Wpisy archiwalne w kategorii

200 plus

Dystans całkowity:3112.23 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:138:24
Średnia prędkość:22.49 km/h
Maksymalna prędkość:60.12 km/h
Suma podjazdów:12465 m
Maks. tętno maksymalne:177 (91 %)
Maks. tętno średnie:139 (71 %)
Suma kalorii:81943 kcal
Liczba aktywności:14
Średnio na aktywność:222.30 km i 9h 53m
Więcej statystyk

Wisła 1200 - dzień 2. Deszcz, wały i 217 kilometrów do Sandomierza

Niedziela, 5 lipca 2026 · Komentarze(0)
Drugiego dnia plan był prosty: przejechać ponad 200 kilometrów z Krakowa do Sandomierza. Największą niewiadomą stanowiło jedzenie i woda, bo jechaliśmy w niedzielę niehandlową. Dlatego jeszcze poprzedniego wieczoru poszliśmy do Lidla i kupiliśmy zapasy na cały dzień oraz wodę. Do około 1,5 litra stałej pojemności dołożyłem kupione butelki i łącznie wiozłem około 4,5 litra. Do wieczora wszystko zjadłem i wypiłem, a wody chyba nie uzupełniałem już po drodze.
Wstaliśmy o 5:30, sprawnie się spakowaliśmy i o 6:22 ruszyliśmy. Przed wyjazdem wypiłem skyra, ale właściwe śniadanie zaplanowaliśmy po pierwszych szesnastu kilometrach, w McDonald’s w Niepołomicach. Dojechaliśmy tam około 7:20 i zamówiliśmy zestawy śniadaniowe. Nie był to postój dla przyjemności, tylko świadome załadowanie kalorii przed dniem, podczas którego mogliśmy długo nie znaleźć żadnego ciepłego jedzenia. Śniadanie zajęło nam około pięćdziesięciu minut, więc ponownie ruszyliśmy tuż po ósmej. Niedługo później zaczęło padać, ale mimo deszczu jechaliśmy całkiem sprawnie. Przed dziesiątą mieliśmy około 45 kilometrów na liczniku. 
Około dziesiątej deszcz ustał, a godzinę później wyszło słońce. Zdjąłem kurtkę przeciwdeszczową i po mniej więcej pięciuset metrach musiałem ją znowu założyć, bo ponownie zaczęło padać. Chwilę później deszcz znów się skończył. Tego dnia kurtka kilka razy wędrowała z torby na plecy i z powrotem. Późniejsze zdjęcia również dobrze pokazują pogodę: miejscami jechaliśmy pod jasnym niebem, a kilkanaście kilometrów dalej przed nami wisiały ciemne chmury i wyraźne pasy deszczu. O 11:39 byliśmy w Wietrzychowicach. Zatrzymaliśmy się tylko na kilka minut, żeby napić się wody i coś zjeść. Kolejny postój planowaliśmy za trzydzieści kilometrów. Dzielenie trasy na takie bloki dobrze porządkowało dzień. Zamiast myśleć o ponad dwustu kilometrach, wystarczyło dojechać do następnej przerwy.
Po około stu kilometrach trafiliśmy do Zalipia. Spodziewaliśmy się większej liczby zachowanych elementów malowanej zabudowy, dlatego wieś nie zrobiła na nas aż takiego wrażenia, jak zakładaliśmy. Pojedyncze domy, ogrodzenia i wiaty rzeczywiście były pokryte kolorowymi kwiatami, ale nie mieliśmy czasu ani większej ochoty na zwiedzanie Domu Malarek. Zrobiliśmy za to dłuższy postój na jedzenie, skorzystaliśmy z toalety. Spotkaliśmy tam również chłopaków jadących na rowerach szosowych z gór nad morze. Nie brali udziału w żadnym rajdzie. Po prostu postanowili przejechać Polskę turystycznie. My mieliśmy wyznaczoną trasę, limit czasu i plan na kolejne dni, a oni jechali w podobnym kierunku bez całej rajdowej otoczki.
