Wpisy archiwalne w kategorii

150 plus

Dystans całkowity:5371.73 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:250:28
Średnia prędkość:21.45 km/h
Maksymalna prędkość:76.68 km/h
Suma podjazdów:20320 m
Maks. tętno maksymalne:177 (91 %)
Maks. tętno średnie:143 (73 %)
Suma kalorii:134931 kcal
Liczba aktywności:28
Średnio na aktywność:191.85 km i 8h 56m
Więcej statystyk

Wisła 1200 - dzień 6. Konsekwentnie do Grudziądza

Czwartek, 9 lipca 2026 · Komentarze(0)
Poranna rutyna działała już automatycznie. Pobudka około 5:30, mycie, pakowanie, jedzenie i wyjazd o 6:31. Najpierw musieliśmy wrócić pięć-sześć kilometrów z agroturystyki do trasy. Nie zastanawialiśmy się jednak nad całą pozostałą drogą. Cel na czwartek był prosty: przejechać około 150 kilometrów i zostawić podobny dystans na ostatni dzień.
O dziewiątej dotarliśmy do Silna. Był to nasz pierwszy postój od noclegu, więc zjedliśmy pizzę z Żabki. Mieliśmy za sobą mniej więcej jedną czwartą planowanego dystansu i około czternastu kilometrów do Torunia.
Większa część poranka prowadziła przez lasy, zarośla i piachy. Kiedy po raz kolejny zakopywaliśmy się w luźnym podłożu, było nas słychać z daleka. Żartowaliśmy, że „ojca dyrektora pieką uszy”, bo w drodze do Torunia pozdrawialiśmy go słowami, których raczej nie wypada cytować. Początkowo chcieliśmy dotrzeć kawałek za Grudziądz, żeby na piątek zostało mniej niż 150 kilometrów. Według naszych obliczeń sam Grudziądz wypadał mniej więcej w połowie pozostałej drogi do mety.
W Toruniu zrobiliśmy krótką przerwę i jedno z nielicznych bardziej turystycznych zdjęć tego dnia. Spotkaliśmy też chłopaków z Wadowic. Poprzedniego dnia dojechali do miasta prawdopodobnie dopiero po północy. Kiedy my pojawiliśmy się tam po dziesiątej, oni dopiero ruszali. Wyglądali dobrze i jechali szybciej, bo zdążyli odpocząć, ale za długi poprzedni etap zapłacili późnym startem. Przez chwilę jechaliśmy razem, później nam odjechali. Na Starotoruńskim Przedmieściu zatrzymaliśmy się jeszcze przy kaplicy. Pasowała do porannych żartów o ojcu dyrektorze, ale później wróciliśmy już do znacznie mniej zabawnej części trasy.
O 11:30 licznik pokazywał dokładnie 62,72 kilometra. Do końca rajdu pozostawały 242 kilometry, więc tego dnia musieliśmy przejechać jeszcze około 93. Przed nami było kilkanaście kilometrów wałów, a od innych uczestników słyszeliśmy, że w dalszej części trasa powinna stać się łatwiejsza. Nie mieliśmy jednak pewności, czy te informacje się sprawdzą. Na wałach poruszaliśmy się wolno, ale konsekwentnie. Na szczęście nie były piaszczyste. Prowadziła nimi wydeptana ścieżka, czasem zmieniająca się w dwa wąskie ślady pomiędzy trawą. Dało się jechać, ale nierówności mocno nami trzęsły.
Do Ostromecka dotarliśmy z około dziewięćdziesięcioma kilometrami na liczniku. Za nami było mniej więcej dwadzieścia kilometrów wyjątkowo wytrzęsających wałów, a do wykonania minimalnego planu pozostawało jeszcze około sześćdziesięciu pięciu. Zatrzymaliśmy się w restauracji i po raz pierwszy tego dnia zjedliśmy normalny posiłek - sznycla z frytkami. Fizycznie pomogłoby wtedy właściwie każde jedzenie, nawet kolejne zakupy z Żabki, ale psychicznie możliwość siedzenia przy stole i zjedzenia ciepłego obiadu zrobiła dużą różnicę. W restauracji spotkaliśmy też jednego z uczestników Wisły, któremu przysnęło się nad zupą. Później mijaliśmy się z nim jeszcze kilka razy na trasie. Do mety w Gdańsku dotarł krótko po nas.
Wiatr był słabszy niż poprzedniego dnia, ale nadal silny i znów wiał prosto w twarz. Poza nim pogoda była właściwie bardzo dobra. Nie padało, świeciło słońce, a pomiędzy chmurami było dużo niebieskiego nieba. Gdyby nie podmuchy, warunki byłyby niemal idealne. Za Ostromeckiem pojawiły się dobre asfalty, ale później trasa ponownie zaczęła przypominać, że to nadal Wisła 1200. Przed Chełmnem trafiliśmy na dwa ostre, długie podjazdy oraz terenowy zjazd, na którym musieliśmy prowadzić rowery.
Przez Chełmno przejechaliśmy bez zwiedzania. Zatrzymaliśmy się tylko przy żabce na uzupełnienie wody, na chwilę usiedliśmy na rynku po czym ruszyliśmy dalej. Do Grudziądza pozostawało około trzydziestu kilometrów, w większości wałami. Nie wiedzieliśmy, czy będą łaskawe, czy ponownie zamienią się w wyrypę. Ostatecznie były łaskawe tylko częściowo. Mniej więcej połowę odcinków przejeżdżaliśmy z prędkością przekraczającą 20 km/h. Na pozostałych tempo spadało do około 13–14 km/h. Patrząc później na zdjęcia, ten fragment wygląda niemal sielankowo: zielone wały, pola, Wisła i szerokie niebo. Z siodełka odbierałem go zupełnie inaczej. Jechałem przed siebie, patrząc głównie na pas trawy przed przednim kołem. Widoków właściwie już nie rejestrowałem. Czasami nagle orientowałem się, że przez chwilę nie pamiętałem, gdzie jestem ani dlaczego jadę tym wałem. Musiałem sobie przypomnieć, że jestem na Wiśle 1200 i jadę razem z Andrzejem. Nie traktowałem tego jako czegoś niepokojącego. Był to raczej efekt wielodniowego zmęczenia, monotonii i wykonywania przez wiele godzin tej samej czynności. Coraz mocniej dokuczały mi też dłonie. Serdeczne i małe palce obu rąk pozostawały zdrętwiałe, a zmiany chwytu nie przynosiły już poprawy. Nie było jednak jednego konkretnego kryzysu. Najważniejsze było dalsze, konsekwentne przesuwanie się w stronę celu.
Tuż przed Grudziądzem spotkaliśmy miejscowego chłopaka, który chce wystartować w Wiśle w kolejnym roku. Opowiedziałem mu, jak wygląda jazda po sześciu dniach, i przekazałem kilka praktycznych rad. Później przeprowadził nas przez miejscowe single. Nie były tak trudne jak odcinki przed Chełmnem i pasowały do naszych aktualnych możliwości, więc przejechaliśmy je w całości.
Do Grudziądza dotarliśmy o 20:24. Nocleg znaleźliśmy na Starym Mieście. Pierwotny plan zakładał zatrzymanie się dopiero za miastem, ale przez kolejne trzydzieści kilometrów nie było żadnych sensownych opcji noclegowych. Nie zamierzaliśmy realizować wcześniejszego założenia na siłę. Według tracka na ostatni dzień zostało 149 kilometrów. Nie wiedzieliśmy, jaka będzie nawierzchnia ani czym jeszcze zaskoczy nas trasa, ale taki dystans wydawał się możliwy do przejechania. Nawet gdybyśmy mieli dotrzeć do mety po ciemku, mieliśmy wystarczający zapas czasu. Liczyliśmy jednak, że będziemy w Gdańsku około dwudziestej. Po zakwaterowaniu poszliśmy jeszcze do Żabki po kolację i śniadanie. Chcieliśmy rano zjeść na noclegu, a nie po raz kolejny siedzieć na krawężniku przed sklepem.
Dzień zakończyłem z dystansem 155,70 kilometra, czasem jazdy 10 godzin i 10 minut oraz 688 metrami podjazdów. Całość razem z postojami zajęła 13 godzin i 53 minuty. Zdobyłem też cztery nowe gminy: Czernikowo, Obrowo, Lubicz i Dąbrowę Chełmińską.
Nie był to dzień jednego wyjątkowo trudnego momentu. Najbardziej męczyły dziesiątki kilometrów wałów, wiatr, drętwiejące dłonie i narastająca monotonia. Mimo tego wykonaliśmy plan. Został nam już tylko jeden pełny dzień i, według tracka, 149 kilometrów do mety.

























