Wisła 1200 - dzień 2. Deszcz, wały i 217 kilometrów do Sandomierza
Niedziela, 5 lipca 2026
· Komentarze(0)
Kategoria [blog], 100 plus, 150 plus, 200 plus, Wycieczki wielodniowe, Zalicz Gminę
Drugiego dnia plan był prosty: przejechać ponad 200 kilometrów z Krakowa do Sandomierza. Największą niewiadomą stanowiło jedzenie i woda, bo jechaliśmy w niedzielę niehandlową. Dlatego jeszcze poprzedniego wieczoru poszliśmy do Lidla i kupiliśmy zapasy na cały dzień: bułki, żółty ser, kabanosy, skyry, drożdżówki, batony oraz wodę. Do około 1,5 litra stałej pojemności dołożyłem kupione butelki i łącznie wiozłem około 4,5 litra. Do wieczora wszystko zjadłem i wypiłem, a wody najprawdopodobniej nie uzupełniałem już po drodze.
Wstaliśmy o 5:30, sprawnie się spakowaliśmy i o 6:22 ruszyliśmy. Przed wyjazdem wypiłem skyra, ale właściwe śniadanie zaplanowaliśmy po pierwszych szesnastu kilometrach, w McDonald’s w Niepołomicach. Dojechaliśmy tam około 7:20 i zamówiliśmy zestawy śniadaniowe. Nie był to postój dla przyjemności, tylko świadome załadowanie kalorii przed dniem, podczas którego mogliśmy długo nie znaleźć żadnego ciepłego jedzenia. Śniadanie zajęło nam około pięćdziesięciu minut, więc ponownie ruszyliśmy tuż po ósmej. Niedługo później zaczęło padać, ale mimo deszczu jechaliśmy całkiem sprawnie. Przed dziesiątą mieliśmy około 45 kilometrów na liczniku. Żartowałem wtedy, że jedna piąta albo jedna czwarta dnia jest już za nami - zależnie od tego, czy zaokrąglić w dół, czy w górę.
Około dziesiątej deszcz ustał, a godzinę później wyszło słońce. Zdjąłem kurtkę przeciwdeszczową i po mniej więcej pięciuset metrach musiałem ją znowu założyć, bo ponownie zaczęło padać. Chwilę później deszcz znów się skończył. Tego dnia kurtka kilka razy wędrowała z torby na plecy i z powrotem. Późniejsze zdjęcia również dobrze pokazują pogodę: miejscami jechaliśmy pod jasnym niebem, a kilkanaście kilometrów dalej przed nami wisiały ciemne chmury i wyraźne pasy deszczu. O 11:39 byliśmy w Wietrzychowicach. Zatrzymaliśmy się tylko na kilka minut, żeby napić się wody i coś zjeść. Kolejny postój planowaliśmy za trzydzieści kilometrów. Dzielenie trasy na takie bloki dobrze porządkowało dzień. Zamiast myśleć o ponad dwustu kilometrach, wystarczyło dojechać do następnej przerwy.
Po około stu kilometrach trafiliśmy do Zalipia. Spodziewaliśmy się większej liczby zachowanych elementów malowanej zabudowy, dlatego wieś nie zrobiła na nas aż takiego wrażenia, jak zakładaliśmy. Pojedyncze domy, ogrodzenia i wiaty rzeczywiście były pokryte kolorowymi kwiatami, ale nie mieliśmy czasu ani większej ochoty na zwiedzanie Domu Malarek. Zrobiliśmy za to dłuższy postój na jedzenie, skorzystaliśmy z toalety, a ja kupiłem magnes. Spotkaliśmy tam również chłopaków jadących na rowerach szosowych z gór nad morze. Nie brali udziału w żadnym rajdzie. Po prostu postanowili przejechać Polskę turystycznie. My mieliśmy wyznaczoną trasę, limit czasu i plan na kolejne dni, a oni jechali w podobnym kierunku bez całej rajdowej otoczki.