Około 85 kilometrów przed Sandomierzem zauważyliśmy kawiarnię przy wale. Początkowo wiedzieliśmy tylko, że będzie tam kawa i coś słodkiego. Gdy zjechaliśmy z wału, zobaczyliśmy również rozpalony grill i gotowe kiełbaski dla uczestników Wisły 1200, którzy nie chcieli tracić czasu na szukanie dłuższego postoju. Kawa była szczególnie potrzebna Andrzejowi, który zaczął już przysypiać podczas jazdy. Nawierzchnia na wale była wtedy dobra, więc jedynym problemem było rozbudzenie się. Kawa, kiełbaska i krótki odpoczynek wystarczyły, żeby wrócić do normalnej jazdy. Podczas tego postoju zarezerwowaliśmy nocleg w Sandomierzu. To była duża ulga. Kiedy mieliśmy już pewne miejsce do spania, mogliśmy skupić się wyłącznie na kolejnych kilometrach. Przy przekraczaniu stu kilometrów pojawiła się też typowa dla takich dni myśl: zostało już tylko sto kilometrów.
Wtedy włączyliśmy muzykę na słuchawkach, żeby trochę wspomóc głowę. W kolejnych dniach robiliśmy to coraz wcześniej, proporcjonalnie do narastającego zmęczenia. Drugiego dnia pierwsza setka nadal była jednak wyraźną granicą, po której łatwiej było rozpocząć odliczanie do noclegu.
Na wysokości Szczucina przejechaliśmy mostem na drugą stronę Wisły. Mieliśmy wtedy około 140 kilometrów za sobą. Dalej trasa przez długi czas prowadziła wałami. Część odcinków była asfaltowa lub dobrze utwardzona, ale trafiały się również fragmenty po świeżo skoszonej trawie. W Połańcu do tego doszły krótkie single z widokiem na rzekę. Pod względem trasy ten dzień był łatwiejszy niż pierwszy. Mieliśmy więcej asfaltu, mniej zarośniętych wałów i mniej technicznych fragmentów, dzięki czemu mogliśmy utrzymywać równiejsze tempo. Brak mocnego słońca sprawił również, że przewożone od rana 4,5 litra wody wystarczyło mi do końca.
Fizycznie czułem się lepiej niż poprzedniego dnia. Najbardziej dokuczały dłonie, odcinek lędźwiowy i tyłek, ale był to raczej narastający dyskomfort niż konkretny ból. Nie miałem lemondki, za to na kierownicy mogłem korzystać z około czterech różnych ustawień dłoni. Rotacyjnie zmieniałem chwyt, żeby odciążać poszczególne miejsca i nie dopuścić do pogorszenia sytuacji. 
Końcowe kilometry prowadziły między innymi spokojnymi asfaltowymi drogami wśród pól i sadów. Około pięciu kilometrów przed miastem zobaczyliśmy ciemne chmury i założyliśmy kurtki. Po niespełna kilometrze złapała nas krótka ulewa. Padało może dwie albo trzy minuty - wystarczająco długo, żeby nas zmoczyć, ale za krótko, żeby poważnie wpłynąć na końcówkę.
Na nocleg dotarliśmy około 20:38. Tego dnia przejechałem 217,3 kilometra w 10 godzin i 17 minut jazdy. Razem z postojami całość zajęła 14 godzin i 15 minut, więc na śniadanie, jedzenie, kawę i pozostałe przerwy przypadły prawie cztery godziny. Trasa była niemal płaska - Garmin pokazał 368 metrów podjazdów. Do kolekcji doszło także 18 nowych gmin.
Wieczorem po raz pierwszy wykonaliśmy pełny rytuał wielodniowej wyprawy. Wyczyściliśmy rowery, nasmarowaliśmy łańcuchy, zrobiliśmy drobne pranie i przygotowaliśmy sprzęt na kolejny dzień. W tle włączyliśmy mecz Brazylia - Norwegia, ale około 22:00 poszliśmy spać.
Dwa pierwsze dni zakończone dystansami powyżej 200 kilometrów rozbudziły nadzieję, że być może uda się ukończyć Wisłę 1200 w sześć dni zamiast siedmiu. Na kolejny dzień planowaliśmy bardziej regeneracyjny etap - około 170 kilometrów do Wilgi. Dalsza część trasy szybko zweryfikowała zarówno ten plan, jak i pomysł ukończenia rajdu w sześć dni.


















