Wisła 1200 - dzień 5. Wiatr w twarz i 150 kilometrów do Bobrownik
Środa, 8 lipca 2026
· Komentarze(0)
Kategoria [blog], 100 plus, 150 plus, Wycieczki wielodniowe, Zalicz Gminę
Piątego dnia ruszyliśmy z Zakroczymia o 6:23. Celem od początku były Bobrowniki, około 150 kilometrów dalej. Do mety pozostawało nam mniej więcej 450 kilometrów i trzy pełne dni jazdy, dlatego nie chcieliśmy już celować w 160–170 kilometrów, ale też nie zamierzaliśmy schodzić poniżej 150. W sobotę mieliśmy jeszcze kilka godzin zapasu, bo nasza meta zamykała się o 9:10, jednak plan zakładał zakończenie rajdu już w piątek.
Po pięciu minutach zatrzymaliśmy się na śniadanie w Żabce. Oczywiście spotkaliśmy tam innych uczestników Wisły, w tym chłopaków z Wadowic, z którymi później przez większą część dnia jechaliśmy na mijankę. Za Zakroczymiem trasa zaczęła się od krótkich singli. Dalej jechaliśmy asfaltami i szutrami przez wsie, trafiając również na pierwsze błotniste odcinki. Rano było jeszcze słonecznie i w Czerwińsku zrobiliśmy krótki postój w centrum. Tam dogoniliśmy chłopaków z Wadowic i razem dojechaliśmy do Wyszogrodu, gdzie zatrzymaliśmy się w Żabce na kawę i pączka. Za Wyszogrodem wjechaliśmy na wały. Sama nawierzchnia była przyjemna, ale tego dnia najważniejszym elementem trasy nie był piach ani błoto, tylko wiatr. Według Ventusky porywy dochodziły do około 61 km/h i wiały prosto w twarz. Na odkrytych odcinkach jechaliśmy momentami niewiele szybciej niż 10 km/h, choć cały czas trzeba było mocno pracować.
Około 10:53 dotarliśmy do pitstopu w Podgórzu, przygotowanego z prywatnej inicjatywy jednego z fanów rajdu. Była gorąca woda na kawę, herbatę albo zupkę chińską, ciastka i hamak. Nad wałem stał duży napis „Pit Stop Podgórze”, więc miejsca nie dało się przeoczyć. Wiatr częściowo złożył daszek nad punktem, co dobrze pokazywało siłę podmuchów. Do kolejnego sklepu mieliśmy około szesnastu kilometrów, a do zoo w Płocku mniej więcej trzydzieści cztery. W normalnych warunkach nie byłby to szczególnie długi odcinek, ale wtedy ocenialiśmy, że zajmie nam około trzech godzin. Zaczęliśmy też porównywać nasz poprzedni dzień z wynikami innych uczestników. Dzień wcześniej przejechaliśmy około 150 kilometrów i początkowo traktowaliśmy to jako rezultat poniżej oczekiwań. Okazało się jednak, że Otwocka Amazonia wymęczyła praktycznie wszystkich. Niektórzy zrobili tylko osiemdziesiąt kilometrów, inni około 120–130. Nasze 150 kilometrów nagle przestało wyglądać słabo. Po kilku dniach zmieniła się perspektywa. Nie chodziło już o robienie jak najdłuższych etapów, ale o takie rozłożenie sił, żeby codziennie przejeżdżać co najmniej 150 kilometrów i bez problemu dotrzeć do mety.
Przed Płockiem nadal jechaliśmy wzdłuż wału, momentami z prędkością około 10 km/h. Kilometr przed miastem trasa, zamiast poprowadzić nas wygodną ścieżką rowerową, skręciła w piach. W tym samym momencie zaczęło lać, a napęd ponownie oblepił się mokrym piaskiem. Po kilku godzinach walki z wiatrem taki wjazd do miasta mocno nas zirytował. Do Płocka dotarliśmy około 14:00 i zatrzymaliśmy się w pizzerii 10 i 1/2. Ponownie spotkaliśmy tam chłopaków z Wadowic. Podczas obiadu zarezerwowaliśmy agroturystykę w okolicach Bobrownik. Leżała około pięciu-sześciu kilometrów od trasy, ale była jedynym dostępnym noclegiem, który udało nam się znaleźć. Traktowaliśmy ją jako zabezpieczenie. Woleliśmy przespać się bezpośrednio w Bobrownikach i nie dokładać dodatkowych kilometrów, dlatego po dotarciu na miejsce chcieliśmy jeszcze poszukać innej możliwości. Gdyby nic z tego nie wyszło, pozostawała rezerwacja zrobiona w Płocku.
