Wpisy archiwalne w kategorii

Inne aktywności

Dystans całkowity:105.14 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:17:38
Średnia prędkość:5.96 km/h
Maksymalna prędkość:37.22 km/h
Suma podjazdów:717 m
Maks. tętno maksymalne:171 (88 %)
Maks. tętno średnie:157 (80 %)
Suma kalorii:6004 kcal
Liczba aktywności:3
Średnio na aktywność:35.05 km i 5h 52m
Więcej statystyk

Półmaraton Warszawski

Niedziela, 22 marca 2026 · Komentarze(0)
Dzisiejszy półmaraton zaczął się dla mnie jeszcze przed startem - na Błoniach Stadionu Narodowego. Umówiliśmy się tam większą ekipą z pracy (prawie 100 osób). Podjechałem kawałek tramwajem, ale wysiadłem wcześniej, przy Parku Skaryszewskim - moim „domowym” parkrunie - i dalej poszedłem pieszo w stronę stadionu.
Im bliżej startu, tym trochę bardziej czuć było atmosferę zawodów. Z jednej strony luz - bo to nie jest moment w sezonie na życiówki i biegam teraz raczej okazjonalnie - ale z drugiej jednak ten lekki dreszcz, który zawsze się pojawia przy większych imprezach. To był mój piąty Półmaraton Warszawski i chyba właśnie dlatego lubię tu wracać - nie tylko dla wyniku, ale dla samego uczestnictwa.
Start tradycyjnie z Mostu Poniatowskiego, a dalej już dobrze znana trasa. Zawsze dobrze biegnie się Traktem Królewskim - szczególnie Krakowskim Przedmieściem, między historycznymi budynkami. To jeden z tych fragmentów, gdzie na chwilę można zapomnieć o tempie i po prostu chłonąć miasto.
Drugi charakterystyczny moment to zbieg ulicą Podleśną i dalej Wisłostradą - po prawej mijamy Cytadelę i wbiegamy na Most Gdański. Ten odcinek zawsze zostaje w głowie, trochę jak punkt kontrolny dalszej części biegu.
Na trasie cztery razy próbowała mnie złapać Monika - podobno krzyczała 😉 - ale w tłumie kompletnie jej nie wypatrzyłem. Dopiero na Błoniach, tuż przed metą, w końcu się udało.
Plan na bieg był prosty: spokojny początek i stopniowe przyspieszanie. Pierwsze 5 km w okolicach 6:30, potem schodzić co odcinek o jakieś 10 sekund i zamknąć całość średnią w okolicach 6:15. Wyszło… inaczej.
Już od startu tempo było bliżej 6:10 i mimo że wydawało się luźno, to systematycznie rosło. Pierwsza piątka wyszła w okolicach 6:00, druga jeszcze szybciej - momentami schodziłem do 5:50 i zacząłem się zastanawiać, jak długo to utrzymam. Druga piątka zamknęła się w około 5:54 i wtedy zaczęło się odcinanie.
Od 10 km nogi coraz bardziej dawały znać o sobie, ale jeszcze dało się biec. Kryzys przyszedł w okolicach 14 km - największy podbieg na trasie (?), tempo już wyraźnie spadało i głowa podpowiedziała: „możesz kawałek podejść”. I to był moment, w którym mentalnie puściło. Od tego miejsca pojawiło się jeszcze kilka krótkich, około 100-metrowych odcinków marszu.
Do tego pogoda. Spodziewałem się 5-7 stopni, a wyszło ponad 10 i pełne słońce, praktycznie bez cienia. Na biegu było za ciepło, za to po mecie - klasycznie - słońce się schowało i zrobiło się chłodno.
Końcówka też nie była idealna. Przyspieszyłem trochę za wcześnie, około 19,5 km i jakieś 600 metrów przed metą musiałem jeszcze raz przejść do marszu na chwilę. Samo wbiegnięcie na metę już pod kontrolą - nawet udało się złapać dobre ujęcie na zdjęciu, bez wyglądania jakbym umierał 😉 Tętno trzymało się w ryzach, ale nogi były już mocno zmęczone.
Finalnie średnie tempo wyszło 6:09, więc teoretycznie lepiej niż plan. W praktyce - wykonanie do poprawy.
To nie był bieg pod wynik. Raczej trening wpleciony w sezon, który teraz kręci się wokół pływania i triathlonu, z Wisłą 1200 w lipcu i Bisonem 100 km w październiku gdzieś w tle. Wytrzymałość się przyda, ale sam półmaraton - w tym momencie - nie był konieczny.
Zostaje lekki niedosyt, ale taki uczciwy. Niepoparty treningiem, więc trudno oczekiwać więcej. Z drugiej strony widać, że zejście poniżej 2 godzin w tym roku jest w zasięgu - tylko trzeba to zrobić mądrzej i… po prostu pobiegać trochę więcej.




