Wisła 1200 - dzień 1. Od Baraniej Góry do Krakowa

Sobota, 4 lipca 2026 · Komentarze(2)
Pobudka chwilę po piątej. W schronisku szybko zrobiło się gwarno, bo uczestnicy pakowali bagaże i przygotowywali rowery do startu. O szóstej zjadłem zamówioną wcześniej „michę kolarską”: kaszę z awokado, pomidorami, mozzarellą, wędzonym łososiem, oliwą i przyprawami. Plan na pierwszy dzień był konkretny - przejechać ponad 200 kilometrów i dotrzeć na nocleg na obrzeżach Krakowa.

Startowaliśmy około 7:10 w trzeciej fali, z numerami 103 i 104. Już na pierwszych pięćdziesięciu metrach co najmniej dwie osoby złapały gumę. Pierwsza myśl była prosta: „Oby mnie to nie spotkało”. Jechałem na oponach bezdętkowych i liczyłem, że mleko poradzi sobie przynajmniej z drobnymi przebiciami. Pierwsze kilkaset metrów prowadziło w dół po kamieniach i szutrze, a następnie przez kilka kilometrów zjeżdżaliśmy asfaltem. Mimo założonej wiatrówki było naprawdę zimno. Ruszaliśmy z wysokości ponad 900 metrów, więc dopiero po dłuższym zjeździe zrobiło się cieplej. Później przez większość dnia jechaliśmy już w słońcu. Nawierzchnia zmieniała się od samego początku. Były szybkie odcinki asfaltowe, szerokie drogi z grubym szutrem, kamieniste fragmenty oraz wąskie ścieżki prowadzące między wysoką trawą. Zdjęcia z pierwszej części trasy dobrze pokazują, że nawet przy sprzyjającej pogodzie nie była to jazda, podczas której można było po prostu ustawić równe tempo i bez przerwy kręcić przed siebie.

Około trzydziestego kilometra trasa poprowadziła nas wałami przez wysokie zarośla. Prawdopodobnie właśnie tam odkręciła się nakrętka jednego z dużych bidonów i cała woda się wylała. Zamiast planowanych około 2,4 litra pojemności zostało mi mniej więcej 1,5 litra. Pierwszego dnia nie był to jeszcze poważny problem, bo sklepy były otwarte i wodę można było regularnie uzupełniać. Bardziej martwiła mnie perspektywa następnego dnia: niedzieli niehandlowej, deszczu i długich odcinków bez pewnego dostępu do sklepów. Liczyłem, że w Krakowie uda się kupić nowy bidon albo przynajmniej nakrętkę, ale tego dnia nie znalazłem rozwiązania. Dopiero później okazało się, że winny był uszkodzony gwint. Nawet z inną nakrętką bidon sam się odkręcał, więc ostatecznie trafił do kosza. Na dalszą część wyprawy zastąpiła go zwykła butelka wody, dociskana paskiem, ponieważ miała mniejszy obwód i mogła wypaść z koszyka.

Przed pierwszym poważniejszym odcinkiem zatrzymaliśmy się około 52. kilometra w Żabce. Zjedliśmy hot dogi, uzupełniliśmy wodę i chwilę odpoczęliśmy. Z odprawy oraz relacji na YouTube wiedzieliśmy, że wały wzdłuż jeziora goczałkowickiego i późniejsze bobrowisko mogą dać nam w kość. Około siedemnastu kilometrów mocno wszystkich wymęczyło. Trawa była podobno lepiej wykoszona niż w poprzednich latach, lecz pierwszego dnia i tak wydawało nam się, że trafiliśmy na jeden z trudniejszych fragmentów rajdu. Za wałami zatrzymaliśmy się jeszcze na szybkie zdjęcie nad jeziorem. Patrząc z perspektywy całej Wisły 1200, te wały nie były jeszcze takie złe. Później czekały nas znacznie gorsze odcinki. Wtedy nie mieliśmy jednak porównania, a przeplatanie szutru, wąskich ścieżek, trawy i nierówności skutecznie odbierało prędkość oraz energię.

W okolicach setnego kilometra nawierzchnia nadal regularnie się zmieniała. Chwilę jechaliśmy dobrym asfaltem, żeby zaraz wpaść na kamienistą drogę albo w dwie wąskie ścieżki biegnące przez pola. Dopiero dalsze odcinki po wałach pozwalały ponownie złapać nieco równiejszy rytm. Około 110. kilometra odbiliśmy kawałek od trasy do sklepu w Brzezince. Tam zrobiliśmy pierwszy dłuższy „popas”, jak Andrzej nazywał nasze postoje w pierwszych dniach. Zjedliśmy bułki i kawałek arbuza, uzupełniliśmy wodę i odpoczęliśmy przed dalszą jazdą.

