Wisła 1200 - dzień 6. Konsekwentnie do Grudziądza
Czwartek, 9 lipca 2026
· Komentarze(0)
Kategoria [blog], 100 plus, 150 plus, Wycieczki wielodniowe, Zalicz Gminę
Poranna rutyna działała już automatycznie. Pobudka około 5:30, mycie, pakowanie, jedzenie i wyjazd o 6:31. Najpierw musieliśmy wrócić pięć-sześć kilometrów z agroturystyki do trasy. Nie zastanawialiśmy się jednak nad całą pozostałą drogą. Cel na czwartek był prosty: przejechać około 150 kilometrów i zostawić podobny dystans na ostatni dzień.
O dziewiątej dotarliśmy do Silna. Był to nasz pierwszy postój od noclegu, więc zjedliśmy pizzę z Żabki. Mieliśmy za sobą mniej więcej jedną czwartą planowanego dystansu i około czternastu kilometrów do Torunia.
Większa część poranka prowadziła przez lasy, zarośla i piachy. Kiedy po raz kolejny zakopywaliśmy się w luźnym podłożu, było nas słychać z daleka. Żartowaliśmy, że „ojca dyrektora pieką uszy”, bo w drodze do Torunia pozdrawialiśmy go słowami, których raczej nie wypada cytować. Początkowo chcieliśmy dotrzeć kawałek za Grudziądz, żeby na piątek zostało mniej niż 150 kilometrów. Według naszych obliczeń sam Grudziądz wypadał mniej więcej w połowie pozostałej drogi do mety.
W Toruniu zrobiliśmy krótką przerwę i jedno z nielicznych bardziej turystycznych zdjęć tego dnia. Spotkaliśmy też chłopaków z Wadowic. Poprzedniego dnia dojechali do miasta prawdopodobnie dopiero po północy. Kiedy my pojawiliśmy się tam po dziesiątej, oni dopiero ruszali. Wyglądali dobrze i jechali szybciej, bo zdążyli odpocząć, ale za długi poprzedni etap zapłacili późnym startem. Przez chwilę jechaliśmy razem, później nam odjechali. Na Starotoruńskim Przedmieściu zatrzymaliśmy się jeszcze przy kaplicy. Pasowała do porannych żartów o ojcu dyrektorze, ale później wróciliśmy już do znacznie mniej zabawnej części trasy.
O 11:30 licznik pokazywał dokładnie 62,72 kilometra. Do końca rajdu pozostawały 242 kilometry, więc tego dnia musieliśmy przejechać jeszcze około 93. Przed nami było kilkanaście kilometrów wałów, a od innych uczestników słyszeliśmy, że w dalszej części trasa powinna stać się łatwiejsza. Nie mieliśmy jednak pewności, czy te informacje się sprawdzą.
Na wałach poruszaliśmy się wolno, ale konsekwentnie. Na szczęście nie były piaszczyste. Prowadziła nimi wydeptana ścieżka, czasem zmieniająca się w dwa wąskie ślady pomiędzy trawą. Dało się jechać, ale nierówności mocno nami trzęsły.
Do Ostromecka dotarliśmy z około dziewięćdziesięcioma kilometrami na liczniku. Za nami było mniej więcej dwadzieścia kilometrów wyjątkowo wytrzęsających wałów, a do wykonania minimalnego planu pozostawało jeszcze około sześćdziesięciu pięciu. Zatrzymaliśmy się w restauracji i po raz pierwszy tego dnia zjedliśmy normalny posiłek - sznycla z frytkami. Fizycznie pomogłoby wtedy właściwie każde jedzenie, nawet kolejne zakupy z Żabki, ale psychicznie możliwość siedzenia przy stole i zjedzenia ciepłego obiadu zrobiła dużą różnicę.
W restauracji spotkaliśmy też jednego z uczestników Wisły, któremu przysnęło się nad zupą. Później mijaliśmy się z nim jeszcze kilka razy na trasie. Do mety w Gdańsku dotarł krótko po nas.