Wisła 1200 - dzień 5. Wiatr w twarz i 150 kilometrów do Bobrownik

Środa, 8 lipca 2026 · Komentarze(0)
Piątego dnia ruszyliśmy z Zakroczymia o 6:23. Celem od początku były Bobrowniki, około 150 kilometrów dalej. Do mety pozostawało nam mniej więcej 450 kilometrów i trzy pełne dni jazdy, dlatego nie chcieliśmy już celować w 160–170 kilometrów, ale też nie zamierzaliśmy schodzić poniżej 150. W sobotę mieliśmy jeszcze kilka godzin zapasu, bo nasza meta zamykała się o 9:10, jednak plan zakładał zakończenie rajdu już w piątek.
Po pięciu minutach zatrzymaliśmy się na śniadanie w Żabce. Oczywiście spotkaliśmy tam innych uczestników Wisły, w tym chłopaków z Wadowic, z którymi później przez większą część dnia jechaliśmy na mijankę. Za Zakroczymiem trasa zaczęła się od krótkich singli. Dalej jechaliśmy asfaltami i szutrami przez wsie, trafiając również na pierwsze błotniste odcinki. Rano było jeszcze słonecznie i w Czerwińsku zrobiliśmy krótki postój w centrum. Tam dogoniliśmy chłopaków z Wadowic i razem dojechaliśmy do Wyszogrodu, gdzie zatrzymaliśmy się w Żabce na kawę i pączka. Za Wyszogrodem wjechaliśmy na wały. Sama nawierzchnia była przyjemna, ale tego dnia najważniejszym elementem trasy nie był piach ani błoto, tylko wiatr. Według Ventusky porywy dochodziły do około 61 km/h i wiały prosto w twarz. Na odkrytych odcinkach jechaliśmy momentami niewiele szybciej niż 10 km/h, choć cały czas trzeba było mocno pracować.
Około 10:53 dotarliśmy do pitstopu w Podgórzu, przygotowanego z prywatnej inicjatywy jednego z fanów rajdu. Była gorąca woda na kawę, herbatę albo zupkę chińską, ciastka i hamak. Nad wałem stał duży napis „Pit Stop Podgórze”, więc miejsca nie dało się przeoczyć. Wiatr częściowo złożył daszek nad punktem, co dobrze pokazywało siłę podmuchów. Do kolejnego sklepu mieliśmy około szesnastu kilometrów, a do zoo w Płocku mniej więcej trzydzieści cztery. W normalnych warunkach nie byłby to szczególnie długi odcinek, ale wtedy ocenialiśmy, że zajmie nam około trzech godzin. Zaczęliśmy też porównywać nasz poprzedni dzień z wynikami innych uczestników. Dzień wcześniej przejechaliśmy około 150 kilometrów i początkowo traktowaliśmy to jako rezultat poniżej oczekiwań. Okazało się jednak, że Otwocka Amazonia wymęczyła praktycznie wszystkich. Niektórzy zrobili tylko osiemdziesiąt kilometrów, inni około 120–130. Nasze 150 kilometrów nagle przestało wyglądać słabo. Po kilku dniach zmieniła się perspektywa. Nie chodziło już o robienie jak najdłuższych etapów, ale o takie rozłożenie sił, żeby codziennie przejeżdżać co najmniej 150 kilometrów i bez problemu dotrzeć do mety.
Przed Płockiem nadal jechaliśmy wzdłuż wału, momentami z prędkością około 10 km/h. Kilometr przed miastem trasa, zamiast poprowadzić nas wygodną ścieżką rowerową, skręciła w piach. W tym samym momencie zaczęło lać, a napęd ponownie oblepił się mokrym piaskiem. Po kilku godzinach walki z wiatrem taki wjazd do miasta mocno nas zirytował. Do Płocka dotarliśmy około 14:00 i zatrzymaliśmy się w pizzerii 10 i 1/2. Ponownie spotkaliśmy tam chłopaków z Wadowic. Podczas obiadu zarezerwowaliśmy agroturystykę w okolicach Bobrownik. Leżała około pięciu-sześciu kilometrów od trasy, ale była jedynym dostępnym noclegiem, który udało nam się znaleźć. Traktowaliśmy ją jako zabezpieczenie. Woleliśmy przespać się bezpośrednio w Bobrownikach i nie dokładać dodatkowych kilometrów, dlatego po dotarciu na miejsce chcieliśmy jeszcze poszukać innej możliwości. Gdyby nic z tego nie wyszło, pozostawała rezerwacja zrobiona w Płocku.
Po wyjeździe z miasta czekało nas około dwudziestu kilometrów drogą wojewódzką. Z punktu widzenia liczb sytuacja wyglądała bezpiecznie: do noclegu pozostawało około sześćdziesięciu kilometrów, a przed nami było jeszcze około sześciu godzin do zmroku. Mimo to właśnie wtedy po raz pierwszy i jedyny podczas rajdu realnie obawiałem się, czy wykonamy plan na ten etap. Wiatr, deszcz i dotychczasowe tempo sprawiały, że prosty rachunek przestawał uspokajać. Ten odcinek zabrał mi bardzo dużo energii. Cały czas wiało, droga co chwilę prowadziła pod górę, a mimo gładkiego asfaltu nie jechaliśmy szybciej. Do tego dochodziło już zmęczenie fizyczne i psychiczne po kilku dniach rajdu. Przez chwilę myślałem, że dopadł mnie poważniejszy kryzys. Gdy jednak zjechaliśmy z asfaltu na szutry, samopoczucie od razu się poprawiło. Niekoniecznie jechaliśmy szybciej, ale psychicznie było znacznie łatwiej. Po całym dniu walki z wiatrem długi odcinek szosy, który nie dawał żadnej przewagi prędkości, zwyczajnie męczył.
