Wpisy archiwalne w kategorii

[blog]

Dystans całkowity:1812.68 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:89:30
Średnia prędkość:20.25 km/h
Maksymalna prędkość:49.59 km/h
Suma podjazdów:9317 m
Maks. tętno maksymalne:157 (80 %)
Maks. tętno średnie:127 (65 %)
Suma kalorii:55415 kcal
Liczba aktywności:15
Średnio na aktywność:120.85 km i 5h 58m
Więcej statystyk

Pierwsze gminobranie w tym roku

Sobota, 14 marca 2026 · Komentarze(0)
Dzisiejszą trasę zacząłem w Wyszkowie. Lubię to miejsce jako start - Bug, lasy, trochę miasta, trochę już poza nim. Wystarczy wyjechać kilka kilometrów i asfalt zaczyna się mieszać z piaskiem, drogi robią się mniej oczywiste, a teren sam podpowiada kierunek jazdy. Na pierwszy dłuższy wyjazd po zimie - idealnie.

Z Wyszkowem mam zresztą swoją rowerową historię. Pierwszy raz byłem tu przejazdem w maju 2019, kiedy jechałem rowerem z Warszawy do Małkini na wesele - z garniturem w sakwach 😄. Drugi raz wróciłem tu dwa lata temu, ruszając na majówkę wioślarską do Mielna koło Grunwaldu. To był start mojej dwudniowej dojazdówki, podczas której „kolorowałem gminy”. I coś czuję, że jeszcze tu wrócę - tym razem nie na rower, tylko na wodę. Bug aż się prosi o spływ, czy to kajakiem, czy pontonem (tego jeszcze nie mam, ale temat siedzi z tyłu głowy).
Spec dalej w serwisie, więc pojechałem na Felcie. I w sumie dobrze się złożyło, bo trasa była dokładnie taka, jakiej się spodziewałem: dużo offroadu, leśne dukty, łąki, pola, trochę piachu, trochę błota i przeplatane tym odcinki asfaltowe - od bardzo przyjemnych po takie, które przypominają, że Mazowsze to nie tylko nowe drogi.

Pogoda bardzo na plus - słońce, temperatura w sam raz - tylko wiatr momentami jakby miał własny plan treningowy i uparcie wiał w twarz. W połowie, mniej więcej na 55. kilometrze, zrobiłem dłuższą przerwę na obiad. Całość traktowałem raczej turystycznie - gminobranie + sprawdzenie, jak noga reaguje na 100+ km po zimie, bez ścigania czy robienia wyniku.

Organizm szybko przypomniał, że jeszcze nie wszystko działa jak trzeba. Na początku odezwały się dolne plecy, później kark. Teraz, kilka godzin po powrocie, to już bardziej zmęczenie niż ból, ale sygnał jest jasny - pozycja, stabilizacja, core, to wszystko jeszcze do poprawy. Felt ma u mnie trochę nietypowy setup - dodatkowe hamulce na górze, więc mogę jechać jak na prostej kierownicy (tylko węziej) albo klasycznie na baranku. Dzisiaj sporo jechałem „na górze”, ale pierwszy raz zacząłem się też bawić dolnym chwytem na prostych asfaltach. I tu zaskoczenie - było dużo stabilniej i pewniej, niż się spodziewałem.

Do Ciechanowa dojechałem przed 17. To nie była moja pierwsza wizyta tutaj na rowerze. Pierwszy raz byłem tu w 2020 podczas jazdy Władysławowo → Warszawa - moje pierwsze 400 km w dwa dni. Drugi raz kilka miesięcy później, na wycieczce z Vagabundusem przez Czeruchy i Opinogórę. Teraz trzeci raz, już w zupełnie innym kontekście - spokojniejsza jazda, test po zimie, bez ciśnienia. 

Na miejscu szybki rzut oka na wieżę ciśnień i centrum nauki (polecane przez kolegę - i faktycznie warto), a potem już powrót pociągiem do Warszawy.


































Dzień 3 Kędzierzyn-Koźle -> Sosnowiec

Wtorek, 30 lipca 2024 · Komentarze(0)
Trzeciego dnia moja podróż rozpoczęła się od odcinka Kędzierzyn-Koźle – Racibórz. Początkowo jechałem drogą wojewódzką, ale na szczęście niedługo potem zjechałem na spokojniejsze lokalne drogi. Po przejechaniu około jednej trzeciej dystansu zatrzymałem się w Raciborzu na obfite drugie śniadanie.

Z Raciborza udałem się do Rybnika, pokonując kilka podjazdów, które sprawiły, że moje nogi błagały o odpoczynek. W Rybniku pozwoliłem sobie na lody na rynku, ale betonowy plac przypominał patelnię, a temperatura odczuwalna osiągnęła około 40°C.

Uznając, że mam już dość upału, ponownie zmieniłem nawigację z szosy na gravela i szukałem schronienia w lesie. Cień drzew obniżył temperaturę o dobre 10°C, dzięki czemu jazda stała się o wiele przyjemniejsza pomimo nierównej nawierzchni.

