 1200, ale nie wiedziałem, jak organizm zniesie siedem kolejnych dni. Po pierwszych 207 kilometrach, bez poważnego kryzysu i bez zajechania, po raz pierwszy pomyślałem, że przejechanie całej trasy w limicie czasu jest naprawdę realne. W głowie podniosłem swoje szanse na ukończenie do stu procent. Limit czasu przestał straszyć.

Nie oznaczało to jednak, że następny dzień zapowiadał się łatwo. Plan zakładał kolejne ponad 200 kilometrów i dojazd do Sandomierza. Prognoza zapowiadała deszcz, wypadała niedziela niehandlowa, a po awarii bidonu zostało mi tylko około 1,5 litra stałej pojemności na wodę. Na niedzielę musiałem więc dołożyć kupne butelki i wozić dodatkowy zapas w bagażu. Pierwszy dzień pokazał, że dystans jest do zrobienia. Drugi miał sprawdzić, czy podobny plan uda się powtórzyć w znacznie gorszych warunkach.



















Wisła 1200 - dzień 0. Tu zaczyna się przygoda

Piątek, 3 lipca 2026 · Komentarze(2)
Jeszcze dzień wcześniej miałem jechać z Warszawy pociągiem około piątej rano. Wieczorem doszedłem jednak do wniosku, że nie ma sensu rozpoczynać tygodniowej wyprawy od zrywania się w środku nocy. Przełożyłem rezerwację na pociąg około dziesiątej i spokojnie ruszyłem do Bielska-Białej przez Kraków. Na Dworcu Wschodnim zrobiłem jeszcze zdjęcie roweru już spakowanego na cały tydzień. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej kompletowałem ten zestaw z myślą o Wiśle 1200, a teraz nie było już nic do poprawiania. Pozostało tylko wsiąść do pociągu.

Na dworcu wypatrzyłem rowerzystę, który wyglądał na uczestnika Wisły 1200. Okazało się jednak, że wybierał się na jeszcze większe wyzwanie - około tysiąca mil przez góry, od słowackich Bieszczadów aż w stronę granicy z Niemcami. W pociągu siedzieliśmy obok siebie, więc przez kilka godzin rozmawialiśmy o strategii, sprzęcie i ultrakolarstwie. Najbardziej uderzyło mnie, jak różne mieliśmy cele. On jechał po zwycięstwo albo rekord trasy. Ja chciałem przede wszystkim przejechać całą Wisłę 1200 i zmieścić się w limicie. Z naszej rozmowy najbardziej zapamiętałem jedną radę: postoje powinny trwać maksymalnie około dwudziestu minut. Po dłuższej przerwie organizm zaczyna się regenerować i znacznie trudniej ponownie ruszyć. Nie wiedziałem jeszcze, czy podczas tej wyprawy uda się wprowadzić w życie, ale tę wskazówkę od razu zapisałem sobie w głowie.

W drugim pociągu, z Krakowa do Bielska-Białej, spotkałem już kilku uczestników Wisły. Z Tomkiem z Bydgoszczy szybko znaleźliśmy wspólny język. On również nie przyjechał walczyć o czołowe miejsca - chciał po prostu dojechać do mety przed limitem. Rozmowy coraz częściej schodziły na sprzęt, plan dnia i doświadczenia z poprzednich wypraw. Czułem, że jestem wśród ludzi, którzy doskonale rozumieją, po co tu przyjechałem. Z Bielska-Białej przesiadłem się do pociągu do Milówki. Mógłbym dojechać do schroniska rowerem z Bielska-Białej, ale przed startem nie było sensu dokładać sobie kilometrów. W Milówce chciałem jeszcze kupić pocztówkę do biura - mamy zwyczaj wysyłania ich z różnych miejscowości podczas wyjazdów - ale zarówno poczta, jak i punkt informacji turystycznej były już zamknięte. Skończyło się więc na zdjęciu wysłanym do kolegi.

Do schroniska prowadziły dwie drogi. Krótsza miała około dwunastu kilometrów, druga ponad dwadzieścia. Wybrałem dłuższy wariant. Nigdzie mi się nie spieszyło, a asfaltowa droga przez las z widokami na Beskidy była przyjemnym zakończeniem dnia. Co jakiś czas między drzewami otwierały się szerokie widoki na beskidzkie doliny. Zatrzymałem się tylko na chwilę na zdjęcie, bo wiedziałem, że od następnego dnia takich spokojnych postojów będzie już niewiele. 

Tego dnia przejechałem tylko 22 kilometry, ale droga do schroniska prowadziła niemal wyłącznie pod górę. Garmin pokazał ponad 600 metrów przewyższenia, więc już dzień przed startem nogi dostały pierwszą górską rozgrzewkę. Był to też pierwszy sprawdzian nowego Eskera z pełnym bagażem. Przez następny tydzień właśnie w takiej konfiguracji miałem przejechać całą Wisłę. 

Liczyłem, że dotrę około dziewiętnastej i zdążę jeszcze zostawić rower w schronisku, a potem wejść na Baranią Górę. To byłaby okazja do zdobycia kolejnego szczytu do Korony Gór Polski. Ostatecznie dojechałem kilka minut przed dwudziestą, dokładnie na rozpoczęcie odprawy. Bez większego zastanowienia zrezygnowałem z dodatkowej wycieczki. Przed tygodniem jazdy rozsądniej było oszczędzić siły niż kolekcjonować kolejne szczyty.

Przed schroniskiem stały już dziesiątki rowerów obładowanych sakwami i torbami. Dopiero wtedy naprawdę poczułem skalę tego wydarzenia. Na miejscu czekało pasta party ze spaghetti bolognese. Chwilę później dotarł Andrzej. Udało nam się wykupić nocleg na podłodze schroniska. Dziewięćdziesiąt złotych za kawałek podłogi brzmiało dość absurdalnie, ale temperatura w Wiśle spadła już do około trzynastu stopni. Perspektywa rozpoczęcia rajdu po chłodnej nocy w hamaku przestała wydawać się dobrym pomysłem. Wieczorem schronisko wypełniło się rozmowami. Wielu uczestników startowało po raz pierwszy i miało dokładnie taki sam cel jak my - nie ścigać się, tylko ukończyć rajd. Bardziej uspokajaliśmy się nawzajem, niż snuliśmy skomplikowane strategie. Nikt tak naprawdę nie wiedział, jak organizm i sprzęt zniosą siedem dni jazdy. Podczas odprawy organizator z wyraźną satysfakcją opowiadał o przygotowanych odcinkach terenowych i różnych utrudnieniach. Dało się odnieść wrażenie, że część z nich została zaplanowana specjalnie po to, żeby uczestnicy nie mieli zbyt łatwo. Wtedy padło też zdanie, które później wielokrotnie wracało mi do głowy:

- Ty możesz mieć plan na Wisłę, ale nie wiesz, jaki Wisła ma plan dla Ciebie.

Słuchając tych opowieści i rozmawiając z doświadczonymi ultrakolarzami, pomyślałem, że my też jesteśmy trochę szaleni, ale oni funkcjonują na zupełnie innym poziomie.
Na sobotę plan był prosty: pobudka około 5:30, śniadanie o szóstej, start z trzeciej fali o 7:10 i około 200 kilometrów do Krakowa. Brzmiało ambitnie, ale wtedy wydawało się całkowicie realne.

Zakładałem, że mam realną szansę ukończyć Wisłę 1200, ale pewności jeszcze nie miałem. Największą niewiadomą nie był sam dystans, tylko to, jak organizm poradzi sobie z siedmioma dniami jazdy w terenie.