Po wyjeździe z miasta czekało nas około dwudziestu kilometrów drogą wojewódzką. Z punktu widzenia liczb sytuacja wyglądała bezpiecznie: do noclegu pozostawało około sześćdziesięciu kilometrów, a przed nami było jeszcze około sześciu godzin do zmroku. Mimo to właśnie wtedy po raz pierwszy i jedyny podczas rajdu realnie obawiałem się, czy wykonamy plan na ten etap. Wiatr, deszcz i dotychczasowe tempo sprawiały, że prosty rachunek przestawał uspokajać. Ten odcinek zabrał mi bardzo dużo energii. Cały czas wiało, droga co chwilę prowadziła pod górę, a mimo gładkiego asfaltu nie jechaliśmy szybciej. Do tego dochodziło już zmęczenie fizyczne i psychiczne po kilku dniach rajdu. Przez chwilę myślałem, że dopadł mnie poważniejszy kryzys. Gdy jednak zjechaliśmy z asfaltu na szutry, samopoczucie od razu się poprawiło. Niekoniecznie jechaliśmy szybciej, ale psychicznie było znacznie łatwiej. Po całym dniu walki z wiatrem długi odcinek szosy, który nie dawał żadnej przewagi prędkości, zwyczajnie męczył.
W okolicach Dobrzynia wróciło błoto. Tam czekał też mostek pana Czesława, o którym organizator wspominał podczas odprawy. Tydzień wcześniej sam miał problem, żeby go znaleźć, ponieważ przeprawa była tak zarośnięta. „Mostek” był zresztą określeniem trochę na wyrost - bardziej przypominał kilka kłód rzuconych przez ciek wodny. Na szczęście szybsi uczestnicy zdążyli już rozjechać część krzaków i miejsce było lepiej widoczne.
Od Płocka pogoda działała w regularnym cyklu. Przez około pięć minut padało, później na piętnaście albo dwadzieścia minut przestawało, po czym deszcz wracał. Nie była to jedna duża ulewa, tylko ciągłe zastanawianie się, czy warto zakładać kurtkę, skoro za chwilę może znowu przestać padać. Z chłopakami z Wadowic przez cały dzień jechaliśmy na mijankę. Raz wyprzedzaliśmy ich my, chwilę później oni nas. Początkowo rozważaliśmy nawet wspólny nocleg w agroturystyce koło Bobrownik, ale ostatecznie wrócili do swojego pierwotnego planu i pojechali dalej w stronę Torunia. My trzymaliśmy się planowanych 150 kilometrów. Przed Bobrownikami zatrzymaliśmy się jeszcze przy Żabce po północnej stronie Wisły. Później okazało się, że formalnie nadal byliśmy we Włocławku. Wcześniej, z wysokiego brzegu, otworzył się widok na miasto i stalowy most przez Wisłę. Był to jeden z niewielu szerszych widoków tego dnia, którego nie zasłaniał wał, las albo kolejna ściana deszczu.
Do Bobrownik pozostawało około piętnastu kilometrów. Większość prowadziła asfaltem, ale środkowe pięć kilometrów ponownie było piaszczyste. Pod sam koniec wjechaliśmy do Starego Bógpomóż. Już sama nazwa mnie rozbawiła, chwilę później pojawiła się tablica Nowy Bógpomóż. Po całym dniu walki z wiatrem, deszczem i piachem ten kierunek wydawał się całkiem adekwatny.