Ostatnie 20 kilometrów przejechałem miejskimi ścieżkami rowerowymi. Tuż przed dotarciem do Sosnowca, trafiłem na 2-kilometrowy odcinek lasu i wtedy moja przednia opona postanowiła się poddać. Gdy do stacji kolejowej zostały mi tylko 4 km, złapałem gumę. Na szczęście miałem mnóstwo czasu, żeby ją naprawić i zdążyć na pociąg powrotny do Warszawy.
To był kolejny dzień pełen przygód, pokonując satysfakcjonujący dystans i kończąc się odrobiną wyzwania, żeby było ciekawie.

Podsumowując, z Sulechowa do Sosnowca, była to fajna przygoda na dystansie 500 km rozłożona na 3 dni: 20 km dnia zerowego, a następnie 180 km, 170 km i w końcu 130 km. Co za jazda!












Dzień 2 Wrocław -> Kędzierzyn-Koźle

Poniedziałek, 29 lipca 2024 · Komentarze(0)
Drugiego dnia pozwoliłem sobie na odrobinę snu, budząc się o spokojnej godzinie 5. Wyruszyłem tuż przed 6, gotowy na dzień rowerowych przygód. Tym razem planowałem bliższe trzymanie się Odry. Przez pierwsze 60 km jechałem pierwotną trasą, zaczynając od przejazdu przez Oławę. Tam zjadłem drugie śniadanie w postaci jajecznicy w uroczym barze mlecznym.

Następnie zatrzymałem się na dłużej w Brzegu. Drogi wojewódzkie były bardziej ruchliwe, niż bym chciał, więc postanowiłem wytyczyć nową trasę do Opola. Spodziewając się szutrowych i leśnych ścieżek, byłem mile zaskoczony, jadąc głównie gładkim asfaltem. Odcinki leśne zapewniły miłą odskocznię od upału, który wzrastał do ponad 30°C, co stanowiło ostry kontrast z poprzednim dniem, kiedy pogoda była chłodna (ok 20°C) i deszczowa. W Opolu zrobiłem sobie kolejną przerwę, wspominając moją ostatnią wizytę miesiąc wcześniej podczas maratonu wioślarskiego Opole-Wrocław z moimi przyjaciółmi z klubu wioślarskiego.

Za Opolem postanowiłem ponownie unikać dróg wojewódzkich na odcinku do Kędzierzyna-Koźla, wybierając bardziej zalesione ścieżki. W Kamieniu Śląskim odwiedziłem malowniczy Pałac Odrowążów i spotkałem innego rowerzystę, więc zrobiliśmy sobie zdjęcia na wzajem.

Czując się dobrze po 140 km, postanowiłem zmierzyć się z Górą Świętej Anny, wyzwaniem, którego początkowo planowałem pominąć. Pięciokilometrowy podjazd został wynagrodzony oszałamiającym Sanktuarium Świętej Anny na szczycie, po którym nastąpił długi zjazd do Leśnicy. Stamtąd wybrałem okrężną drogę do Kędzierzyna-Koźla, gdzie spędziłem noc.
Drugi dzień to malownicze i pełna przygód 170 kilometrów.














Dzień 1 Zielona Góra -> Wrocław

Niedziela, 28 lipca 2024 · Komentarze(0)
Pierwszy dzień rozpoczął się przed świtem. Obudziłem się przed 5, szybko zjadłem śniadanie i ruszyłem w drogę tuż po 5. Niedziela pierwotnie zakładała malowniczą przejażdżkę wzdłuż Odry, ale prognozy zapowiadały deszczowy dzień, więc zmieniłem plany. Zamiast ruchliwych dróg wybrałem drogę serwisową wzdłuż S3.

Deszcz zaczął padać wcześnie i miał się nie zmienić do południa. Wtedy też wiatr miał zmienić kierunek na południowo-wschodni, idealne wsparcie wiatru w plecy. Moja trasa prowadziła z Wrocławia do Nowej Soli, a następnie do Nowego Miasteczka, gdzie wjechałem na drogę serwisową, ciesząc się minimalnym ruchem.

Mżawka zmieniła się w deszcz, gdy wjeżdżałem do województwa dolnośląskiego. W Polkowicach schroniłem się na stacji Orlen, aby napić się gorącej kawy, dzieląc schronienie z grupą motocyklistów. Zbliżając się do Lubina, deszcz zaczął ustępować, dając mi krótkie suche okresy. Zrobiłem sobie dłuższą przerwę w Lubinie, chociaż opcje kulinarne ograniczały się do Żabka Cafe, Orlen Cafe, barów z kebabem czy McDonald's.

Za Lubinem wróciłem na swoją pierwotną trasę, przejeżdżając przez Ścinawę i Brzeg Dolny. Po południu słońce triumfalnie powróciło, szybko susząc moje ubrania i pozwalając mi zdjąć kurtkę przeciwdeszczową. Niedaleko Wrocławia cieszyłem się spokojnym odcinkiem leśnym i dotarłem do mojego zakwaterowania około godziny 17:00. Wieczorem jeszcze wybrałem się na Stare Miasto na zasłużoną kolację. Łącznie pokonałem 180 km tego pełnego przygód pierwszego dnia.










