Wisła 1200 - dzień 3. Góry Pieprzowe, wiatr i pierwsza zmiana planu
Poniedziałek, 6 lipca 2026
· Komentarze(0)
Kategoria [blog], 100 plus, 150 plus, Wycieczki wielodniowe, Zalicz Gminę
W poniedziałek wstaliśmy o szóstej. Po dwóch dniach poranna rutyna zaczynała już działać automatycznie: pakowanie rzeczy, przygotowanie rowerów i wyjazd. Ruszyliśmy o 7:02, a śniadanie celowo odłożyliśmy na pierwszą Żabkę w Sandomierzu, tuż przed Górami Pieprzowymi.
Po około dwóch kilometrach wjechaliśmy na rynek. Lokalizację sklepu można było rozpoznać bez patrzenia na mapę. Przed wejściem siedziała grupa kolarzy, prawie wszyscy z pizzą i kawą. Żabka przyciągała wiślaków jak ćmy do światła. Spotkaliśmy tam chłopaka, który jechał przez całą noc i dotarł do Sandomierza około czwartej. Startował już w poprzednim roku, dlatego postanowił odpocząć przed Górami Pieprzowymi, uznawanymi za jeden z trudniejszych fragmentów trasy. Przespał dwie godziny na ławce na rynku. Założył wszystkie ubrania, owinął się folią NRC, a mimo to zmarzł. Drugi uczestnik opowiadał, jak nocą w okolicach Dunajca zrestartował szwankującego Garmina. Po ponownym uruchomieniu urządzenie zapytało, czy poprowadzić go na początek trasy. Zmęczony kliknął niewłaściwą odpowiedź i pojechał wzdłuż Dunajca w stronę Zakopanego oraz Baraniej Góry. Dopiero w okolicach Tarnowa zorientował się, że coś się nie zgadza. Nadrobił w ten sposób kilkadziesiąt kilometrów. To utwierdziło nas w przekonaniu, że nie chcemy jechać nocami. My spaliśmy, oni jechali, a rano spotkaliśmy się w tym samym miejscu.
Zaraz za Sandomierzem zaczęły się Góry Pieprzowe. Faktycznie były ciężkie, a najbardziej zapamiętałem strome podejście. Z punktu widokowego było widać Wisłę, pola w dolinie i panoramę Sandomierza. Widok był ładny, ale po wejściu z obciążonymi rowerami nie mieliśmy potrzeby długo tam siedzieć. Cały czas pamiętałem relacje z poprzedniego roku, kiedy po deszczu uczestnicy ześlizgiwali się tam w błotnej rzece. Tym razem mieliśmy szczęście. Było sucho, a nad nami niemal bezchmurne niebo.
Po pokonaniu tego odcinka padło zdanie:
- Najtrudniejsze już za nami.
Bardzo się myliliśmy.
O 9:31 byliśmy w Zawichoście, a o 10:21 zatrzymaliśmy się przy miejscu obsługi rowerzystów w Annopolu. Liczyliśmy na kawę i coś słodkiego, ale ani w jednym, ani w drugim miejscu niczego nie znaleźliśmy. Zostały batony z sakwy i woda. Kolejny większy postój zaplanowaliśmy w Biedronce w Józefowie nad Wisłą, którą znaliśmy z majowego wyjazdu. Dojechaliśmy tam o 11:44. Początkowo trasa prowadziła wałami, a ostatnie pięć kilometrów drogą wojewódzką, na której trochę podkręciliśmy tempo. Na postoju wypiliśmy zerówkę i zjedliśmy banana. Ustaliliśmy, że przy pięćsetnym kilometrze całego rajdu zatrzymamy się na dwie lub trzy minuty, a większy obiad zjemy w Kazimierzu. Sprawdziłem, że nie ma tam McDonald’s, więc najbardziej realną opcją wydawał się Orlen Café.