W Bobrownikach Andrzej chciał porozmawiać z proboszczem. Miejscowość leży na szlaku Camino, więc liczyliśmy, że może uda się przenocować na plebanii albo znaleźć inne miejsce bez zjeżdżania z trasy. Zapytaliśmy o nocleg napotkanego mieszkańca. Od razu zaczął dzwonić i po chwili pojawił się strażak. Obaj naprawdę próbowali coś dla nas znaleźć. Normalnie moglibyśmy przespać się bezpłatnie w pomieszczeniu socjalnym straży pożarnej ale akurat przebywały tam dzieci w związku z wakacjami. Proboszcz był na urlopie, więc plebania także odpadała. Padł nawet pomysł noclegu w baraku na PSZOK-u. Docenialiśmy ich zaangażowanie, ale ostatecznie uznaliśmy, że rozsądniej będzie skorzystać z rezerwacji zrobionej w Płocku. Zjazd do agroturystyki oznaczał pięć-sześć dodatkowych kilometrów, a następnego ranka tyle samo z powrotem. Niby niewiele, ale łącznie robiło się już dziesięć-dwanaście kilometrów.
Google wyznaczył nam oczywiście najkrótszą drogę przez las i piachy. Była to odpowiednia końcówka dnia, w którym nawet gładki asfalt nie chciał być szybki. Do agroturystyki dotarliśmy o 20:39. Ostatnie kilometry nie stanowiły już poważnego problemu, ale mocno nas irytowały. Tego dnia pojawiło się także drętwienie palców serdecznych i małych. Zmiana chwytu pomagała głównie na dyskomfort w nasadzie dłoni przy nadgarstku, ale nie rozwiązywała problemu z palcami. Po kilku dniach pozycja na gravelu i sposób podparcia rąk zaczynały coraz wyraźniej dawać o sobie znać.
Dzień zakończyliśmy z wynikiem 155,25 kilometra i 895 metrów podjazdów. Czas jazdy wyniósł 9 godzin i 48 minut, a od startu do dotarcia na nocleg minęło ponad czternaście godzin. Po drodze zdobyłem też nową gminę - Bobrowniki. Do mety pozostawało około 300 kilometrów. Wiedziałem już, że ukończenie rajdu jest pewne, o ile nie wydarzy się poważna awaria któregoś z rowerów. Mieliśmy dwa pełne dni na przejechanie po około 150 kilometrów i dodatkowo sobotni poranek, którego nie zamierzaliśmy używać.
Po pięciu dniach właśnie to oznaczało „komfort”. Nie łatwą jazdę, brak deszczu ani wiatr w plecy, tylko świadomość, że pozostały dystans da się podzielić na odcinki, które jesteśmy w stanie przejechać.





Po pięciu minutach zatrzymaliśmy się na śniadanie w Żabce. Oczywiście spotkaliśmy tam innych uczestników Wisły, w tym chłopaków z Wadowic, z którymi później przez większą część dnia jechaliśmy na mijankę. Za Zakroczymiem trasa zaczęła się od krótkich singli. Dalej jechaliśmy asfaltami i szutrami przez wsie, trafiając również na pierwsze błotniste odcinki. Rano było jeszcze słonecznie i w Czerwińsku zrobiliśmy krótki postój w centrum. Tam dogoniliśmy chłopaków z Wadowic i razem dojechaliśmy do Wyszogrodu, gdzie zatrzymaliśmy się w Żabce na kawę i pączka. Za Wyszogrodem wjechaliśmy na wały. Sama nawierzchnia była przyjemna, ale tego dnia najważniejszym elementem trasy nie był piach ani błoto, tylko wiatr. Według Ventusky porywy dochodziły do około 61 km/h i wiały prosto w twarz. Na odkrytych odcinkach jechaliśmy momentami niewiele szybciej niż 10 km/h, choć cały czas trzeba było mocno pracować.