Morsman - triatlon zimowy

Niedziela, 19 stycznia 2025 · Komentarze(0)
Zapisałem się na zimowy triathlon Morsman (200 m / 20 km / 5 km). Do Trzebini przyjechaliśmy w sobotę. Wieczorem organizatorzy jeszcze zapewniali, że trasa pływacka będzie gotowa na niedzielę. Niestety był mróz i mimo czyszczenia toru w zalewie Balaton, ten cały czas zamarzał. Ryzyko było proste: ostre kawałki lodu mogły przeciąć skórę i zniszczyć pianki. Szkoda, bo pływanie było najciekawszą częścią całego wydarzenia.
Jak tylko ogłosili, że pływanie jest anulowane, to i tak postanowiłem wejść do wody - chociaż na szybkie morsowanie w przeręblach. Skoro już przyjechałem, to chciałem poczuć temperaturę na własnej skórze.
Pierwszy etap to był bieg, około 1,5 km dookoła zbiornika. Kilka podbiegów, kilka zbiegów, nie była to płaska trasa. Potem wskoczyłem na rower - trasa terenowa, więc wziąłem Speca, pierwszy raz od kilku lat w realnym użyciu. Dwie pętle po około 10 km, trochę błota, trochę szutru, trochę lodu. Dokładnie to, czego się spodziewałem po zimowym triathlonie.
Trzeci etap to znowu bieganie, tym razem około trzy pętle. Nogi już czuły rower, ale tempo było stabilne.
Bardzo zadowolony, że wystartowałem. Na pływanie jeszcze przyjdzie czas - tym razem warunki wygrały, ale cała reszta była dobrą przygodą.














Główny Szlak Kampinoski [trekking]

Sobota, 24 sierpnia 2024 · Komentarze(0)
W piątek po pracy spotkaliśmy się z Mackiem na Śródmieściu. Plan był prosty - Kampinos na raz, noc w hamakach przed startem i zobaczymy, co z tego wyjdzie. Z Sochaczewa pokonaliśmy 10 km do Plecewic, gdzie znaleźliśmy miejsce przy Bzurze i rozwiesiliśmy hamaki. Tydzień wcześniej planowałem kupić tarpa, ale zamiast tego kupiłem namiot/moskitierę do mojego hamaka – nie mogłem się doczekać, aby to przetestować! Po szybkiej kolacji poszliśmy spać około 22:00.
Sobotni poranek nadszedł szybko i chociaż zegarek wskazywał 5:30 rano, zimno sprawiło, że chcieliśmy zostać zwinięci w ciepłych śpiworach. Noc w hamaku wyszła idealnie - bez deszczu, bez wiatru i bez ani jednego komara. Namiot wyglądał na OK, ale przy takiej pogodzie nie było jak sprawdzić go w deszczu.
Pierwszy etap dnia to 4 km do Brochowa, oficjalnego punktu początkowego Głównego Szlaku Kampinoskiego. Po zaopatrzeniu się w niezbędne rzeczy ruszyliśmy dalej. Na 10 km minęliśmy Osadę Puszczańską, ale ruszyliśmy dalej – nie było czasu na wczesne postoje! Po 15 km już nie było dyskusji - siadamy. Zatrzymaliśmy się w Famułkach Królewskich przy małym sklepie. Zimny napój i odpoczynek na ławce były dokładnie tym, czego potrzebowaliśmy. Było ponad 30°C, plecaki ciężkie (mój ważył około 9 kg, plus 3 litry wody i trochę przekąsek) i każdy cień zaczynał wyglądać jak luksus. Korzystaliśmy z wiatek co jakieś 5 km.
Najdłuższą przerwę mieliśmy w Górkach, mniej więcej w połowie drogi. Znaleźliśmy miejsce w pobliżu zamkniętego sklepu, zaparzyliśmy kawę i zjedliśmy kanapki. W pewnym momencie podjechał samochód-lodziarnia, a my skorzystaliśmy z okazji, żeby ochłodzić się lodami. Zapytałem o wodę, ale ich nie było. Na szczęście usłyszał to mieszkaniec kupujący lody i uprzejmie zaproponował nam dwie butelki, które kupił wcześniej – ratunek w tym upale!
Roztoka, 44 km, była naszym kolejnym dużym przystankiem. Stamtąd zostało nam około 20 km do mety. Liczyliśmy, że zostały jakieś 4 godziny marszu. Do kolejnej wiaty było jeszcze 10 km, więc poszliśmy bez przerwy. Po Karczmisku dotarliśmy do Palmir, a następnie ostatnie 10 km wydawało się myląco krótkie, chociaż nasze nogi przypominały nam, że przeszliśmy już ponad 50 km. Poszliśmy dalej i dotarliśmy do pętli autobusowej w Dziekanowie Leśnym. Na mecie już bez filozofii - po prostu ulga, że koniec.
Sam szlak był mieszanką leśnych ścieżek i trochę asfaltu, z kilkoma pagórkami – jednak nic trudnego, z całkowitym wzniesieniem 314 metrów. Ogółem zajęło nam to 15 i pół godziny, z czego około 13 godzin to rzeczywisty marsz, ze średnią przyzwoitą prędkością 5,1 km/h.