W okolicach Dobrzynia wróciło błoto. Tam czekał też mostek pana Czesława, o którym organizator wspominał podczas odprawy. Tydzień wcześniej sam miał problem, żeby go znaleźć, ponieważ przeprawa była tak zarośnięta. „Mostek” był zresztą określeniem trochę na wyrost - bardziej przypominał kilka kłód rzuconych przez ciek wodny. Na szczęście szybsi uczestnicy zdążyli już rozjechać część krzaków i miejsce było lepiej widoczne.
Od Płocka pogoda działała w regularnym cyklu. Przez około pięć minut padało, później na piętnaście albo dwadzieścia minut przestawało, po czym deszcz wracał. Nie była to jedna duża ulewa, tylko ciągłe zastanawianie się, czy warto zakładać kurtkę, skoro za chwilę może znowu przestać padać. Z chłopakami z Wadowic przez cały dzień jechaliśmy na mijankę. Raz wyprzedzaliśmy ich my, chwilę później oni nas. Początkowo rozważaliśmy nawet wspólny nocleg w agroturystyce koło Bobrownik, ale ostatecznie wrócili do swojego pierwotnego planu i pojechali dalej w stronę Torunia. My trzymaliśmy się planowanych 150 kilometrów. Przed Bobrownikami zatrzymaliśmy się jeszcze przy Żabce po północnej stronie Wisły. Później okazało się, że formalnie nadal byliśmy we Włocławku. Wcześniej, z wysokiego brzegu, otworzył się widok na miasto i stalowy most przez Wisłę. Był to jeden z niewielu szerszych widoków tego dnia, którego nie zasłaniał wał, las albo kolejna ściana deszczu.
Do Bobrownik pozostawało około piętnastu kilometrów. Większość prowadziła asfaltem, ale środkowe pięć kilometrów ponownie było piaszczyste. Pod sam koniec wjechaliśmy do Starego Bógpomóż. Już sama nazwa mnie rozbawiła, chwilę później pojawiła się tablica Nowy Bógpomóż. Po całym dniu walki z wiatrem, deszczem i piachem ten kierunek wydawał się całkiem adekwatny.
W Bobrownikach Andrzej chciał porozmawiać z proboszczem. Miejscowość leży na szlaku Camino, więc liczyliśmy, że może uda się przenocować na plebanii albo znaleźć inne miejsce bez zjeżdżania z trasy. Zapytaliśmy o nocleg napotkanego mieszkańca. Od razu zaczął dzwonić i po chwili pojawił się strażak. Obaj naprawdę próbowali coś dla nas znaleźć. Normalnie moglibyśmy przespać się bezpłatnie w pomieszczeniu socjalnym straży pożarnej ale akurat przebywały tam dzieci w związku z wakacjami. Proboszcz był na urlopie, więc plebania także odpadała. Padł nawet pomysł noclegu w baraku na PSZOK-u. Docenialiśmy ich zaangażowanie, ale ostatecznie uznaliśmy, że rozsądniej będzie skorzystać z rezerwacji zrobionej w Płocku. Zjazd do agroturystyki oznaczał pięć-sześć dodatkowych kilometrów, a następnego ranka tyle samo z powrotem. Niby niewiele, ale łącznie robiło się już dziesięć-dwanaście kilometrów.
Google wyznaczył nam oczywiście najkrótszą drogę przez las i piachy. Była to odpowiednia końcówka dnia, w którym nawet gładki asfalt nie chciał być szybki. Do agroturystyki dotarliśmy o 20:39. Ostatnie kilometry nie stanowiły już poważnego problemu, ale mocno nas irytowały. Tego dnia pojawiło się także drętwienie palców serdecznych i małych. Zmiana chwytu pomagała głównie na dyskomfort w nasadzie dłoni przy nadgarstku, ale nie rozwiązywała problemu z palcami. Po kilku dniach pozycja na gravelu i sposób podparcia rąk zaczynały coraz wyraźniej dawać o sobie znać.
Dzień zakończyliśmy z wynikiem 155,25 kilometra i 895 metrów podjazdów. Czas jazdy wyniósł 9 godzin i 48 minut, a od startu do dotarcia na nocleg minęło ponad czternaście godzin. Po drodze zdobyłem też nową gminę - Bobrowniki. Do mety pozostawało około 300 kilometrów. Wiedziałem już, że ukończenie rajdu jest pewne, o ile nie wydarzy się poważna awaria któregoś z rowerów. Mieliśmy dwa pełne dni na przejechanie po około 150 kilometrów i dodatkowo sobotni poranek, którego nie zamierzaliśmy używać.
Po pięciu dniach właśnie to oznaczało „komfort”. Nie łatwą jazdę, brak deszczu ani wiatr w plecy, tylko świadomość, że pozostały dystans da się podzielić na odcinki, które jesteśmy w stanie przejechać.