Ostatecznie pięćsetny kilometr minął bez żadnej celebracji. Nawet jeśli zatrzymaliśmy się wtedy na szybką wodę, nie zapamiętałem tego jako osobnego momentu. Bardziej zajmowała nas dalsza jazda niż kolejna okrągła liczba. Za Józefowem jechaliśmy między polami i sadami, po wałach, utwardzonych drogach oraz gruntowych koleinach. Przed Kazimierzem trafiliśmy na jeden z najładniejszych fragmentów całej dotychczasowej trasy. Droga prowadziła między jasnymi skałami i po suchej, pylącej nawierzchni. Nie były to klasyczne kazimierskie wąwozy, ale krajobraz miał podobny charakter. Odcinek był przyjemny, ale wymagający. Na najbardziej stromych fragmentach trzeba było zejść z roweru i prowadzić go pod górę. Taki teren prawdopodobnie lepiej pasowałby do MTB, jednak mój Kross Esker 5.0 także dawał sobie radę. Andrzej jechał na swoim gravelu z węższymi oponami.
W pewnym momencie zobaczyliśmy zamek w Janowcu. Po kolejnym podjeździe czekał na nas stolik przygotowany przez jedną z mieszkanek. Były kawa, woda i ciastka, a obok kartka: „Wisła 1200. Proszę się częstować! Szerokości”. Był to kolejny przykład spontanicznej życzliwości, z którą spotykaliśmy się na trasie.
Kiedy zaczęliśmy już myśleć o jedzeniu na Orlenie, organizator poprowadził nas na Górę Zamkową. Najpierw podjeżdżaliśmy po kocich łbach, a później zjeżdżaliśmy terenowymi singlami. Ręce bolały od ciągłego zaciskania hamulców. Bąble na dłoniach się nie powiększały, ale same dłonie były coraz bardziej obite.
Z Kazimierza ruszyliśmy w stronę Puław. Duża część drogi prowadziła wałami wyłożonymi kostką brukową. Przez cały dzień przeszkadzał nam klasyczny wmordewind. Wieczorami trochę słabł, ale wcześniej skutecznie zabierał energię i utrudniał utrzymywanie tempa. Rano nadal celowałem w około 170 kilometrów i dojazd do Wilgi, natomiast Andrzej proponował mniej więcej 150. Jeszcze przed Puławami zaczęliśmy jednak podejrzewać, że do planowanej Wilgi nie dojedziemy. Kilometry przybywały wolniej, niż wynikałoby z naszego odczucia, a zmęczenie było coraz większe. Decyzja zapadła pod Żabką w Puławach, po około 111 kilometrach. Wilga była nadal zbyt daleko. Z dotychczasowych dni wyłaniał się też prosty schemat: niezależnie od planowanego dystansu kończyliśmy około 20:30.
Zaczeliśmy więc szukać noclegu w okolicach Maciejowic. Pierwsza agroturystyka była zajęta, a druga nie odbierała telefonu. Byłem już gotowy zadzwonić do pana Qrka i zapytać, czy moglibyśmy przespać się na jego tarasie, kiedy właściciel drugiego miejsca oddzwonił.
Przez Dęblin przejechaliśmy bez większych postojów, a później wróciliśmy na wał. Przerw robiliśmy jednak coraz więcej. Wydawało się, że poruszamy się całkiem sprawnie, ale licznik nie chciał tego potwierdzić. Dodatkowym problemem był ból Achillesa Andrzeja. Zaczął się zastanawiać, czy będzie w stanie dojechać do końca całego rajdu. Po raz kolejny było jasne, że jedziemy jako zespół, a nie każdy według własnych możliwości. Następnego dnia obniżył siodełko, żeby odciążyć Achillesa.