Około 85 kilometrów przed Sandomierzem zauważyliśmy kawiarnię przy wale. Początkowo wiedzieliśmy tylko, że będzie tam kawa i coś słodkiego. Gdy zjechaliśmy z wału, zobaczyliśmy również rozpalony grill i gotowe kiełbaski dla uczestników Wisły 1200, którzy nie chcieli tracić czasu na szukanie dłuższego postoju. Kawa była szczególnie potrzebna Andrzejowi, który zaczął już przysypiać podczas jazdy. Nawierzchnia na wale była wtedy dobra, więc jedynym problemem było rozbudzenie się. Kawa, kiełbaska i krótki odpoczynek wystarczyły, żeby wrócić do normalnej jazdy. Podczas tego postoju zarezerwowaliśmy nocleg w Sandomierzu. To była duża ulga. Kiedy mieliśmy już pewne miejsce do spania, mogliśmy skupić się wyłącznie na kolejnych kilometrach. Przy przekraczaniu stu kilometrów pojawiła się też typowa dla takich dni myśl: zostało już tylko sto kilometrów.
Wtedy włączyliśmy muzykę na słuchawkach, żeby trochę wspomóc głowę. W kolejnych dniach robiliśmy to coraz wcześniej, proporcjonalnie do narastającego zmęczenia. Drugiego dnia pierwsza setka nadal była jednak wyraźną granicą, po której łatwiej było rozpocząć odliczanie do noclegu.
Na wysokości Szczucina przejechaliśmy mostem na drugą stronę Wisły. Mieliśmy wtedy około 140 kilometrów za sobą. Dalej trasa przez długi czas prowadziła wałami. Część odcinków była asfaltowa lub dobrze utwardzona, ale trafiały się również fragmenty po świeżo skoszonej trawie. W Połańcu do tego doszły krótkie single z widokiem na rzekę. Pod względem trasy ten dzień był łatwiejszy niż pierwszy. Mieliśmy więcej asfaltu, mniej zarośniętych wałów i mniej technicznych fragmentów, dzięki czemu mogliśmy utrzymywać równiejsze tempo. Brak mocnego słońca sprawił również, że przewożone od rana 4,5 litra wody wystarczyło mi do końca.
Fizycznie czułem się lepiej niż poprzedniego dnia. Najbardziej dokuczały dłonie, odcinek lędźwiowy i tyłek, ale był to raczej narastający dyskomfort niż konkretny ból. Nie miałem lemondki, za to na kierownicy mogłem korzystać z około czterech różnych ustawień dłoni. Rotacyjnie zmieniałem chwyt, żeby odciążać poszczególne miejsca i nie dopuścić do pogorszenia sytuacji.
Końcowe kilometry prowadziły między innymi spokojnymi asfaltowymi drogami wśród pól i sadów. Około pięciu kilometrów przed miastem zobaczyliśmy ciemne chmury i założyliśmy kurtki. Po niespełna kilometrze złapała nas krótka ulewa. Padało może dwie albo trzy minuty - wystarczająco długo, żeby nas zmoczyć, ale za krótko, żeby poważnie wpłynąć na końcówkę.
Na nocleg dotarliśmy około 20:38. Tego dnia przejechałem 217,3 kilometra w 10 godzin i 17 minut jazdy. Razem z postojami całość zajęła 14 godzin i 15 minut, więc na śniadanie, jedzenie, kawę i pozostałe przerwy przypadły prawie cztery godziny. Trasa była niemal płaska - Garmin pokazał 368 metrów podjazdów. Do kolekcji doszło także 18 nowych gmin.
Wieczorem po raz pierwszy wykonaliśmy pełny rytuał wielodniowej wyprawy. Wyczyściliśmy rowery, nasmarowaliśmy łańcuchy, wzięliśmy prysznic, zrobiliśmy drobne pranie i przygotowaliśmy sprzęt na kolejny dzień. W tle włączyliśmy mecz Brazylia - Norwegia, ale około 22:00 poszliśmy spać.