Wisła 1200 - dzień 3. Góry Pieprzowe, wiatr i pierwsza zmiana planu

Poniedziałek, 6 lipca 2026 · Komentarze(1)
W poniedziałek wstaliśmy o szóstej. Po dwóch dniach poranna rutyna zaczynała już działać automatycznie: pakowanie rzeczy, przygotowanie rowerów i wyjazd. Ruszyliśmy o 7:02, a śniadanie celowo odłożyliśmy na pierwszą Żabkę w Sandomierzu, tuż przed Górami Pieprzowymi.
Po około dwóch kilometrach wjechaliśmy na rynek. Lokalizację sklepu można było rozpoznać bez patrzenia na mapę. Przed wejściem siedziała grupa kolarzy, prawie wszyscy z pizzą i kawą. Żabka przyciągała wiślaków jak ćmy do światła. Spotkaliśmy tam chłopaka, który jechał przez całą noc i dotarł do Sandomierza około czwartej. Startował już w poprzednim roku, dlatego postanowił odpocząć przed Górami Pieprzowymi, uznawanymi za jeden z trudniejszych fragmentów trasy. Przespał dwie godziny na ławce na rynku. Założył wszystkie ubrania, owinął się folią NRC, a mimo to zmarzł. Drugi uczestnik opowiadał, jak nocą w okolicach Dunajca zrestartował szwankującego Garmina. Po ponownym uruchomieniu urządzenie zapytało, czy poprowadzić go na początek trasy. Zmęczony kliknął niewłaściwą odpowiedź i pojechał wzdłuż Dunajca w stronę Zakopanego oraz Baraniej Góry. Dopiero w okolicach Tarnowa zorientował się, że coś się nie zgadza. Nadrobił w ten sposób kilkadziesiąt kilometrów. To utwierdziło nas w przekonaniu, że nie chcemy jechać nocami. My spaliśmy, oni jechali, a rano spotkaliśmy się w tym samym miejscu.
Zaraz za Sandomierzem zaczęły się Góry Pieprzowe. Faktycznie były ciężkie, a najbardziej zapamiętałem strome podejście. Z punktu widokowego było widać Wisłę, pola w dolinie i panoramę Sandomierza. Widok był ładny, ale po wejściu z obciążonymi rowerami nie mieliśmy potrzeby długo tam siedzieć. Cały czas pamiętałem relacje z poprzedniego roku, kiedy po deszczu uczestnicy ześlizgiwali się tam w błotnej rzece. Tym razem mieliśmy szczęście. Było sucho, a nad nami niemal bezchmurne niebo.
Po pokonaniu tego odcinka padło zdanie:
- Najtrudniejsze już za nami.
Bardzo się myliliśmy.
O 9:31 byliśmy w Zawichoście, a o 10:21 zatrzymaliśmy się przy miejscu obsługi rowerzystów w Annopolu. Liczyliśmy na kawę i coś słodkiego, ale ani w jednym, ani w drugim miejscu niczego nie znaleźliśmy. Zostały batony z sakwy i woda. Kolejny większy postój zaplanowaliśmy w Biedronce w Józefowie nad Wisłą, którą znaliśmy z majowego wyjazdu. Dojechaliśmy tam o 11:44. Początkowo trasa prowadziła wałami, a ostatnie pięć kilometrów drogą wojewódzką, na której trochę podkręciliśmy tempo. Na postoju wypiliśmy zerówkę i zjedliśmy banana. Ustaliliśmy, że przy pięćsetnym kilometrze całego rajdu zatrzymamy się na dwie lub trzy minuty, a większy obiad zjemy w Kazimierzu. Sprawdziłem, że nie ma tam McDonald’s, więc najbardziej realną opcją wydawał się Orlen Café.
Ostatecznie pięćsetny kilometr minął bez żadnej celebracji. Nawet jeśli zatrzymaliśmy się wtedy na szybką wodę, nie zapamiętałem tego jako osobnego momentu. Bardziej zajmowała nas dalsza jazda niż kolejna okrągła liczba. Za Józefowem jechaliśmy między polami i sadami, po wałach, utwardzonych drogach oraz gruntowych koleinach. Przed Kazimierzem trafiliśmy na jeden z najładniejszych fragmentów całej dotychczasowej trasy. Droga prowadziła między jasnymi skałami i po suchej, pylącej nawierzchni. Nie były to klasyczne kazimierskie wąwozy, ale krajobraz miał podobny charakter. Odcinek był przyjemny, ale wymagający. Na najbardziej stromych fragmentach trzeba było zejść z roweru i prowadzić go pod górę. Taki teren prawdopodobnie lepiej pasowałby do MTB, jednak mój Kross Esker 5.0 także dawał sobie radę. Andrzej jechał na swoim gravelu z węższymi oponami.
W pewnym momencie zobaczyliśmy zamek w Janowcu. Po kolejnym podjeździe czekał na nas stolik przygotowany przez jedną z mieszkanek. Były kawa, woda i ciastka, a obok kartka: „Wisła 1200. Proszę się częstować! Szerokości”. Był to kolejny przykład spontanicznej życzliwości, z którą spotykaliśmy się na trasie.
Kiedy zaczęliśmy już myśleć o jedzeniu na Orlenie, organizator poprowadził nas na Górę Zamkową. Najpierw podjeżdżaliśmy po kocich łbach, a później zjeżdżaliśmy terenowymi singlami. Ręce bolały od ciągłego zaciskania hamulców. Bąble na dłoniach się nie powiększały, ale same dłonie były coraz bardziej obite.
Z Kazimierza ruszyliśmy w stronę Puław. Duża część drogi prowadziła wałami wyłożonymi kostką brukową. Przez cały dzień przeszkadzał nam klasyczny wmordewind. Wieczorami trochę słabł, ale wcześniej skutecznie zabierał energię i utrudniał utrzymywanie tempa. Rano nadal celowałem w około 170 kilometrów i dojazd do Wilgi, natomiast Andrzej proponował mniej więcej 150. Jeszcze przed Puławami zaczęliśmy jednak podejrzewać, że do planowanej Wilgi nie dojedziemy. Kilometry przybywały wolniej, niż wynikałoby z naszego odczucia, a zmęczenie było coraz większe. Decyzja zapadła pod Żabką w Puławach, po około 111 kilometrach. Wilga była nadal zbyt daleko. Z dotychczasowych dni wyłaniał się też prosty schemat: niezależnie od planowanego dystansu kończyliśmy około 20:30.
Zaczęliśmy więc szukać noclegu w okolicach Maciejowic. Pierwsza agroturystyka była zajęta, a druga nie odbierała telefonu. Byłem już gotowy zadzwonić do pana Qrka i zapytać, czy moglibyśmy przespać się na jego tarasie, kiedy właściciel drugiego miejsca oddzwonił.
Przez Dęblin przejechaliśmy bez większych postojów, a później wróciliśmy na wał. Przerw robiliśmy jednak coraz więcej. Wydawało się, że poruszamy się całkiem sprawnie, ale licznik nie chciał tego potwierdzić. Dodatkowym problemem był ból Achillesa Andrzeja. Zaczął się zastanawiać, czy będzie w stanie dojechać do końca całego rajdu. Po raz kolejny było jasne, że jedziemy jako zespół, a nie każdy według własnych możliwości. Następnego dnia obniżył siodełko, żeby odciążyć Achillesa.
O 18:45 dotarliśmy do końca pierwszego z dwóch plików GPX. W poprzednich edycjach wypadała tam dokładna połowa rajdu, czyli sześćset kilometrów. Po zmianie trasy mieliśmy około 570 kilometrów. W tej okolicy mieszka pan Qrek, emeryt i pasjonat Wisły 1200, który pomaga uczestnikom i pozwala im nocować u siebie. Zatrzymaliśmy się na rozmowę i kawę. Najbardziej żałował, że po zmianie trasy jego dom nie znajduje się już na tradycyjnym sześćsetnym kilometrze. Powiedział też, że do naszej kwatery zostało około piętnastu kilometrów.
Pojawiła się wtedy prosta myśl:
- Już połowa.
Do agroturystyki dojechaliśmy około 20:30, czyli ponownie praktycznie o tej samej porze co w poprzednich dniach. Garmin pokazał 162,66 kilometra, 9 godzin i 6 minut jazdy oraz 680 metrów podjazdów. Od startu do zakończenia minęło 13 godzin i 25 minut. Ponad cztery godziny zebrały śniadanie, zakupy, jedzenie, rozmowy oraz coraz częstsze krótkie postoje.
Wieczorem umyliśmy rowery. Gospodarz przygotował nam śniadanie na rano, włączyliśmy mecz w tle i około dwudziestej drugiej położyliśmy się spać.
Po trzech dniach mieliśmy około 590 kilometrów za sobą i mniej więcej tyle samo przed sobą. Pozostawały cztery pełne dni oraz sobotni poranek. Prognoza zapowiadała przez kolejne dwa dni mocny deszcz i wiatr. Dwa pierwsze dni po ponad dwieście kilometrów dały nam nadzieję, że może uda się ukończyć trasę nawet w sześć dni. Trzeci dzień tę wizję zweryfikował. Przestaliśmy walczyć o dwustukilometrowe etapy, a 170 kilometrów stało się raczej pożądanym wynikiem niż obowiązkiem. Nie czułem z tego powodu ani rozczarowania, ani szczególnej ulgi. Priorytetem było spokojne zmieszczenie się w limicie i dojechanie razem do końca. Od tego momentu nie realizowaliśmy już sztywnego planu kilometrowego. Zaczęliśmy zarządzać całą wyprawą: dopasowywać tempo, noclegi i oczekiwania do pogody, zmęczenia oraz stanu zdrowia.
Na kolejny dzień wyznaczyliśmy Wyszogród. Prognoza nie dawała jednak wielu powodów, żeby zbyt mocno przywiązywać się do tego planu.
