O 18:45 dotarliśmy do końca pierwszego z dwóch plików GPX. W poprzednich edycjach wypadała tam dokładna połowa rajdu, czyli sześćset kilometrów. Po zmianie trasy mieliśmy około 570 kilometrów. W tej okolicy mieszka pan Qrek, emeryt i pasjonat Wisły 1200, który pomaga uczestnikom i pozwala im nocować u siebie. Zatrzymaliśmy się na rozmowę i kawę. Najbardziej żałował, że po zmianie trasy jego dom nie znajduje się już na tradycyjnym sześćsetnym kilometrze. Powiedział też, że do naszej kwatery zostało około piętnastu kilometrów.
Pojawiła się wtedy prosta myśl:
- Już połowa.
Do agroturystyki dojechaliśmy około 20:30, czyli ponownie praktycznie o tej samej porze co w poprzednich dniach. Garmin pokazał 162,66 kilometra, 9 godzin i 6 minut jazdy oraz 680 metrów podjazdów. Od startu do zakończenia minęło 13 godzin i 25 minut. Ponad cztery godziny zebrały śniadanie, zakupy, jedzenie, rozmowy oraz coraz częstsze krótkie postoje.
Wieczorem umyliśmy rowery. Gospodarz przygotował nam śniadanie na rano, włączyliśmy mecz w tle i około dwudziestej drugiej położyliśmy się spać.
Po trzech dniach mieliśmy około 590 kilometrów za sobą i mniej więcej tyle samo przed sobą. Pozostawały cztery pełne dni oraz sobotni poranek. Prognoza zapowiadała przez kolejne dwa dni mocny deszcz i wiatr. Dwa pierwsze dni po ponad dwieście kilometrów dały nam nadzieję, że może uda się ukończyć trasę nawet w sześć dni. Trzeci dzień tę wizję zweryfikował. Przestaliśmy walczyć o dwustukilometrowe etapy, a 170 kilometrów stało się raczej pożądanym wynikiem niż obowiązkiem. Nie czułem z tego powodu ani rozczarowania, ani szczególnej ulgi. Priorytetem było spokojne zmieszczenie się w limicie i dojechanie razem do końca. Od tego momentu nie realizowaliśmy już sztywnego planu kilometrowego. Zaczęliśmy zarządzać całą wyprawą: dopasowywać tempo, noclegi i oczekiwania do pogody, zmęczenia oraz stanu zdrowia.
Na kolejny dzień wyznaczyliśmy Wyszogród. Prognoza nie dawała jednak wielu powodów, żeby zbyt mocno przywiązywać się do tego planu.








Po około dwóch kilometrach wjechaliśmy na rynek. Lokalizację sklepu można było rozpoznać bez patrzenia na mapę. Przed wejściem siedziała grupa kolarzy, prawie wszyscy z pizzą i kawą. Żabka przyciągała wiślaków jak ćmy do światła. Spotkaliśmy tam chłopaka, który jechał przez całą noc i dotarł do Sandomierza około czwartej. Startował już w poprzednim roku, dlatego postanowił odpocząć przed Górami Pieprzowymi, uznawanymi za jeden z trudniejszych fragmentów trasy. Przespał dwie godziny na ławce na rynku. Założył wszystkie ubrania, owinął się folią NRC, a mimo to zmarzł. Drugi uczestnik opowiadał, jak nocą w okolicach Dunajca zrestartował szwankującego Garmina. Po ponownym uruchomieniu urządzenie zapytało, czy poprowadzić go na początek trasy. Zmęczony kliknął niewłaściwą odpowiedź i pojechał wzdłuż Dunajca w stronę Zakopanego oraz Baraniej Góry. Dopiero w okolicach Tarnowa zorientował się, że coś się nie zgadza. Nadrobił w ten sposób kilkadziesiąt kilometrów. To utwierdziło nas w przekonaniu, że nie chcemy jechać nocami. My spaliśmy, oni jechali, a rano spotkaliśmy się w tym samym miejscu.