Dwa pierwsze dni zakończone dystansami powyżej 200 kilometrów rozbudziły nadzieję, że być może uda się ukończyć Wisłę 1200 w sześć dni zamiast siedmiu. Na kolejny dzień planowaliśmy bardziej regeneracyjny etap - około 170 kilometrów do Wilgi. Dalsza część trasy szybko zweryfikowała zarówno ten plan, jak i pomysł ukończenia rajdu w sześć dni.









Wstaliśmy o 5:30, sprawnie się spakowaliśmy i o 6:22 ruszyliśmy. Przed wyjazdem wypiłem skyra, ale właściwe śniadanie zaplanowaliśmy po pierwszych szesnastu kilometrach, w McDonald’s w Niepołomicach. Dojechaliśmy tam około 7:20 i zamówiliśmy zestawy śniadaniowe. Nie był to postój dla przyjemności, tylko świadome załadowanie kalorii przed dniem, podczas którego mogliśmy długo nie znaleźć żadnego ciepłego jedzenia. Śniadanie zajęło nam około pięćdziesięciu minut, więc ponownie ruszyliśmy tuż po ósmej. Niedługo później zaczęło padać, ale mimo deszczu jechaliśmy całkiem sprawnie. Przed dziesiątą mieliśmy około 45 kilometrów na liczniku. Żartowałem wtedy, że jedna piąta albo jedna czwarta dnia jest już za nami - zależnie od tego, czy zaokrąglić w dół, czy w górę.
Około dziesiątej deszcz ustał, a godzinę później wyszło słońce. Zdjąłem kurtkę przeciwdeszczową i po mniej więcej pięciuset metrach musiałem ją znowu założyć, bo ponownie zaczęło padać. Chwilę później deszcz znów się skończył. Tego dnia kurtka kilka razy wędrowała z torby na plecy i z powrotem. Późniejsze zdjęcia również dobrze pokazują pogodę: miejscami jechaliśmy pod jasnym niebem, a kilkanaście kilometrów dalej przed nami wisiały ciemne chmury i wyraźne pasy deszczu. O 11:39 byliśmy w Wietrzychowicach. Zatrzymaliśmy się tylko na kilka minut, żeby napić się wody i coś zjeść. Kolejny postój planowaliśmy za trzydzieści kilometrów. Dzielenie trasy na takie bloki dobrze porządkowało dzień. Zamiast myśleć o ponad dwustu kilometrach, wystarczyło dojechać do następnej przerwy.
Po około stu kilometrach trafiliśmy do Zalipia. Spodziewaliśmy się większej liczby zachowanych elementów malowanej zabudowy, dlatego wieś nie zrobiła na nas aż takiego wrażenia, jak zakładaliśmy. Pojedyncze domy, ogrodzenia i wiaty rzeczywiście były pokryte kolorowymi kwiatami, ale nie mieliśmy czasu ani większej ochoty na zwiedzanie Domu Malarek. Zrobiliśmy za to dłuższy postój na jedzenie, skorzystaliśmy z toalety, a ja kupiłem magnes. Spotkaliśmy tam również chłopaków jadących na rowerach szosowych z gór nad morze. Nie brali udziału w żadnym rajdzie. Po prostu postanowili przejechać Polskę turystycznie. My mieliśmy wyznaczoną trasę, limit czasu i plan na kolejne dni, a oni jechali w podobnym kierunku bez całej rajdowej otoczki.
