Dzisiaj wyjątkowo dzień przerwy od deszczu. Wstałem trochę później niż planowałem i wyjechałem z domu przed 10. Chciałem zrobić 50km, ale jechało się dobrze bez deszczu, jedynie trochę wiało ale dałem radę. Po 50km uznałem, że nie jest tak najgorzej i postanowiłem dorzucić dodatkowe 20km i przekroczyć długo oczekiwaną granicę dzisiaj.
Po zeszłorocznych 3000 i tegorocznych 5000 i widząc moją "regularną" jazdę chyba nie będę podwyższał poprzeczki na przyszły rok.
Drugi dzień nadrabiania zaległości. Dzisiaj deszcz trochę mniejszy, ale wciąż utrudniający jazdę. tym razem rundka na zachód od Centrum miasta.
Od miesiąca w Australii jest lato czyli w Queensland sezon deszczowy, niestety nikt się nie spodziewał tylu opadów - bez przerwy od miesiąca, a mają jeszcze trwać do końca lutego. Jak podają meteorolodzy - największe deszcze od 14 lat.
Teraz mam 10 dni wolnego więc uznałem, że jest najwyższy czas, żeby dobić do tych 5000km w tym roku. Byłby wstyd gdybym tego nie zrobił.
4 dni i 180km to nie tak dużo więc pomimo padającego deszczu od miesiąc wsiadłem na rower i zrobiłem rundkę dookoła miasta. Jak się spodziewałem wiele ścieżek rowerowych jest podtopionych i w kilku miejscach musiałem zmieniać trasę, a dodatkowe remonty/budowy dróg utrudniały jazdę po nieznanych rejonach miasta.
Liczba kilometrów według map google, licznik nie wytrzymał takiej ilości deszczu.
Dzisiaj rano nie padało więc pojechałem z Brisbane do Ipswich. Ipswich to małe miasto należące do aglomeracji i leżące na południowy wschód od Brisbane. Trasa nie była ciekawa, przez przemysłowe obszary, ale chciałem się tam przejechać, żeby móc odhaczyć tę drogę :)
Miałem z Ipswich wrócić inną trasą, ale się źle poczułem i ledwo dojechałem do miasta. Nie udało mi się znaleźć, żadnej ciekawej knajpki, żeby coś zjeść więc posiliłem się na dworcu. Tam zrobiłem sobie krótki odpoczynek i wsiadłem do pociągu powrotnego.
Może źle się czułem przez dłuższą przerwę od roweru i słońce/wysoką temperaturę po kilku tygodniach deszczu. A jak wróciłem do domu to znowu zaczęło lać więc może dobrze, że wróciłem pociągiem.
Trasę, powrotną przez górki pewnie zrobię wkrótce z Bliźniakiem, który już się szykuje do lotu powrotnego do Australii :)