Wisła 1200 - dzień 4. Otwocka Amazonia i złamana szprycha

Wtorek, 7 lipca 2026 · Komentarze(0)
Czwartego dnia nadal liczyliśmy na przejechanie 160-170 kilometrów i dotarcie do Wyszogrodu. Przed startem Andrzej obniżył siodełko, a ból Achillesa wyraźnie się zmniejszył. Ruszyliśmy o 6:35 z okolic Maciejowic, od początku w deszczu. Po pierwszych trzydziestu kilometrach rowery były już całe w błocie, ale obowiązywało jeszcze pierwsze hasło dnia: „Pada pionowo, jest dobrze”. Dopóki deszcz nie zacinał z boku i nie dochodził do niego silny wiatr, uznawaliśmy warunki za możliwe do zaakceptowania.

Około 8:30 dotarliśmy do Baru u Zosi. My i Marcin z Płocka niezależnie zamówiliśmy dokładnie to samo: zupę pomidorową, kawę i colę. Ochrzciłem ten zestaw „zestawem kolarza”, chociaż chyba tylko mnie to wtedy rozbawiło. Skorzystaliśmy też z ogrodowego węża i spłukaliśmy z rowerów pierwszą warstwę błota. Nie wystarczyło to na długo, ale przynajmniej przez chwilę znowu było widać ich właściwe kolory.

Na jednym z kolejnych odcinków dołączył do nas Marcin. Przez pewien czas jechaliśmy we trzech, aż powiedział, że musi zwolnić, bo narzuciliśmy zbyt szybkie tempo. My byliśmy przekonani, że to on przyspieszył. Okazało się, że nieświadomie wzajemnie się napędzaliśmy, próbując dostosować tempo do pozostałych.

W trakcie jazdy Andrzej zauważył, że po dotarciu do Wyszogrodu zostaną nam już tylko trzy odcinki po około 140 kilometrów. Powiedziałem, że wtedy będziemy mieli komfort.

– Przepraszam, jakiego słowa użyłeś?
– Komfort.

Dzisiaj zapisane w ten sposób brzmi to trochę jak anegdota z rubryki „Z życia wzięte”, ale wtedy naprawdę nas rozbawiło. Po kilku dniach Wisły 140 kilometrów dziennie zaczynało wyglądać jak wersja wypoczynkowa.

Kolejny większy postój zrobiliśmy w sklepie w Ostrówku. Pod daszkiem siedziało już więcej uczestników. Sprzedawczyni przygotowała mi kawę z własnego czajnika, a kalorie uzupełniałem jagodziankami i pizzerinkami. Około 11:20 planowaliśmy ruszyć dalej. Do Otwockiej Amazonii mieliśmy około siedemnastu kilometrów, później blisko trzydzieści kilometrów trudnego terenu i następne piętnaście do Warszawy. Pogoda działała tego dnia przewrotnie. Najpierw padało, później zdążyliśmy wyschnąć, a następnie znowu zaczęło lać. Kiedy dotarliśmy do sklepu i schowaliśmy się pod daszkiem, deszcz akurat ustał.

Na chwilę wyjechaliśmy nad samą Wisłę, gdzie było widać szerokie koryto i odsłonięte piaszczyste łachy. Spokojny widok nie zapowiadał tego, co czekało nas kawałek dalej. Najgorszy fragment rozpoczął się jeszcze przed właściwą Otwocką Amazonią. Między Ostrówkiem a Kępą Nadbrzeską trasa prowadziła przez błoto, koleiny i single. Błoto przeplatało się z głębokim piaskiem, a w pobliżu wody dochodziły do tego wąskie ścieżki, zwalone drzewa i nisko zawieszone gałęzie. Później oglądałem nagranie szybkiego zawodnika, który miał tam zupełnie sucho. U nas wtorkowy deszcz całkowicie zmienił ten odcinek. W pewnym momencie przewróciłem się. Poza dodatkowym zdenerwowaniem i jeszcze większą liczbą przekleństw nie odczułem żadnych skutków upadku. Nie wiedziałem jeszcze, że w przednim kole jest pęknięta szprycha. Po wydostaniu się z błota zauważyłem, że przednie koło jest scentrowane. Rower nadal jechał normalnie, a ponieważ miałem hamulce tarczowe, nic nie ocierało. Martwiło mnie jednak, czy takie koło wytrzyma kolejnych około pięciuset kilometrów.

Dalej jechaliśmy wałami i nadwiślanką w stronę Świdra. Były to tereny, które dobrze znałem i po których normalnie bardzo lubię jeździć. Tym razem trudno było je docenić. Cały trudny odcinek pod Otwockiem trwał zdecydowanie za długo. Spędziliśmy tam grubo ponad godzinę, być może nawet dwie, często prowadząc rowery, szarpiąc się z nimi w błocie i reagując złością na sytuację, na którą nie mieliśmy żadnego wpływu. Przy ujściu Świdra do Wisły zadzwoniłem do Adama z serwisu Bajki jak z Bajki. Powiedziałem, że za kilka godzin będę w Warszawie i potrzebuję pilnego centrowania. Adam od razu odpowiedział, że nie ma problemu. W Otwockiej Amazonii dodatkowo zgubiłem tylną lampkę, kiedy uderzyłem kaskiem w jeden z nisko zawieszonych konarów. Późniejsze rozmowy z innymi uczestnikami potwierdziły, że dla wielu osób był to najgorszy psychicznie fragment dotychczasowej trasy. Fizycznie również był wymagający, ale największym problemem była jego długość i poczucie, że nigdy się nie skończy.