Około 85 kilometrów przed Sandomierzem zauważyliśmy kawiarnię przy wale. Początkowo wiedzieliśmy tylko, że będzie tam kawa i coś słodkiego. Gdy zjechaliśmy z wału, zobaczyliśmy również rozpalony grill i gotowe kiełbaski dla uczestników Wisły 1200, którzy nie chcieli tracić czasu na szukanie dłuższego postoju. Kawa była szczególnie potrzebna Andrzejowi, który zaczął już przysypiać podczas jazdy. Nawierzchnia na wale była wtedy dobra, więc jedynym problemem było rozbudzenie się. Kawa, kiełbaska i krótki odpoczynek wystarczyły, żeby wrócić do normalnej jazdy. Podczas tego postoju zarezerwowaliśmy nocleg w Sandomierzu. To była duża ulga. Kiedy mieliśmy już pewne miejsce do spania, mogliśmy skupić się wyłącznie na kolejnych kilometrach. Przy przekraczaniu stu kilometrów pojawiła się też typowa dla takich dni myśl: zostało już tylko sto kilometrów.
Wtedy włączyliśmy muzykę na słuchawkach, żeby trochę wspomóc głowę. W kolejnych dniach robiliśmy to coraz wcześniej, proporcjonalnie do narastającego zmęczenia. Drugiego dnia pierwsza setka nadal była jednak wyraźną granicą, po której łatwiej było rozpocząć odliczanie do noclegu.
Na wysokości Szczucina przejechaliśmy mostem na drugą stronę Wisły. Mieliśmy wtedy około 140 kilometrów za sobą. Dalej trasa przez długi czas prowadziła wałami. Część odcinków była asfaltowa lub dobrze utwardzona, ale trafiały się również fragmenty po świeżo skoszonej trawie. W Połańcu do tego doszły krótkie single z widokiem na rzekę. Pod względem trasy ten dzień był łatwiejszy niż pierwszy. Mieliśmy więcej asfaltu, mniej zarośniętych wałów i mniej technicznych fragmentów, dzięki czemu mogliśmy utrzymywać równiejsze tempo. Brak mocnego słońca sprawił również, że przewożone od rana 4,5 litra wody wystarczyło mi do końca.
Fizycznie czułem się lepiej niż poprzedniego dnia. Najbardziej dokuczały dłonie, odcinek lędźwiowy i tyłek, ale był to raczej narastający dyskomfort niż konkretny ból. Nie miałem lemondki, za to na kierownicy mogłem korzystać z około czterech różnych ustawień dłoni. Rotacyjnie zmieniałem chwyt, żeby odciążać poszczególne miejsca i nie dopuścić do pogorszenia sytuacji.
Końcowe kilometry prowadziły między innymi spokojnymi asfaltowymi drogami wśród pól i sadów. Około pięciu kilometrów przed miastem zobaczyliśmy ciemne chmury i założyliśmy kurtki. Po niespełna kilometrze złapała nas krótka ulewa. Padało może dwie albo trzy minuty - wystarczająco długo, żeby nas zmoczyć, ale za krótko, żeby poważnie wpłynąć na końcówkę.
Na nocleg dotarliśmy około 20:38. Tego dnia przejechałem 217,3 kilometra w 10 godzin i 17 minut jazdy. Razem z postojami całość zajęła 14 godzin i 15 minut, więc na śniadanie, jedzenie, kawę i pozostałe przerwy przypadły prawie cztery godziny. Trasa była niemal płaska - Garmin pokazał 368 metrów podjazdów. Do kolekcji doszło także 18 nowych gmin.
Wieczorem po raz pierwszy wykonaliśmy pełny rytuał wielodniowej wyprawy. Wyczyściliśmy rowery, nasmarowaliśmy łańcuchy, wzięliśmy prysznic, zrobiliśmy drobne pranie i przygotowaliśmy sprzęt na kolejny dzień. W tle włączyliśmy mecz Brazylia - Norwegia, ale około 22:00 poszliśmy spać.
Dwa pierwsze dni zakończone dystansami powyżej 200 kilometrów rozbudziły nadzieję, że być może uda się ukończyć Wisłę 1200 w sześć dni zamiast siedmiu. Na kolejny dzień planowaliśmy bardziej regeneracyjny etap - około 170 kilometrów do Wilgi. Dalsza część trasy szybko zweryfikowała zarówno ten plan, jak i pomysł ukończenia rajdu w sześć dni.