Wisła 1200 - dzień 2. Deszcz, wały i 217 kilometrów do Sandomierza

Niedziela, 5 lipca 2026 · Komentarze(0)
Drugiego dnia plan był prosty: przejechać ponad 200 kilometrów z Krakowa do Sandomierza. Największą niewiadomą stanowiło jedzenie i woda, bo jechaliśmy w niedzielę niehandlową. Dlatego jeszcze poprzedniego wieczoru poszliśmy do Lidla i kupiliśmy zapasy na cały dzień oraz wodę. Do około 1,5 litra stałej pojemności dołożyłem kupione butelki i łącznie wiozłem około 4,5 litra. Do wieczora wszystko zjadłem i wypiłem, a wody chyba nie uzupełniałem już po drodze.
Wstaliśmy o 5:30, sprawnie się spakowaliśmy i o 6:22 ruszyliśmy. Przed wyjazdem wypiłem skyra, ale właściwe śniadanie zaplanowaliśmy po pierwszych szesnastu kilometrach, w McDonald’s w Niepołomicach. Dojechaliśmy tam około 7:20 i zamówiliśmy zestawy śniadaniowe. Nie był to postój dla przyjemności, tylko świadome załadowanie kalorii przed dniem, podczas którego mogliśmy długo nie znaleźć żadnego ciepłego jedzenia. Śniadanie zajęło nam około pięćdziesięciu minut, więc ponownie ruszyliśmy tuż po ósmej. Niedługo później zaczęło padać, ale mimo deszczu jechaliśmy całkiem sprawnie. Przed dziesiątą mieliśmy około 45 kilometrów na liczniku. 
Około dziesiątej deszcz ustał, a godzinę później wyszło słońce. Zdjąłem kurtkę przeciwdeszczową i po mniej więcej pięciuset metrach musiałem ją znowu założyć, bo ponownie zaczęło padać. Chwilę później deszcz znów się skończył. Tego dnia kurtka kilka razy wędrowała z torby na plecy i z powrotem. Późniejsze zdjęcia również dobrze pokazują pogodę: miejscami jechaliśmy pod jasnym niebem, a kilkanaście kilometrów dalej przed nami wisiały ciemne chmury i wyraźne pasy deszczu. O 11:39 byliśmy w Wietrzychowicach. Zatrzymaliśmy się tylko na kilka minut, żeby napić się wody i coś zjeść. Kolejny postój planowaliśmy za trzydzieści kilometrów. Dzielenie trasy na takie bloki dobrze porządkowało dzień. Zamiast myśleć o ponad dwustu kilometrach, wystarczyło dojechać do następnej przerwy.
Po około stu kilometrach trafiliśmy do Zalipia. Spodziewaliśmy się większej liczby zachowanych elementów malowanej zabudowy, dlatego wieś nie zrobiła na nas aż takiego wrażenia, jak zakładaliśmy. Pojedyncze domy, ogrodzenia i wiaty rzeczywiście były pokryte kolorowymi kwiatami, ale nie mieliśmy czasu ani większej ochoty na zwiedzanie Domu Malarek. Zrobiliśmy za to dłuższy postój na jedzenie, skorzystaliśmy z toalety. Spotkaliśmy tam również chłopaków jadących na rowerach szosowych z gór nad morze. Nie brali udziału w żadnym rajdzie. Po prostu postanowili przejechać Polskę turystycznie. My mieliśmy wyznaczoną trasę, limit czasu i plan na kolejne dni, a oni jechali w podobnym kierunku bez całej rajdowej otoczki.
Około 85 kilometrów przed Sandomierzem zauważyliśmy kawiarnię przy wale. Początkowo wiedzieliśmy tylko, że będzie tam kawa i coś słodkiego. Gdy zjechaliśmy z wału, zobaczyliśmy również rozpalony grill i gotowe kiełbaski dla uczestników Wisły 1200, którzy nie chcieli tracić czasu na szukanie dłuższego postoju. Kawa była szczególnie potrzebna Andrzejowi, który zaczął już przysypiać podczas jazdy. Nawierzchnia na wale była wtedy dobra, więc jedynym problemem było rozbudzenie się. Kawa, kiełbaska i krótki odpoczynek wystarczyły, żeby wrócić do normalnej jazdy. Podczas tego postoju zarezerwowaliśmy nocleg w Sandomierzu. To była duża ulga. Kiedy mieliśmy już pewne miejsce do spania, mogliśmy skupić się wyłącznie na kolejnych kilometrach. Przy przekraczaniu stu kilometrów pojawiła się też typowa dla takich dni myśl: zostało już tylko sto kilometrów.
Wtedy włączyliśmy muzykę na słuchawkach, żeby trochę wspomóc głowę. W kolejnych dniach robiliśmy to coraz wcześniej, proporcjonalnie do narastającego zmęczenia. Drugiego dnia pierwsza setka nadal była jednak wyraźną granicą, po której łatwiej było rozpocząć odliczanie do noclegu.
Na wysokości Szczucina przejechaliśmy mostem na drugą stronę Wisły. Mieliśmy wtedy około 140 kilometrów za sobą. Dalej trasa przez długi czas prowadziła wałami. Część odcinków była asfaltowa lub dobrze utwardzona, ale trafiały się również fragmenty po świeżo skoszonej trawie. W Połańcu do tego doszły krótkie single z widokiem na rzekę. Pod względem trasy ten dzień był łatwiejszy niż pierwszy. Mieliśmy więcej asfaltu, mniej zarośniętych wałów i mniej technicznych fragmentów, dzięki czemu mogliśmy utrzymywać równiejsze tempo. Brak mocnego słońca sprawił również, że przewożone od rana 4,5 litra wody wystarczyło mi do końca.
Fizycznie czułem się lepiej niż poprzedniego dnia. Najbardziej dokuczały dłonie, odcinek lędźwiowy i tyłek, ale był to raczej narastający dyskomfort niż konkretny ból. Nie miałem lemondki, za to na kierownicy mogłem korzystać z około czterech różnych ustawień dłoni. Rotacyjnie zmieniałem chwyt, żeby odciążać poszczególne miejsca i nie dopuścić do pogorszenia sytuacji. 
Końcowe kilometry prowadziły między innymi spokojnymi asfaltowymi drogami wśród pól i sadów. Około pięciu kilometrów przed miastem zobaczyliśmy ciemne chmury i założyliśmy kurtki. Po niespełna kilometrze złapała nas krótka ulewa. Padało może dwie albo trzy minuty - wystarczająco długo, żeby nas zmoczyć, ale za krótko, żeby poważnie wpłynąć na końcówkę.
Na nocleg dotarliśmy około 20:38. Tego dnia przejechałem 217,3 kilometra w 10 godzin i 17 minut jazdy. Razem z postojami całość zajęła 14 godzin i 15 minut, więc na śniadanie, jedzenie, kawę i pozostałe przerwy przypadły prawie cztery godziny. Trasa była niemal płaska - Garmin pokazał 368 metrów podjazdów. Do kolekcji doszło także 18 nowych gmin.
Wieczorem po raz pierwszy wykonaliśmy pełny rytuał wielodniowej wyprawy. Wyczyściliśmy rowery, nasmarowaliśmy łańcuchy, zrobiliśmy drobne pranie i przygotowaliśmy sprzęt na kolejny dzień. W tle włączyliśmy mecz Brazylia - Norwegia, ale około 22:00 poszliśmy spać.
Dwa pierwsze dni zakończone dystansami powyżej 200 kilometrów rozbudziły nadzieję, że być może uda się ukończyć Wisłę 1200 w sześć dni zamiast siedmiu. Na kolejny dzień planowaliśmy bardziej regeneracyjny etap - około 170 kilometrów do Wilgi. Dalsza część trasy szybko zweryfikowała zarówno ten plan, jak i pomysł ukończenia rajdu w sześć dni.


