Około 10:53 dotarliśmy do pitstopu w Podgórzu, przygotowanego z prywatnej inicjatywy jednego z fanów rajdu. Była gorąca woda na kawę, herbatę albo zupkę chińską, ciastka i hamak. Nad wałem stał duży napis „Pit Stop Podgórze”, więc miejsca nie dało się przeoczyć. Wiatr częściowo złożył daszek nad punktem, co dobrze pokazywało siłę podmuchów. Do kolejnego sklepu mieliśmy około szesnastu kilometrów, a do zoo w Płocku mniej więcej trzydzieści cztery. W normalnych warunkach nie byłby to szczególnie długi odcinek, ale wtedy ocenialiśmy, że zajmie nam około trzech godzin. Zaczęliśmy też porównywać nasz poprzedni dzień z wynikami innych uczestników. Dzień wcześniej przejechaliśmy około 150 kilometrów i początkowo traktowaliśmy to jako rezultat poniżej oczekiwań. Okazało się jednak, że Otwocka Amazonia wymęczyła praktycznie wszystkich. Niektórzy zrobili tylko osiemdziesiąt kilometrów, inni około 120–130. Nasze 150 kilometrów nagle przestało wyglądać słabo. Po kilku dniach zmieniła się perspektywa. Nie chodziło już o robienie jak najdłuższych etapów, ale o takie rozłożenie sił, żeby codziennie przejeżdżać co najmniej 150 kilometrów i bez problemu dotrzeć do mety.
Przed Płockiem nadal jechaliśmy wzdłuż wału, momentami z prędkością około 10 km/h. Kilometr przed miastem trasa, zamiast poprowadzić nas wygodną ścieżką rowerową, skręciła w piach. W tym samym momencie zaczęło lać, a napęd ponownie oblepił się mokrym piaskiem. Po kilku godzinach walki z wiatrem taki wjazd do miasta mocno nas zirytował. Do Płocka dotarliśmy około 14:00 i zatrzymaliśmy się w pizzerii 10 i 1/2. Ponownie spotkaliśmy tam chłopaków z Wadowic. Podczas obiadu zarezerwowaliśmy agroturystykę w okolicach Bobrownik. Leżała około pięciu-sześciu kilometrów od trasy, ale była jedynym dostępnym noclegiem, który udało nam się znaleźć. Traktowaliśmy ją jako zabezpieczenie. Woleliśmy przespać się bezpośrednio w Bobrownikach i nie dokładać dodatkowych kilometrów, dlatego po dotarciu na miejsce chcieliśmy jeszcze poszukać innej możliwości. Gdyby nic z tego nie wyszło, pozostawała rezerwacja zrobiona w Płocku.
Po wyjeździe z miasta czekało nas około dwudziestu kilometrów drogą wojewódzką. Z punktu widzenia liczb sytuacja wyglądała bezpiecznie: do noclegu pozostawało około sześćdziesięciu kilometrów, a przed nami było jeszcze około sześciu godzin do zmroku. Mimo to właśnie wtedy po raz pierwszy i jedyny podczas rajdu realnie obawiałem się, czy wykonamy plan na ten etap. Wiatr, deszcz i dotychczasowe tempo sprawiały, że prosty rachunek przestawał uspokajać. Ten odcinek zabrał mi bardzo dużo energii. Cały czas wiało, droga co chwilę prowadziła pod górę, a mimo gładkiego asfaltu nie jechaliśmy szybciej. Do tego dochodziło już zmęczenie fizyczne i psychiczne po kilku dniach rajdu. Przez chwilę myślałem, że dopadł mnie poważniejszy kryzys. Gdy jednak zjechaliśmy z asfaltu na szutry, samopoczucie od razu się poprawiło. Niekoniecznie jechaliśmy szybciej, ale psychicznie było znacznie łatwiej. Po całym dniu walki z wiatrem długi odcinek szosy, który nie dawał żadnej przewagi prędkości, zwyczajnie męczył.
W okolicach Dobrzynia wróciło błoto. Tam czekał też mostek pana Czesława, o którym organizator wspominał podczas odprawy. Tydzień wcześniej sam miał problem, żeby go znaleźć, ponieważ przeprawa była tak zarośnięta. „Mostek” był zresztą określeniem trochę na wyrost - bardziej przypominał kilka kłód rzuconych przez ciek wodny. Na szczęście szybsi uczestnicy zdążyli już rozjechać część krzaków i miejsce było lepiej widoczne.