Wiatr był słabszy niż poprzedniego dnia, ale nadal silny i znów wiał prosto w twarz. Poza nim pogoda była właściwie bardzo dobra. Nie padało, świeciło słońce, a pomiędzy chmurami było dużo niebieskiego nieba. Gdyby nie podmuchy, warunki byłyby niemal idealne. Za Ostromeckiem pojawiły się dobre asfalty, ale później trasa ponownie zaczęła przypominać, że to nadal Wisła 1200. Przed Chełmnem trafiliśmy na dwa ostre, długie podjazdy oraz terenowy zjazd, na którym musieliśmy prowadzić rowery.
Przez Chełmno przejechaliśmy bez zwiedzania. Zatrzymaliśmy się tylko przy żabce na uzupełnienie wody, na chwilę usiedliśmy na rynku po czym ruszyliśmy dalej. Do Grudziądza pozostawało około trzydziestu kilometrów, w większości wałami. Nie wiedzieliśmy, czy będą łaskawe, czy ponownie zamienią się w wyrypę. Ostatecznie były łaskawe tylko częściowo. Mniej więcej połowę odcinków przejeżdżaliśmy z prędkością przekraczającą 20 km/h. Na pozostałych tempo spadało do około 13–14 km/h. Patrząc później na zdjęcia, ten fragment wygląda niemal sielankowo: zielone wały, pola, Wisła i szerokie niebo. Z siodełka odbierałem go zupełnie inaczej. Jechałem przed siebie, patrząc głównie na pas trawy przed przednim kołem. Widoków właściwie już nie rejestrowałem. Czasami nagle orientowałem się, że przez chwilę nie pamiętałem, gdzie jestem ani dlaczego jadę tym wałem. Musiałem sobie przypomnieć, że jestem na Wiśle 1200 i jadę razem z Andrzejem. Nie traktowałem tego jako czegoś niepokojącego. Był to raczej efekt wielodniowego zmęczenia, monotonii i wykonywania przez wiele godzin tej samej czynności. Coraz mocniej dokuczały mi też dłonie. Serdeczne i małe palce obu rąk pozostawały zdrętwiałe, a zmiany chwytu nie przynosiły już poprawy. Nie było jednak jednego konkretnego kryzysu. Najważniejsze było dalsze, konsekwentne przesuwanie się w stronę celu.
Tuż przed Grudziądzem spotkaliśmy miejscowego chłopaka, który chce wystartować w Wiśle w kolejnym roku. Opowiedziałem mu, jak wygląda jazda po sześciu dniach, i przekazałem kilka praktycznych rad. Później przeprowadził nas przez miejscowe single. Nie były tak trudne jak odcinki przed Chełmnem i pasowały do naszych aktualnych możliwości, więc przejechaliśmy je w całości.
Do Grudziądza dotarliśmy o 20:24. Nocleg znaleźliśmy na Starym Mieście. Pierwotny plan zakładał zatrzymanie się dopiero za miastem, ale przez kolejne trzydzieści kilometrów nie było żadnych sensownych opcji noclegowych. Nie zamierzaliśmy realizować wcześniejszego założenia na siłę. Według tracka na ostatni dzień zostało 149 kilometrów. Nie wiedzieliśmy, jaka będzie nawierzchnia ani czym jeszcze zaskoczy nas trasa, ale taki dystans wydawał się możliwy do przejechania. Nawet gdybyśmy mieli dotrzeć do mety po ciemku, mieliśmy wystarczający zapas czasu. Liczyliśmy jednak, że będziemy w Gdańsku około dwudziestej. Po zakwaterowaniu poszliśmy jeszcze do Żabki po kolację i śniadanie. Chcieliśmy rano zjeść na noclegu, a nie po raz kolejny siedzieć na krawężniku przed sklepem.
Dzień zakończyłem z dystansem 155,70 kilometra, czasem jazdy 10 godzin i 10 minut oraz 688 metrami podjazdów. Całość razem z postojami zajęła 13 godzin i 53 minuty. Zdobyłem też cztery nowe gminy: Czernikowo, Obrowo, Lubicz i Dąbrowę Chełmińską.