Wisła 1200 - dzień 1. Od Baraniej Góry do Krakowa

Sobota, 4 lipca 2026 · Komentarze(2)
Pobudka chwilę po piątej. W schronisku szybko zrobiło się gwarno, bo uczestnicy pakowali bagaże i przygotowywali rowery do startu. O szóstej zjadłem zamówioną wcześniej „michę kolarską”: kaszę z awokado, pomidorami, mozzarellą, wędzonym łososiem, oliwą i przyprawami. Plan na pierwszy dzień był konkretny - przejechać ponad 200 kilometrów i dotrzeć na nocleg na obrzeżach Krakowa.
Startowaliśmy około 7:10 w trzeciej fali, z numerami 103 i 104. Już na pierwszych pięćdziesięciu metrach co najmniej dwie osoby złapały gumę. Pierwsza myśl była prosta: „Oby mnie to nie spotkało”. Jechałem na oponach bezdętkowych i liczyłem, że mleko poradzi sobie przynajmniej z drobnymi przebiciami. Pierwsze kilkaset metrów prowadziło w dół po kamieniach i szutrze, a następnie przez kilka kilometrów zjeżdżaliśmy asfaltem. Mimo założonej wiatrówki było naprawdę zimno. Ruszaliśmy z wysokości ponad 900 metrów, więc dopiero po dłuższym zjeździe zrobiło się cieplej. Później przez większość dnia jechaliśmy już w słońcu. Nawierzchnia zmieniała się od samego początku. Były szybkie odcinki asfaltowe, szerokie drogi z grubym szutrem, kamieniste fragmenty oraz wąskie ścieżki prowadzące między wysoką trawą. Zdjęcia z pierwszej części trasy dobrze pokazują, że nawet przy sprzyjającej pogodzie nie była to jazda, podczas której można było po prostu ustawić równe tempo i bez przerwy kręcić przed siebie.
Około trzydziestego kilometra trasa poprowadziła nas wałami przez wysokie zarośla. Prawdopodobnie właśnie tam odkręciła się nakrętka jednego z dużych bidonów i cała woda się wylała. Zamiast planowanych około 2,4 litra pojemności zostało mi mniej więcej 1,5 litra. Pierwszego dnia nie był to jeszcze poważny problem, bo sklepy były otwarte i wodę można było regularnie uzupełniać. Bardziej martwiła mnie perspektywa następnego dnia: niedzieli niehandlowej, deszczu i długich odcinków bez pewnego dostępu do sklepów. Liczyłem, że w Krakowie uda się kupić nowy bidon albo przynajmniej nakrętkę, ale tego dnia nie znalazłem rozwiązania. Dopiero później okazało się, że winny był uszkodzony gwint. Nawet z inną nakrętką bidon sam się odkręcał, więc ostatecznie trafił do kosza. Na dalszą część wyprawy zastąpiła go zwykła butelka wody, dociskana paskiem, ponieważ miała mniejszy obwód i mogła wypaść z koszyka.
Przed pierwszym poważniejszym odcinkiem zatrzymaliśmy się około 52. kilometra w Żabce. Zjedliśmy hot dogi, uzupełniliśmy wodę i chwilę odpoczęliśmy. Z odprawy oraz relacji na YouTube wiedzieliśmy, że wały wzdłuż jeziora goczałkowickiego i późniejsze bobrowisko mogą dać nam w kość. Około siedemnastu kilometrów mocno wszystkich wymęczyło. Trawa była podobno lepiej wykoszona niż w poprzednich latach, lecz pierwszego dnia i tak wydawało nam się, że trafiliśmy na jeden z trudniejszych fragmentów rajdu. Za wałami zatrzymaliśmy się jeszcze na szybkie zdjęcie nad jeziorem. Patrząc z perspektywy całej Wisły 1200, te wały nie były jeszcze takie złe. Później czekały nas znacznie gorsze odcinki. Wtedy nie mieliśmy jednak porównania, a przeplatanie szutru, wąskich ścieżek, trawy i nierówności skutecznie odbierało prędkość oraz energię.
W okolicach setnego kilometra nawierzchnia nadal regularnie się zmieniała. Chwilę jechaliśmy dobrym asfaltem, żeby zaraz wpaść na kamienistą drogę albo w dwie wąskie ścieżki biegnące przez pola. Dopiero dalsze odcinki po wałach pozwalały ponownie złapać nieco równiejszy rytm. Około 110. kilometra odbiliśmy kawałek od trasy do sklepu w Brzezince. Tam zrobiliśmy pierwszy dłuższy „popas”, jak Andrzej nazywał nasze postoje w pierwszych dniach. Zjedliśmy bułki i kawałek arbuza, uzupełniliśmy wodę i odpoczęliśmy przed dalszą jazdą.
Niedługo wcześniej przejeżdżaliśmy drogą biegnącą bezpośrednio wzdłuż ogrodzenia byłego niemieckiego obozu Auschwitz II-Birkenau. Nigdy wcześniej tam nie byłem. Największe wrażenie zrobiła na mnie skala miejsca, długa linia ogrodzenia, wieże strażnicze oraz duża liczba zachowanych budynków obozowych. Nie było czasu na zwiedzanie ani dłuższy postój. Przejechaliśmy obok, a przed nami pozostawało jeszcze prawie sto kilometrów. Mimo to był to jeden z najmocniejszych momentów dnia.
