Główny Szlak Kampinoski [trekking]
Sobota, 24 sierpnia 2024
· Komentarze(0)
Kategoria Inne aktywności
W piątek po pracy spotkaliśmy się z Mackiem na Śródmieściu. Plan był prosty - Kampinos na raz, noc w hamakach przed startem i zobaczymy, co z tego wyjdzie. Z Sochaczewa pokonaliśmy 10 km do Plecewic, gdzie znaleźliśmy miejsce przy Bzurze i rozwiesiliśmy hamaki. Tydzień wcześniej planowałem
kupić tarpa, ale zamiast tego kupiłem namiot/moskitierę do mojego hamaka –
nie mogłem się doczekać, aby to przetestować! Po szybkiej kolacji poszliśmy
spać około 22:00.
Sobotni poranek nadszedł szybko i chociaż zegarek wskazywał 5:30 rano, zimno sprawiło, że chcieliśmy zostać zwinięci w ciepłych śpiworach. Noc w hamaku wyszła idealnie - bez deszczu, bez wiatru i bez ani jednego komara. Namiot wyglądał na OK, ale przy takiej pogodzie nie było jak sprawdzić go w deszczu.
Pierwszy etap dnia to 4 km do Brochowa, oficjalnego punktu początkowego Głównego Szlaku Kampinoskiego. Po zaopatrzeniu się w niezbędne rzeczy ruszyliśmy dalej. Na 10 km minęliśmy Osadę Puszczańską, ale ruszyliśmy dalej – nie było czasu na wczesne postoje! Po 15 km już nie było dyskusji - siadamy. Zatrzymaliśmy się w Famułkach Królewskich przy małym sklepie. Zimny napój i odpoczynek na ławce były dokładnie tym, czego potrzebowaliśmy. Było ponad 30°C, plecaki ciężkie (mój ważył około 9 kg, plus 3 litry wody i trochę przekąsek) i każdy cień zaczynał wyglądać jak luksus. Korzystaliśmy z wiatek co jakieś 5 km.
Najdłuższą przerwę mieliśmy w Górkach, mniej więcej w połowie drogi. Znaleźliśmy miejsce w pobliżu zamkniętego sklepu, zaparzyliśmy kawę i zjedliśmy kanapki. W pewnym momencie podjechał samochód-lodziarnia, a my skorzystaliśmy z okazji, żeby ochłodzić się lodami. Zapytałem o wodę, ale ich nie było. Na szczęście usłyszał to mieszkaniec kupujący lody i uprzejmie zaproponował nam dwie butelki, które kupił wcześniej – ratunek w tym upale!
Roztoka, 44 km, była naszym kolejnym dużym przystankiem. Stamtąd zostało nam około 20 km do mety. Liczyliśmy, że zostały jakieś 4 godziny marszu. Do kolejnej wiaty było jeszcze 10 km, więc poszliśmy bez przerwy. Po Karczmisku dotarliśmy do Palmir, a następnie ostatnie 10 km wydawało się myląco krótkie, chociaż nasze nogi przypominały nam, że przeszliśmy już ponad 50 km. Poszliśmy dalej i dotarliśmy do pętli autobusowej w Dziekanowie Leśnym. Na mecie już bez filozofii - po prostu ulga, że koniec.
Sam szlak był mieszanką leśnych ścieżek i trochę asfaltu, z kilkoma pagórkami – jednak nic trudnego, z całkowitym wzniesieniem 314 metrów. Ogółem zajęło nam to 15 i pół godziny, z czego około 13 godzin to rzeczywisty marsz, ze średnią przyzwoitą prędkością 5,1 km/h.






Sobotni poranek nadszedł szybko i chociaż zegarek wskazywał 5:30 rano, zimno sprawiło, że chcieliśmy zostać zwinięci w ciepłych śpiworach. Noc w hamaku wyszła idealnie - bez deszczu, bez wiatru i bez ani jednego komara. Namiot wyglądał na OK, ale przy takiej pogodzie nie było jak sprawdzić go w deszczu.
Pierwszy etap dnia to 4 km do Brochowa, oficjalnego punktu początkowego Głównego Szlaku Kampinoskiego. Po zaopatrzeniu się w niezbędne rzeczy ruszyliśmy dalej. Na 10 km minęliśmy Osadę Puszczańską, ale ruszyliśmy dalej – nie było czasu na wczesne postoje! Po 15 km już nie było dyskusji - siadamy. Zatrzymaliśmy się w Famułkach Królewskich przy małym sklepie. Zimny napój i odpoczynek na ławce były dokładnie tym, czego potrzebowaliśmy. Było ponad 30°C, plecaki ciężkie (mój ważył około 9 kg, plus 3 litry wody i trochę przekąsek) i każdy cień zaczynał wyglądać jak luksus. Korzystaliśmy z wiatek co jakieś 5 km.
Najdłuższą przerwę mieliśmy w Górkach, mniej więcej w połowie drogi. Znaleźliśmy miejsce w pobliżu zamkniętego sklepu, zaparzyliśmy kawę i zjedliśmy kanapki. W pewnym momencie podjechał samochód-lodziarnia, a my skorzystaliśmy z okazji, żeby ochłodzić się lodami. Zapytałem o wodę, ale ich nie było. Na szczęście usłyszał to mieszkaniec kupujący lody i uprzejmie zaproponował nam dwie butelki, które kupił wcześniej – ratunek w tym upale!
Roztoka, 44 km, była naszym kolejnym dużym przystankiem. Stamtąd zostało nam około 20 km do mety. Liczyliśmy, że zostały jakieś 4 godziny marszu. Do kolejnej wiaty było jeszcze 10 km, więc poszliśmy bez przerwy. Po Karczmisku dotarliśmy do Palmir, a następnie ostatnie 10 km wydawało się myląco krótkie, chociaż nasze nogi przypominały nam, że przeszliśmy już ponad 50 km. Poszliśmy dalej i dotarliśmy do pętli autobusowej w Dziekanowie Leśnym. Na mecie już bez filozofii - po prostu ulga, że koniec.
Sam szlak był mieszanką leśnych ścieżek i trochę asfaltu, z kilkoma pagórkami – jednak nic trudnego, z całkowitym wzniesieniem 314 metrów. Ogółem zajęło nam to 15 i pół godziny, z czego około 13 godzin to rzeczywisty marsz, ze średnią przyzwoitą prędkością 5,1 km/h.