Nie był to dzień jednego wyjątkowo trudnego momentu. Najbardziej męczyły dziesiątki kilometrów wałów, wiatr, drętwiejące dłonie i narastająca monotonia. Mimo tego wykonaliśmy plan. Został nam już tylko jeden pełny dzień i, według tracka, 149 kilometrów do mety.












O dziewiątej dotarliśmy do Silna. Był to nasz pierwszy postój od noclegu, więc zjedliśmy pizzę z Żabki. Mieliśmy za sobą mniej więcej jedną czwartą planowanego dystansu i około czternastu kilometrów do Torunia.
Większa część poranka prowadziła przez lasy, zarośla i piachy. Kiedy po raz kolejny zakopywaliśmy się w luźnym podłożu, było nas słychać z daleka. Żartowaliśmy, że „ojca dyrektora pieką uszy”, bo w drodze do Torunia pozdrawialiśmy go słowami, których raczej nie wypada cytować. Początkowo chcieliśmy dotrzeć kawałek za Grudziądz, żeby na piątek zostało mniej niż 150 kilometrów. Według naszych obliczeń sam Grudziądz wypadał mniej więcej w połowie pozostałej drogi do mety.
W Toruniu zrobiliśmy krótką przerwę i jedno z nielicznych bardziej turystycznych zdjęć tego dnia. Spotkaliśmy też chłopaków z Wadowic. Poprzedniego dnia dojechali do miasta prawdopodobnie dopiero po północy. Kiedy my pojawiliśmy się tam po dziesiątej, oni dopiero ruszali. Wyglądali dobrze i jechali szybciej, bo zdążyli odpocząć, ale za długi poprzedni etap zapłacili późnym startem. Przez chwilę jechaliśmy razem, później nam odjechali. Na Starotoruńskim Przedmieściu zatrzymaliśmy się jeszcze przy kaplicy. Pasowała do porannych żartów o ojcu dyrektorze, ale później wróciliśmy już do znacznie mniej zabawnej części trasy.
O 11:30 licznik pokazywał dokładnie 62,72 kilometra. Do końca rajdu pozostawały 242 kilometry, więc tego dnia musieliśmy przejechać jeszcze około 93. Przed nami było kilkanaście kilometrów wałów, a od innych uczestników słyszeliśmy, że w dalszej części trasa powinna stać się łatwiejsza. Nie mieliśmy jednak pewności, czy te informacje się sprawdzą.
Na wałach poruszaliśmy się wolno, ale konsekwentnie. Na szczęście nie były piaszczyste. Prowadziła nimi wydeptana ścieżka, czasem zmieniająca się w dwa wąskie ślady pomiędzy trawą. Dało się jechać, ale nierówności mocno nami trzęsły.
Do Ostromecka dotarliśmy z około dziewięćdziesięcioma kilometrami na liczniku. Za nami było mniej więcej dwadzieścia kilometrów wyjątkowo wytrzęsających wałów, a do wykonania minimalnego planu pozostawało jeszcze około sześćdziesięciu pięciu. Zatrzymaliśmy się w restauracji i po raz pierwszy tego dnia zjedliśmy normalny posiłek - sznycla z frytkami. Fizycznie pomogłoby wtedy właściwie każde jedzenie, nawet kolejne zakupy z Żabki, ale psychicznie możliwość siedzenia przy stole i zjedzenia ciepłego obiadu zrobiła dużą różnicę.
W restauracji spotkaliśmy też jednego z uczestników Wisły, któremu przysnęło się nad zupą. Później mijaliśmy się z nim jeszcze kilka razy na trasie. Do mety w Gdańsku dotarł krótko po nas.
Wiatr był słabszy niż poprzedniego dnia, ale nadal silny i znów wiał prosto w twarz. Poza nim pogoda była właściwie bardzo dobra. Nie padało, świeciło słońce, a pomiędzy chmurami było dużo niebieskiego nieba. Gdyby nie podmuchy, warunki byłyby niemal idealne. Za Ostromeckiem pojawiły się dobre asfalty, ale później trasa ponownie zaczęła przypominać, że to nadal Wisła 1200. Przed Chełmnem trafiliśmy na dwa ostre, długie podjazdy oraz terenowy zjazd, na którym musieliśmy prowadzić rowery.