Wisła 1200 - dzień 1. Od Baraniej Góry do Krakowa

Sobota, 4 lipca 2026 · Komentarze(2)
Pobudka chwilę po piątej. W schronisku szybko zrobiło się gwarno, bo uczestnicy pakowali bagaże i przygotowywali rowery do startu. O szóstej zjadłem zamówioną wcześniej „michę kolarską”: kaszę z awokado, pomidorami, mozzarellą, wędzonym łososiem, oliwą i przyprawami. Plan na pierwszy dzień był konkretny - przejechać ponad 200 kilometrów i dotrzeć na nocleg na obrzeżach Krakowa.
Startowaliśmy około 7:10 w trzeciej fali, z numerami 103 i 104. Już na pierwszych pięćdziesięciu metrach co najmniej dwie osoby złapały gumę. Pierwsza myśl była prosta: „Oby mnie to nie spotkało”. Jechałem na oponach bezdętkowych i liczyłem, że mleko poradzi sobie przynajmniej z drobnymi przebiciami. Pierwsze kilkaset metrów prowadziło w dół po kamieniach i szutrze, a następnie przez kilka kilometrów zjeżdżaliśmy asfaltem. Mimo założonej wiatrówki było naprawdę zimno. Ruszaliśmy z wysokości ponad 900 metrów, więc dopiero po dłuższym zjeździe zrobiło się cieplej. Później przez większość dnia jechaliśmy już w słońcu. Nawierzchnia zmieniała się od samego początku. Były szybkie odcinki asfaltowe, szerokie drogi z grubym szutrem, kamieniste fragmenty oraz wąskie ścieżki prowadzące między wysoką trawą. Zdjęcia z pierwszej części trasy dobrze pokazują, że nawet przy sprzyjającej pogodzie nie była to jazda, podczas której można było po prostu ustawić równe tempo i bez przerwy kręcić przed siebie.
Około trzydziestego kilometra trasa poprowadziła nas wałami przez wysokie zarośla. Prawdopodobnie właśnie tam odkręciła się nakrętka jednego z dużych bidonów i cała woda się wylała. Zamiast planowanych około 2,4 litra pojemności zostało mi mniej więcej 1,5 litra. Pierwszego dnia nie był to jeszcze poważny problem, bo sklepy były otwarte i wodę można było regularnie uzupełniać. Bardziej martwiła mnie perspektywa następnego dnia: niedzieli niehandlowej, deszczu i długich odcinków bez pewnego dostępu do sklepów. Liczyłem, że w Krakowie uda się kupić nowy bidon albo przynajmniej nakrętkę, ale tego dnia nie znalazłem rozwiązania. Dopiero później okazało się, że winny był uszkodzony gwint. Nawet z inną nakrętką bidon sam się odkręcał, więc ostatecznie trafił do kosza. Na dalszą część wyprawy zastąpiła go zwykła butelka wody, dociskana paskiem, ponieważ miała mniejszy obwód i mogła wypaść z koszyka.
Przed pierwszym poważniejszym odcinkiem zatrzymaliśmy się około 52. kilometra w Żabce. Zjedliśmy hot dogi, uzupełniliśmy wodę i chwilę odpoczęliśmy. Z odprawy oraz relacji na YouTube wiedzieliśmy, że wały wzdłuż jeziora goczałkowickiego i późniejsze bobrowisko mogą dać nam w kość. Około siedemnastu kilometrów mocno wszystkich wymęczyło. Trawa była podobno lepiej wykoszona niż w poprzednich latach, lecz pierwszego dnia i tak wydawało nam się, że trafiliśmy na jeden z trudniejszych fragmentów rajdu. Za wałami zatrzymaliśmy się jeszcze na szybkie zdjęcie nad jeziorem. Patrząc z perspektywy całej Wisły 1200, te wały nie były jeszcze takie złe. Później czekały nas znacznie gorsze odcinki. Wtedy nie mieliśmy jednak porównania, a przeplatanie szutru, wąskich ścieżek, trawy i nierówności skutecznie odbierało prędkość oraz energię.
W okolicach setnego kilometra nawierzchnia nadal regularnie się zmieniała. Chwilę jechaliśmy dobrym asfaltem, żeby zaraz wpaść na kamienistą drogę albo w dwie wąskie ścieżki biegnące przez pola. Dopiero dalsze odcinki po wałach pozwalały ponownie złapać nieco równiejszy rytm. Około 110. kilometra odbiliśmy kawałek od trasy do sklepu w Brzezince. Tam zrobiliśmy pierwszy dłuższy „popas”, jak Andrzej nazywał nasze postoje w pierwszych dniach. Zjedliśmy bułki i kawałek arbuza, uzupełniliśmy wodę i odpoczęliśmy przed dalszą jazdą.
Niedługo wcześniej przejeżdżaliśmy drogą biegnącą bezpośrednio wzdłuż ogrodzenia byłego niemieckiego obozu Auschwitz II-Birkenau. Nigdy wcześniej tam nie byłem. Największe wrażenie zrobiła na mnie skala miejsca, długa linia ogrodzenia, wieże strażnicze oraz duża liczba zachowanych budynków obozowych. Nie było czasu na zwiedzanie ani dłuższy postój. Przejechaliśmy obok, a przed nami pozostawało jeszcze prawie sto kilometrów. Mimo to był to jeden z najmocniejszych momentów dnia.