Zaraz za Sandomierzem zaczęły się Góry Pieprzowe. Faktycznie były ciężkie, a najbardziej zapamiętałem strome podejście. Z punktu widokowego było widać Wisłę, pola w dolinie i panoramę Sandomierza. Widok był ładny, ale po wejściu z obciążonymi rowerami nie mieliśmy potrzeby długo tam siedzieć. Cały czas pamiętałem relacje z poprzedniego roku, kiedy po deszczu uczestnicy ześlizgiwali się tam w błotnej rzece. Tym razem mieliśmy szczęście. Było sucho, a nad nami niemal bezchmurne niebo.
Po pokonaniu tego odcinka padło zdanie:
- Najtrudniejsze już za nami.
Bardzo się myliliśmy.
O 9:31 byliśmy w Zawichoście, a o 10:21 zatrzymaliśmy się przy miejscu obsługi rowerzystów w Annopolu. Liczyliśmy na kawę i coś słodkiego, ale ani w jednym, ani w drugim miejscu niczego nie znaleźliśmy. Zostały batony z sakwy i woda. Kolejny większy postój zaplanowaliśmy w Biedronce w Józefowie nad Wisłą, którą znaliśmy z majowego wyjazdu. Dojechaliśmy tam o 11:44. Początkowo trasa prowadziła wałami, a ostatnie pięć kilometrów drogą wojewódzką, na której trochę podkręciliśmy tempo. Na postoju wypiliśmy zerówkę i zjedliśmy banana. Ustaliliśmy, że przy pięćsetnym kilometrze całego rajdu zatrzymamy się na dwie lub trzy minuty, a większy obiad zjemy w Kazimierzu. Sprawdziłem, że nie ma tam McDonald’s, więc najbardziej realną opcją wydawał się Orlen Café.
Ostatecznie pięćsetny kilometr minął bez żadnej celebracji. Nawet jeśli zatrzymaliśmy się wtedy na szybką wodę, nie zapamiętałem tego jako osobnego momentu. Bardziej zajmowała nas dalsza jazda niż kolejna okrągła liczba. Za Józefowem jechaliśmy między polami i sadami, po wałach, utwardzonych drogach oraz gruntowych koleinach. Przed Kazimierzem trafiliśmy na jeden z najładniejszych fragmentów całej dotychczasowej trasy. Droga prowadziła między jasnymi skałami i po suchej, pylącej nawierzchni. Nie były to klasyczne kazimierskie wąwozy, ale krajobraz miał podobny charakter. Odcinek był przyjemny, ale wymagający. Na najbardziej stromych fragmentach trzeba było zejść z roweru i prowadzić go pod górę. Taki teren prawdopodobnie lepiej pasowałby do MTB, jednak mój Kross Esker 5.0 także dawał sobie radę. Andrzej jechał na swoim gravelu z węższymi oponami.
W pewnym momencie zobaczyliśmy zamek w Janowcu. Po kolejnym podjeździe czekał na nas stolik przygotowany przez jedną z mieszkanek. Były kawa, woda i ciastka, a obok kartka: „Wisła 1200. Proszę się częstować! Szerokości”. Był to kolejny przykład spontanicznej życzliwości, z którą spotykaliśmy się na trasie.
Kiedy zaczęliśmy już myśleć o jedzeniu na Orlenie, organizator poprowadził nas na Górę Zamkową. Najpierw podjeżdżaliśmy po kocich łbach, a później zjeżdżaliśmy terenowymi singlami. Ręce bolały od ciągłego zaciskania hamulców. Bąble na dłoniach się nie powiększały, ale same dłonie były coraz bardziej obite.
Z Kazimierza ruszyliśmy w stronę Puław. Duża część drogi prowadziła wałami wyłożonymi kostką brukową. Przez cały dzień przeszkadzał nam klasyczny wmordewind. Wieczorami trochę słabł, ale wcześniej skutecznie zabierał energię i utrudniał utrzymywanie tempa. Rano nadal celowałem w około 170 kilometrów i dojazd do Wilgi, natomiast Andrzej proponował mniej więcej 150. Jeszcze przed Puławami zaczęliśmy jednak podejrzewać, że do planowanej Wilgi nie dojedziemy. Kilometry przybywały wolniej, niż wynikałoby z naszego odczucia, a zmęczenie było coraz większe. Decyzja zapadła pod Żabką w Puławach, po około 111 kilometrach. Wilga była nadal zbyt daleko. Z dotychczasowych dni wyłaniał się też prosty schemat: niezależnie od planowanego dystansu kończyliśmy około 20:30.