Dzień 0 Sulechów -> Zielona Góra

Sobota, 27 lipca 2024 · Komentarze(0)
Od dłuzszego czasu myślałem o przejechaniu rowerem z Zielonej Góry do Katowic. Południowy zachód Polski był dziurą na mojej mapie rowerowej, czekającą tylko na zapełnienie. Zawsze o tym myślałem, ale nagle urlop mnie zaskoczył. Już prawie zdecydowałem się na dwudniową wycieczkę w okolicach Warszawy, gdy mnie olśniło — to była moja jedyna szansa w tym roku, aby połączyć na mapie Zieloną Górę z Katowicami.
Nie tracąc chwili, kupiłem bilet PKP do Sulechowa i powrotny z Katowic, a następnie zanurzyłem się w planowaniu trasy. Wybrałem Sulechów, ponieważ podczas zeszłorocznej wyprawy ze Świnoujścia do Poznania był to mój najdalej na południe wysunięty punkt. Aby połączyć linie na mapie, musiałem zacząć właśnie tam.








Kaszuby - dzień 3

Poniedziałek, 8 lipca 2024 · Komentarze(0)
Po dwóch błogich dniach wylegiwania się nad morzem wskoczyłem z powrotem na rower i skierowałem się do Wejherowa, gdzie miałem złapać pociąg do domu. Dzisiejsza jazda była przyjemna i spokojna, chociaż napotkałem trochę więcej piasku, niż bym chciał.

Pomimo piaszczystych łat, podróż była łatwa, a mając mnóstwo czasu, mogłem cieszyć się jazdą. Ciche ścieżki i malownicze widoki sprawiły, że jazda była relaksująca, idealny sposób na zakończenie mojej nadmorskiej przygody przed powrotem do rzeczywistości.












Kaszuby - dzień 2

Piątek, 5 lipca 2024 · Komentarze(0)
Drugi dzień zapowiadał ekscytującą jazdę, obejmującą mniej niż 90 kilometrów z Kościerzyny do Łeby, z przystankiem w Lęborku. Wyruszyłem wcześnie, nie mogąc się doczekać spotkania z kumplem, zanim on wybierze się na plażę. Po drodze zrobiłem kilka postojów, aby nacieszyć się okolicą.
Jedna z dłuższych przerw była w Lęborku, gdzie niespiesznie zwiedzałem miasto. Stamtąd trasa do Łeby prowadziła wydzieloną ścieżką rowerową oddzieloną od ruchliwej drogi wojewódzkiej. Bez samochodów, o które trzeba by było się martwić, mogłem w pełni cieszyć się jazdą i pięknym krajobrazem.
















Kaszuby i Kociewie - dzień 1

Czwartek, 4 lipca 2024 · Komentarze(0)
Prawie co roku jadę nad morze, żeby spotkać się z moim kumplem. Ponieważ nie jestem wielkim fanem opalania, wolę tam dojechać rowerem — to idealna wymówka, żeby później poleżeć na piasku.

Pierwszy dzień mojej podróży to wycieczka rowerowa po Kaszubach, która, jak się okazało, obejmowała również Kociewie. Wyruszyłem z Warszawy, wsiadłem do wczesnego pociągu około 5 rano i dotarłem do Tczewa krótko po 8 rano. Pierwszym etapem był 25-kilometrowy odcinek do Starogardu Gdańskiego. Chociaż początkowo nawigacja utrzymywała mnie na gładkim asfalcie, wkrótce zaprowadziła mnie na szutrowe i leśne ścieżki. Jak tylko nadarzyła się okazja znalazłem drogę powrotną na asfalt.

W Starogardzie odwiedziłem stadion im. Kazimierza Deyny i zjadłem śniadanie na rynku. Odwiedziłem też lokalne muzeum, żeby kupić magnes i odkryłem, że tak naprawdę jestem na Kociewiu, a nie na Kaszubach. Cóż, każdego dnia uczysz się czegoś nowego!

Następny odcinek do Czarnej Wody prowadził mnie ruchliwą drogą krajową. Po 10 kilometrach zmagania się z dużym ruchem zjechałem na spokojniejsze lokalne drogi. Mimo że spodziewałem się kilku ścieżek gruntowych, wybrałem tę trasę dla spokojnej głowy.

W okolicy Czarnej Wody, znowu jechałem krótkim odcinkiem drogi krajowej, zanim skręciłem na bardziej lokalne drogi, kierując się do rezerwatu „Kręgi kamienne” w Odrach. W tym miejscu znajduje się fascynujący cmentarz Gotów, którzy przybyli ze Skandynawii na początku naszej ery.

Następnym punktem na mojej trasie był Skansen Kaszubski we Wdzydzach. Dotarłem tam zaledwie godzinę przed zamknięciem więc musiałem pospieszyć się, aby jak najwięcej zobaczyć.

Do Kościerzyny, gdzie zarezerwowałem nocleg zostało już tylko 15 kilometrów. Był to udany dzień wypełniony historią, kulturą i malowniczą jazdą na rowerze!