Od Płocka pogoda działała w regularnym cyklu. Przez około pięć minut padało, później na piętnaście albo dwadzieścia minut przestawało, po czym deszcz wracał. Nie była to jedna duża ulewa, tylko ciągłe zastanawianie się, czy warto zakładać kurtkę, skoro za chwilę może znowu przestać padać. Z chłopakami z Wadowic przez cały dzień jechaliśmy na mijankę. Raz wyprzedzaliśmy ich my, chwilę później oni nas. Początkowo rozważaliśmy nawet wspólny nocleg w agroturystyce koło Bobrownik, ale ostatecznie wrócili do swojego pierwotnego planu i pojechali dalej w stronę Torunia. My trzymaliśmy się planowanych 150 kilometrów. Przed Bobrownikami zatrzymaliśmy się jeszcze przy Żabce po północnej stronie Wisły. Później okazało się, że formalnie nadal byliśmy we Włocławku. Wcześniej, z wysokiego brzegu, otworzył się widok na miasto i stalowy most przez Wisłę. Był to jeden z niewielu szerszych widoków tego dnia, którego nie zasłaniał wał, las albo kolejna ściana deszczu.
Do Bobrownik pozostawało około piętnastu kilometrów. Większość prowadziła asfaltem, ale środkowe pięć kilometrów ponownie było piaszczyste. Pod sam koniec wjechaliśmy do Starego Bógpomóż. Już sama nazwa mnie rozbawiła, chwilę później pojawiła się tablica Nowy Bógpomóż. Po całym dniu walki z wiatrem, deszczem i piachem ten kierunek wydawał się całkiem adekwatny.
W Bobrownikach Andrzej chciał porozmawiać z proboszczem. Miejscowość leży na szlaku Camino, więc liczyliśmy, że może uda się przenocować na plebanii albo znaleźć inne miejsce bez zjeżdżania z trasy. Zapytaliśmy o nocleg napotkanego mieszkańca. Od razu zaczął dzwonić i po chwili pojawił się strażak. Obaj naprawdę próbowali coś dla nas znaleźć. Normalnie moglibyśmy przespać się bezpłatnie w pomieszczeniu socjalnym straży pożarnej ale akurat przebywały tam dzieci w związku z wakacjami. Proboszcz był na urlopie, więc plebania także odpadała. Padł nawet pomysł noclegu w baraku na PSZOK-u. Docenialiśmy ich zaangażowanie, ale ostatecznie uznaliśmy, że rozsądniej będzie skorzystać z rezerwacji zrobionej w Płocku. Zjazd do agroturystyki oznaczał pięć-sześć dodatkowych kilometrów, a następnego ranka tyle samo z powrotem. Niby niewiele, ale łącznie robiło się już dziesięć-dwanaście kilometrów.
Google wyznaczył nam oczywiście najkrótszą drogę przez las i piachy. Była to odpowiednia końcówka dnia, w którym nawet gładki asfalt nie chciał być szybki. Do agroturystyki dotarliśmy o 20:39. Ostatnie kilometry nie stanowiły już poważnego problemu, ale mocno nas irytowały. Tego dnia pojawiło się także drętwienie palców serdecznych i małych. Zmiana chwytu pomagała głównie na dyskomfort w nasadzie dłoni przy nadgarstku, ale nie rozwiązywała problemu z palcami. Po kilku dniach pozycja na gravelu i sposób podparcia rąk zaczynały coraz wyraźniej dawać o sobie znać.
Dzień zakończyliśmy z wynikiem 155,25 kilometra i 895 metrów podjazdów. Czas jazdy wyniósł 9 godzin i 48 minut, a od startu do dotarcia na nocleg minęło ponad czternaście godzin. Po drodze zdobyłem też nową gminę - Bobrowniki. Do mety pozostawało około 300 kilometrów. Wiedziałem już, że ukończenie rajdu jest pewne, o ile nie wydarzy się poważna awaria któregoś z rowerów. Mieliśmy dwa pełne dni na przejechanie po około 150 kilometrów i dodatkowo sobotni poranek, którego nie zamierzaliśmy używać.
Po pięciu dniach właśnie to oznaczało „komfort”. Nie łatwą jazdę, brak deszczu ani wiatr w plecy, tylko świadomość, że pozostały dystans da się podzielić na odcinki, które jesteśmy w stanie przejechać.