Po około 150 kilometrach czułem się lepiej, niż zakładałem przed startem. Nadal miałem siłę do jazdy i mogłem utrzymywać własne tempo. Nie porównywałem się z innymi uczestnikami. Krótkie rozmowy i zwykłe pozdrowienia wymieniane na trasie dodatkowo pomagały utrzymywać dobre nastawienie. Już pierwszego dnia musiałem zweryfikować własne założenia dotyczące postojów. Dzień wcześniej usłyszałem radę, żeby ograniczać przerwy do dwudziestu minut, ale nie ustalaliśmy z Andrzejem takiej strategii. Szybko okazało się też, że obaj potrzebujemy więcej czasu na jedzenie i odpoczynek. Pomysł krótszych postojów zostawiłem więc raczej na przyszłe wyprawy. Podczas Wisły ważniejsze było znalezienie rytmu, który pozwoli nam przejechać rajd razem.
W drodze do Krakowa minęliśmy klasztor w Tyńcu. Bardzo ładnie prezentował się z trasy i od razu pomyślałem, że będę chciał kiedyś wrócić tam bez presji czasu. W oddali zobaczyliśmy również kościół kamedułów na Bielanach, a niedługo później trasa rzeczywiście zaczęła prowadzić w jego stronę. Przejazd przez Kraków był mocno urozmaicony. Najpierw musieliśmy wdrapać się na Kopiec Piłsudskiego. Sam podjazd nie okazał się jednak najgorszy. Znacznie bardziej wymagający był zjazd ścieżkami dla biegaczy i fragmentami przypominającymi trasy MTB. Momentami mieliśmy wrażenie, że prędzej połamiemy rowery, niż sprawnie przedostaniemy się do centrum.
Później wjechaliśmy na Rynek Główny. W sobotę około dziewiętnastej przejazd przez tłum na obładowanych rowerach nie był najbardziej praktycznym wariantem. Z jednej strony trasa prowadziła przez historyczne centrum Krakowa, z drugiej nie było ani czasu, ani warunków, żeby mu się przyjrzeć. Kraków został tego dnia sprowadzony do kolejnego odcinka trasy, przez który trzeba było się przedostać. Zrobiliśmy jeszcze szybkie zdjęcie pod Wawelem, zjechaliśmy nad Wisłę i ruszyliśmy dalej wałami. O 20:22 dotarliśmy na nocleg znajdujący się na wyjeździe z Krakowa, tuż przed mostem prowadzącym na drugą stronę rzeki.
Garmin zapisał 207,24 kilometra, 10 godzin i 39 minut jazdy oraz 13 godzin i 15 minut całego dnia na trasie. Suma podjazdów wyniosła 651 metrów, a zjazdów 1391 metrów. Do tego doszły 22 nowe gminy. Po ponad dwustu kilometrach pojawiły się pierwsze sygnały przeciążenia. Na zewnętrznych częściach dłoni zrobiły się bąble w miejscach, w których wcześniej ich nie miałem. Odezwał się również odcinek lędźwiowy, a tyłek był już wyraźnie odczuwalny, choć nadal nie stanowił większego problemu. Dolny chwyt na baranku pomagał odciążać plecy. Miałem się wieczorem porozciągać, ale ostatecznie tego nie zrobiłem. Dobrze sprawdziła się za to duża torba na ramie. Przydatne były również uprzęże przy torbie na kierownicę i podsiodłówce, dzięki którym łatwiej było dostać się do bagażu bez rozpinania całego zestawu.
Najważniejsza zmiana nastąpiła już po dotarciu na nocleg. Przed startem zakładałem, że mam realną szansę ukończyć Wisłę 1200, ale nie wiedziałem, jak organizm zniesie siedem kolejnych dni. Po pierwszych 207 kilometrach, bez poważnego kryzysu i bez zajechania, po raz pierwszy pomyślałem, że przejechanie całej trasy w limicie czasu jest naprawdę realne. W głowie podniosłem swoje szanse na ukończenie do stu procent. Limit czasu przestał straszyć.
Nie oznaczało to jednak, że następny dzień zapowiadał się łatwo. Plan zakładał kolejne ponad 200 kilometrów i dojazd do Sandomierza. Prognoza zapowiadała deszcz, wypadała niedziela niehandlowa, a po awarii bidonu zostało mi tylko około 1,5 litra stałej pojemności na wodę. Na niedzielę musiałem więc dołożyć kupne butelki i wozić dodatkowy zapas w bagażu. Pierwszy dzień pokazał, że dystans jest do zrobienia. Drugi miał sprawdzić, czy podobny plan uda się powtórzyć w znacznie gorszych warunkach.



