Kiedy wjechaliśmy na zwykle nielubianą przez nas ścieżkę rowerową z kostki, po raz pierwszy naprawdę doceniłem, że jest płaska i gładka. Po wielogodzinnym błocie nawet kostka wydawała się luksusem. Przy moście Łazienkowskim rozdzieliliśmy się. Andrzej pojechał do naszego klubu wioślarskiego na odpoczynek, a ja zjechałem około trzech kilometrów z trasy do serwisu. Do serwisu dotarłem przed piętnastą. Adam od razu zabrał się za koło i dopiero wtedy znalazł prawdziwą przyczynę problemu: złamaną szprychę. Naprawa okazała się bardziej skomplikowana niż zwykłe centrowanie, ponieważ jechałem na systemie bezdętkowym. Trzeba było wylać mleko, zerwać taśmę, wyczyścić i wysuszyć obręcz, założyć nową szprychę, ponownie okleić koło, zamontować oponę i uzupełnić mleko. Sam nie byłbym w stanie zrobić tego na trasie. Miałem dużo szczęścia, że awaria zdarzyła się tuż przed Warszawą, znałem odpowiednią osobę i serwis był otwarty. Gdyby szprycha pękła kilkadziesiąt kilometrów dalej albo późnym wieczorem, dalsza jazda mogłaby stanąć pod znakiem zapytania.

W międzyczasie przyszła Monika. Poszliśmy na kawę i ciastko do kawiarni na górze, podczas gdy Adam pracował przy rowerze. Postój trwał około półtorej godziny i był krótkim powrotem do normalności po kilku godzinach błota.

Z Andrzejem umawiałem się wcześniej, że ruszy o 16:00 niezależnie od tego, czy zdążę do niego dołączyć. Ostatecznie wyjechał tylko około piętnastu minut przede mną i mniej więcej z taką samą przewagą dotarł do noclegu. Przez kolejne około czterdzieści kilometrów jechałem sam, głównie wałami. Pogoda zdążyła się poprawić, a późniejsze, suche ścieżki w wieczornym słońcu wyglądały zupełnie inaczej niż błotne odcinki pod Otwockiem.

Po drodze zaczepił mnie rowerzysta i zapytał, czy jadę Wisłę 1200. Sam startował kilka lat wcześniej, ale w przeciwnym kierunku - z Gdańska na Baranią Górę. Po dotychczasowych doświadczeniach uznałem, że wolę jednak nasz kierunek. Spotkałem też kilku innych uczestników. Okazało się, że niemal wszyscy planują nocleg w Zakroczymiu. W Nowym Dworze zatrzymałem się w McDonald’s. Nie byłem szczególnie głodny, ale po psychicznie ciężkim dniu uznałem, że należy mi się nagroda. Zamówiłem lody i kawę, a w tym czasie minęło mnie kilka osób.

Tuż przed Zakroczymiem czekał jeszcze jeden odcinek specjalny - Zakroczymska Sawanna. Trasa prowadziła przez rozległe łąki nad Wisłą, których zupełnie się tam nie spodziewałem. Później pojawiło się jeszcze około półtora kilometra singli. To był optymalny dystans: teren był wymagający i ciekawy, ale nie trwał na tyle długo, żeby ponownie wyczerpać mnie psychicznie.

Do Zakroczymia dotarłem o 20:17. Andrzej napisał wcześniej, że mamy nocleg „w domku”. Na miejscu okazało się, że śpimy w dworku. Tego dnia przejechałem 149,25 kilometra w czasie 8 godzin i 54 minut jazdy. Łącznie ze wszystkimi postojami dzień trwał 13 godzin i 41 minut, a suma podjazdów wyniosła 1091 metrów. Nie dotarliśmy do planowanego Wyszogrodu i po raz kolejny zakończyliśmy jazdę około 20:30. Po czterech dniach nie pytaliśmy już jednak, czy limit jest realny. Zaczynaliśmy kalkulować, jak podzielić około 450 kilometrów na trzy kolejne dni.

Fizycznie czułem się całkiem dobrze. Nogi nie były największym problemem. Znacznie bardziej męczyły błoto, prowadzenie roweru, niekończący się trudny teren i niepewność związana z kołem. Był to pierwszy dzień, w którym zmęczenie psychiczne zdecydowanie przewyższało fizyczne.














Komentarze (0)

Nie ma jeszcze komentarzy.
Wpisz trzy pierwsze znaki ze słowa odkui

Dozwolone znaczniki [b][/b] i [url=http://adres][/url]