Przez Chełmno przejechaliśmy bez zwiedzania. Zatrzymaliśmy się tylko przy żabce na uzupełnienie wody, na chwilę usiedliśmy na rynku po czym ruszyliśmy dalej. Do Grudziądza pozostawało około trzydziestu kilometrów, w większości wałami. Nie wiedzieliśmy, czy będą łaskawe, czy ponownie zamienią się w wyrypę. Ostatecznie były łaskawe tylko częściowo. Mniej więcej połowę odcinków przejeżdżaliśmy z prędkością przekraczającą 20 km/h. Na pozostałych tempo spadało do około 13–14 km/h. Patrząc później na zdjęcia, ten fragment wygląda niemal sielankowo: zielone wały, pola, Wisła i szerokie niebo. Z siodełka odbierałem go zupełnie inaczej. Jechałem przed siebie, patrząc głównie na pas trawy przed przednim kołem. Widoków właściwie już nie rejestrowałem. Czasami nagle orientowałem się, że przez chwilę nie pamiętałem, gdzie jestem ani dlaczego jadę tym wałem. Musiałem sobie przypomnieć, że jestem na Wiśle 1200 i jadę razem z Andrzejem. Nie traktowałem tego jako czegoś niepokojącego. Był to raczej efekt wielodniowego zmęczenia, monotonii i wykonywania przez wiele godzin tej samej czynności. Coraz mocniej dokuczały mi też dłonie. Serdeczne i małe palce obu rąk pozostawały zdrętwiałe, a zmiany chwytu nie przynosiły już poprawy. Nie było jednak jednego konkretnego kryzysu. Najważniejsze było dalsze, konsekwentne przesuwanie się w stronę celu.
Tuż przed Grudziądzem spotkaliśmy miejscowego chłopaka, który chce wystartować w Wiśle w kolejnym roku. Opowiedziałem mu, jak wygląda jazda po sześciu dniach, i przekazałem kilka praktycznych rad. Później przeprowadził nas przez miejscowe single. Nie były tak trudne jak odcinki przed Chełmnem i pasowały do naszych aktualnych możliwości, więc przejechaliśmy je w całości.
Do Grudziądza dotarliśmy o 20:24. Nocleg znaleźliśmy na Starym Mieście. Pierwotny plan zakładał zatrzymanie się dopiero za miastem, ale przez kolejne trzydzieści kilometrów nie było żadnych sensownych opcji noclegowych. Nie zamierzaliśmy realizować wcześniejszego założenia na siłę. Według tracka na ostatni dzień zostało 149 kilometrów. Nie wiedzieliśmy, jaka będzie nawierzchnia ani czym jeszcze zaskoczy nas trasa, ale taki dystans wydawał się możliwy do przejechania. Nawet gdybyśmy mieli dotrzeć do mety po ciemku, mieliśmy wystarczający zapas czasu. Liczyliśmy jednak, że będziemy w Gdańsku około dwudziestej. Po zakwaterowaniu poszliśmy jeszcze do Żabki po kolację i śniadanie. Chcieliśmy rano zjeść na noclegu, a nie po raz kolejny siedzieć na krawężniku przed sklepem.
Dzień zakończyłem z dystansem 155,70 kilometra, czasem jazdy 10 godzin i 10 minut oraz 688 metrami podjazdów. Całość razem z postojami zajęła 13 godzin i 53 minuty. Zdobyłem też cztery nowe gminy: Czernikowo, Obrowo, Lubicz i Dąbrowę Chełmińską.
Nie był to dzień jednego wyjątkowo trudnego momentu. Najbardziej męczyły dziesiątki kilometrów wałów, wiatr, drętwiejące dłonie i narastająca monotonia. Mimo tego wykonaliśmy plan. Został nam już tylko jeden pełny dzień i, według tracka, 149 kilometrów do mety.