Po około 150 kilometrach czułem się lepiej, niż zakładałem przed startem. Nadal miałem siłę do jazdy i mogłem utrzymywać własne tempo. Nie porównywałem się z innymi uczestnikami. Krótkie rozmowy i zwykłe pozdrowienia wymieniane na trasie dodatkowo pomagały utrzymywać dobre nastawienie. Już pierwszego dnia musiałem zweryfikować własne założenia dotyczące postojów. Dzień wcześniej usłyszałem radę, żeby ograniczać przerwy do dwudziestu minut, ale nie ustalaliśmy z Andrzejem takiej strategii. Szybko okazało się też, że obaj potrzebujemy więcej czasu na jedzenie i odpoczynek. Pomysł krótszych postojów zostawiłem więc raczej na przyszłe wyprawy. Podczas Wisły ważniejsze było znalezienie rytmu, który pozwoli nam przejechać rajd razem.
W drodze do Krakowa minęliśmy klasztor w Tyńcu. Bardzo ładnie prezentował się z trasy i od razu pomyślałem, że będę chciał kiedyś wrócić tam bez presji czasu. W oddali zobaczyliśmy również kościół kamedułów na Bielanach, a niedługo później trasa rzeczywiście zaczęła prowadzić w jego stronę. Przejazd przez Kraków był mocno urozmaicony. Najpierw musieliśmy wdrapać się na Kopiec Piłsudskiego. Sam podjazd nie okazał się jednak najgorszy. Znacznie bardziej wymagający był zjazd ścieżkami dla biegaczy i fragmentami przypominającymi trasy MTB. Momentami mieliśmy wrażenie, że prędzej połamiemy rowery, niż sprawnie przedostaniemy się do centrum.
Później wjechaliśmy na Rynek Główny. W sobotę około dziewiętnastej przejazd przez tłum na obładowanych rowerach nie był najbardziej praktycznym wariantem. Z jednej strony trasa prowadziła przez historyczne centrum Krakowa, z drugiej nie było ani czasu, ani warunków, żeby mu się przyjrzeć. Kraków został tego dnia sprowadzony do kolejnego odcinka trasy, przez który trzeba było się przedostać. Zrobiliśmy jeszcze szybkie zdjęcie pod Wawelem, zjechaliśmy nad Wisłę i ruszyliśmy dalej wałami. O 20:22 dotarliśmy na nocleg znajdujący się na wyjeździe z Krakowa, tuż przed mostem prowadzącym na drugą stronę rzeki.
Garmin zapisał 207,24 kilometra, 10 godzin i 39 minut jazdy oraz 13 godzin i 15 minut całego dnia na trasie. Suma podjazdów wyniosła 651 metrów, a zjazdów 1391 metrów. Do tego doszły 22 nowe gminy. Po ponad dwustu kilometrach pojawiły się pierwsze sygnały przeciążenia. Na zewnętrznych częściach dłoni zrobiły się bąble w miejscach, w których wcześniej ich nie miałem. Odezwał się również odcinek lędźwiowy, a tyłek był już wyraźnie odczuwalny, choć nadal nie stanowił większego problemu. Dolny chwyt na baranku pomagał odciążać plecy. Miałem się wieczorem porozciągać, ale ostatecznie tego nie zrobiłem. Dobrze sprawdziła się za to duża torba na ramie. Przydatne były również uprzęże przy torbie na kierownicę i podsiodłówce, dzięki którym łatwiej było dostać się do bagażu bez rozpinania całego zestawu.
Najważniejsza zmiana nastąpiła już po dotarciu na nocleg. Przed startem zakładałem, że mam realną szansę ukończyć Wisłę 1200, ale nie wiedziałem, jak organizm zniesie siedem kolejnych dni. Po pierwszych 207 kilometrach, bez poważnego kryzysu i bez zajechania, po raz pierwszy pomyślałem, że przejechanie całej trasy w limicie czasu jest naprawdę realne. W głowie podniosłem swoje szanse na ukończenie do stu procent. Limit czasu przestał straszyć.
Nie oznaczało to jednak, że następny dzień zapowiadał się łatwo. Plan zakładał kolejne ponad 200 kilometrów i dojazd do Sandomierza. Prognoza zapowiadała deszcz, wypadała niedziela niehandlowa, a po awarii bidonu zostało mi tylko około 1,5 litra stałej pojemności na wodę. Na niedzielę musiałem więc dołożyć kupne butelki i wozić dodatkowy zapas w bagażu. Pierwszy dzień pokazał, że dystans jest do zrobienia. Drugi miał sprawdzić, czy podobny plan uda się powtórzyć w znacznie gorszych warunkach.



