Zaczeliśmy więc szukać noclegu w okolicach Maciejowic. Pierwsza agroturystyka była zajęta, a druga nie odbierała telefonu. Byłem już gotowy zadzwonić do pana Qrka i zapytać, czy moglibyśmy przespać się na jego tarasie, kiedy właściciel drugiego miejsca oddzwonił.
Przez Dęblin przejechaliśmy bez większych postojów, a później wróciliśmy na wał. Przerw robiliśmy jednak coraz więcej. Wydawało się, że poruszamy się całkiem sprawnie, ale licznik nie chciał tego potwierdzić. Dodatkowym problemem był ból Achillesa Andrzeja. Zaczął się zastanawiać, czy będzie w stanie dojechać do końca całego rajdu. Po raz kolejny było jasne, że jedziemy jako zespół, a nie każdy według własnych możliwości. Następnego dnia obniżył siodełko, żeby odciążyć Achillesa.
O 18:45 dotarliśmy do końca pierwszego z dwóch plików GPX. W poprzednich edycjach wypadała tam dokładna połowa rajdu, czyli sześćset kilometrów. Po zmianie trasy mieliśmy około 570 kilometrów. W tej okolicy mieszka pan Qrek, emeryt i pasjonat Wisły 1200, który pomaga uczestnikom i pozwala im nocować u siebie. Zatrzymaliśmy się na rozmowę i kawę. Najbardziej żałował, że po zmianie trasy jego dom nie znajduje się już na tradycyjnym sześćsetnym kilometrze. Powiedział też, że do naszej kwatery zostało około piętnastu kilometrów.
Pojawiła się wtedy prosta myśl:
- Już połowa.
Do agroturystyki dojechaliśmy około 20:30, czyli ponownie praktycznie o tej samej porze co w poprzednich dniach. Garmin pokazał 162,66 kilometra, 9 godzin i 6 minut jazdy oraz 680 metrów podjazdów. Od startu do zakończenia minęło 13 godzin i 25 minut. Ponad cztery godziny zebrały śniadanie, zakupy, jedzenie, rozmowy oraz coraz częstsze krótkie postoje.
Wieczorem umyliśmy rowery. Gospodarz przygotował nam śniadanie na rano, włączyliśmy mecz w tle i około dwudziestej drugiej położyliśmy się spać.
Po trzech dniach mieliśmy około 590 kilometrów za sobą i mniej więcej tyle samo przed sobą. Pozostawały cztery pełne dni oraz sobotni poranek. Prognoza zapowiadała przez kolejne dwa dni mocny deszcz i wiatr. Dwa pierwsze dni po ponad dwieście kilometrów dały nam nadzieję, że może uda się ukończyć trasę nawet w sześć dni. Trzeci dzień tę wizję zweryfikował. Przestaliśmy walczyć o dwustukilometrowe etapy, a 170 kilometrów stało się raczej pożądanym wynikiem niż obowiązkiem. Nie czułem z tego powodu ani rozczarowania, ani szczególnej ulgi. Priorytetem było spokojne zmieszczenie się w limicie i dojechanie razem do końca. Od tego momentu nie realizowaliśmy już sztywnego planu kilometrowego. Zaczęliśmy zarządzać całą wyprawą: dopasowywać tempo, noclegi i oczekiwania do pogody, zmęczenia oraz stanu zdrowia.
Na kolejny dzień wyznaczyliśmy Wyszogród. Prognoza nie dawała jednak wielu powodów, żeby zbyt mocno przywiązywać się do tego planu.