Zielona siódemka czyli nad morze na raz

Sobota, 26 sierpnia 2023 · Komentarze(0)
Kilka dni temu kolega zapytał się na fejsie czy ktoś chciałby dołączyć do niego podczas pobijania życiówki w dystansie. Nie musiał długo czekać na moją odpowiedź. Na trasę wybrał "zieloną siódemkę" - www.zielona7.pl Trasa pokrywa się częściowo z trasą jaką wracałem kilka lat temu ze Stegny do Warszawy, ale kilka nowych gmin udało mi się zdobyć :-)

Umówiliśmy się na zbiórkę w Nowym Dworze Mazowieckim w sobotę o 5 rano. Sprawdziliśmy czy wszystko mamy i o 5:25 tuż przed wschodem słońca ruszyliśmy w drogę. Obawialiśmy się deszczu, nad ranem lało, ale jak ruszaliśmy pogoda już była ładna. Pierwsza przygoda nastąpiła już na 11 kilometrze gdy złapałem gumę, szybka wymiana dętki i ruszamy dalej. Na około 50km zatrzymaliśmy się w małym wiejskim sklepiku na coś do jedzenia i picia. Niedługo później zaczęły się pierwsze, jeszcze nie za duże, ale podjazdy. Kolejny dłuższy postój zrobiliśmy na 110km w Mławie, po 6 godzinach i 1/3 dystansu za nami. Z Mławy do Grunwaldu zapowiadał się najcięższy odcinek, przynajmniej według profilu trasy. I tak było, po minięciu najwyższego punktu na trasie zrobiliśmy przerwę w Grunwaldzie na 170km. Do Ostródy mieliśmy 30km relatywnie z górki, tam zatrzymaliśmy się na kawę i lody w jednej z kawiarni koło jeziora. Wyjeżdżając z Ostródy przed nami widzieliśmy ciężkie chmury, których obawialiśmy się cały dzień, miało dzisiaj lać, a na północy Polski miały być burze, na szczęście my cały dzień przejechaliśmy bez jednej kropli deszczu. Odcinek Ostróda - Elbląg jechało nam się najlepiej, jeszcze za Morągiem mieliśmy podjazd, ale potem z górki. W Pasłęku na 260km podziwialiśmy zachód słońca i dalej jechaliśmy już po ciemku. W Elblągu zrobiliśmy sobie najdłuższą przerwę, wydało nam się, żeby była krótka, ale jak spojrzeliśmy na zegarki to minęło pół godziny. Przed nami zostało ostatnie 40km po płaskich Żuławach Wiślanych. Do plaży w Stegnie dojechaliśmy około 23:30. Szybkie zdjęcie z morzem w tle i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek w jednym z ośrodków wypoczynkowych.

Podsumowując, bardzo fajna wyprawa, żeby się sprawdzić, ale po raz kolejny potwierdziła, że takie dystanse nie należą do moich ulubionych, raczej preferuję turystyczne 120-150 gdy można coś zwiedzić po drodze. Jedyne co bym zmienił przed kolejnym takim dystansem to czas startu, powinniśmy wyjechać wcześniej, żeby dać sobie więcej czasu na jazdę przy świetle dziennym na zmęczeniu.