Dzień 2 Wrocław -> Kędzierzyn-Koźle

Poniedziałek, 29 lipca 2024 · Komentarze(0)
Drugiego dnia pozwoliłem sobie na odrobinę snu, budząc się o spokojnej godzinie 5. Wyruszyłem tuż przed 6, gotowy na dzień rowerowych przygód. Tym razem planowałem bliższe trzymanie się Odry. Przez pierwsze 60 km jechałem pierwotną trasą, zaczynając od przejazdu przez Oławę. Tam zjadłem drugie śniadanie w postaci jajecznicy w uroczym barze mlecznym.

Następnie zatrzymałem się na dłużej w Brzegu. Drogi wojewódzkie były bardziej ruchliwe, niż bym chciał, więc postanowiłem wytyczyć nową trasę do Opola. Spodziewając się szutrowych i leśnych ścieżek, byłem mile zaskoczony, jadąc głównie gładkim asfaltem. Odcinki leśne zapewniły miłą odskocznię od upału, który wzrastał do ponad 30°C, co stanowiło ostry kontrast z poprzednim dniem, kiedy pogoda była chłodna (ok 20°C) i deszczowa. W Opolu zrobiłem sobie kolejną przerwę, wspominając moją ostatnią wizytę miesiąc wcześniej podczas maratonu wioślarskiego Opole-Wrocław z moimi przyjaciółmi z klubu wioślarskiego.

Za Opolem postanowiłem ponownie unikać dróg wojewódzkich na odcinku do Kędzierzyna-Koźla, wybierając bardziej zalesione ścieżki. W Kamieniu Śląskim odwiedziłem malowniczy Pałac Odrowążów i spotkałem innego rowerzystę, więc zrobiliśmy sobie zdjęcia na wzajem.

Czując się dobrze po 140 km, postanowiłem zmierzyć się z Górą Świętej Anny, wyzwaniem, którego początkowo planowałem pominąć. Pięciokilometrowy podjazd został wynagrodzony oszałamiającym Sanktuarium Świętej Anny na szczycie, po którym nastąpił długi zjazd do Leśnicy. Stamtąd wybrałem okrężną drogę do Kędzierzyna-Koźla, gdzie spędziłem noc.
Drugi dzień to malownicze i pełna przygód 170 kilometrów.














Dzień 1 Zielona Góra -> Wrocław

Niedziela, 28 lipca 2024 · Komentarze(0)
Pierwszy dzień rozpoczął się przed świtem. Obudziłem się przed 5, szybko zjadłem śniadanie i ruszyłem w drogę tuż po 5. Niedziela pierwotnie zakładała malowniczą przejażdżkę wzdłuż Odry, ale prognozy zapowiadały deszczowy dzień, więc zmieniłem plany. Zamiast ruchliwych dróg wybrałem drogę serwisową wzdłuż S3.

Deszcz zaczął padać wcześnie i miał się nie zmienić do południa. Wtedy też wiatr miał zmienić kierunek na południowo-wschodni, idealne wsparcie wiatru w plecy. Moja trasa prowadziła z Wrocławia do Nowej Soli, a następnie do Nowego Miasteczka, gdzie wjechałem na drogę serwisową, ciesząc się minimalnym ruchem.

Mżawka zmieniła się w deszcz, gdy wjeżdżałem do województwa dolnośląskiego. W Polkowicach schroniłem się na stacji Orlen, aby napić się gorącej kawy, dzieląc schronienie z grupą motocyklistów. Zbliżając się do Lubina, deszcz zaczął ustępować, dając mi krótkie suche okresy. Zrobiłem sobie dłuższą przerwę w Lubinie, chociaż opcje kulinarne ograniczały się do Żabka Cafe, Orlen Cafe, barów z kebabem czy McDonald's.

Za Lubinem wróciłem na swoją pierwotną trasę, przejeżdżając przez Ścinawę i Brzeg Dolny. Po południu słońce triumfalnie powróciło, szybko susząc moje ubrania i pozwalając mi zdjąć kurtkę przeciwdeszczową. Niedaleko Wrocławia cieszyłem się spokojnym odcinkiem leśnym i dotarłem do mojego zakwaterowania około godziny 17:00. Wieczorem jeszcze wybrałem się na Stare Miasto na zasłużoną kolację. Łącznie pokonałem 180 km tego pełnego przygód pierwszego dnia.