Niedługo wcześniej przejeżdżaliśmy drogą biegnącą bezpośrednio wzdłuż ogrodzenia byłego niemieckiego obozu Auschwitz II-Birkenau. Nigdy wcześniej tam nie byłem. Największe wrażenie zrobiła na mnie skala miejsca, długa linia ogrodzenia, wieże strażnicze oraz duża liczba zachowanych budynków obozowych. Nie było czasu na zwiedzanie ani dłuższy postój. Przejechaliśmy obok, a przed nami pozostawało jeszcze prawie sto kilometrów. Mimo to był to jeden z najmocniejszych momentów dnia.

Po około 150 kilometrach czułem się lepiej, niż zakładałem przed startem. Organizm się nie kończył, nie miałem kryzysu fizycznego i nadal mogłem jechać swoim tempem. Nie porównywałem się z innymi uczestnikami. Krótkie rozmowy i zwykłe pozdrowienia wymieniane na trasie dodatkowo pomagały utrzymywać dobre nastawienie. Już pierwszego dnia musiałem zweryfikować własne założenia dotyczące postojów. Dzień wcześniej usłyszałem radę, żeby ograniczać przerwy do dwudziestu minut, ale nie ustalaliśmy z Andrzejem takiej strategii. Szybko okazało się też, że obaj potrzebujemy więcej czasu na jedzenie i odpoczynek. Pomysł krótszych postojów zostawiłem więc raczej na przyszłe wyprawy. Podczas Wisły ważniejsze było znalezienie rytmu, który pozwoli nam przejechać rajd razem.

W drodze do Krakowa minęliśmy klasztor w Tyńcu. Bardzo ładnie prezentował się z trasy i od razu pomyślałem, że będę chciał kiedyś wrócić tam bez presji czasu. W oddali zobaczyliśmy również kościół kamedułów na Bielanach, a niedługo później trasa rzeczywiście zaczęła prowadzić w jego stronę. Przejazd przez Kraków był mocno urozmaicony. Najpierw musieliśmy wdrapać się na Kopiec Piłsudskiego. Sam podjazd nie okazał się jednak najgorszy. Znacznie bardziej wymagający był zjazd ścieżkami dla biegaczy i fragmentami przypominającymi trasy MTB. Momentami mieliśmy wrażenie, że prędzej połamiemy rowery, niż sprawnie przedostaniemy się do centrum.

Później wjechaliśmy na Rynek Główny. W sobotę około dziewiętnastej przejazd przez tłum na obładowanych rowerach nie był najbardziej praktycznym wariantem. Z jednej strony mieliśmy świadomość, że jedziemy przez jedno z najpiękniejszych miast w Polsce, z drugiej nie było ani czasu, ani warunków, żeby je oglądać. Kraków został tego dnia sprowadzony do kolejnego odcinka trasy, przez który trzeba było się przedostać. Na terenowe pomysły organizatora pozostawał głównie śmiech przez łzy. Zrobiliśmy jeszcze szybkie zdjęcie pod Wawelem, zjechaliśmy nad Wisłę i ruszyliśmy dalej wałami. O 20:22 dotarliśmy na nocleg znajdujący się na wyjeździe z Krakowa, tuż przed mostem prowadzącym na drugą stronę rzeki.

Garmin zapisał 207,24 kilometra, 10 godzin i 39 minut jazdy oraz 13 godzin i 15 minut całego dnia na trasie. Suma podjazdów wyniosła 651 metrów, a zjazdów 1391 metrów. Do tego doszły 22 nowe gminy. Po ponad dwustu kilometrach pojawiły się pierwsze sygnały przeciążenia. Na zewnętrznych częściach dłoni zrobiły się bąble w miejscach, w których wcześniej ich nie miałem. Odezwał się również odcinek lędźwiowy, a tyłek był już wyraźnie odczuwalny, choć nadal nie stanowił większego problemu. Dolny chwyt na baranku pomagał odciążać plecy. Miałem się wieczorem porozciągać, ale ostatecznie tego nie zrobiłem. Dobrze sprawdziła się za to duża torba na ramie. Przydatne były również uprzęże przy torbie na kierownicę i podsiodłówce, dzięki którym łatwiej było dostać się do bagażu bez rozpinania całego zestawu.

Najważniejsza zmiana nastąpiła już po dotarciu na nocleg. Przed startem zakładałem, że mam realną szansę ukończyć Wisłę 1200, ale nie wiedziałem, jak organizm zniesie siedem kolejnych dni. Po pierwszych 207 kilometrach, bez poważnego kryzysu i bez zajechania, po raz pierwszy pomyślałem, że przejechanie całej trasy w limicie czasu jest naprawdę realne. W głowie podniosłem swoje szanse na ukończenie do stu procent. Limit czasu przestał straszyć.

Nie oznaczało to jednak, że następny dzień zapowiadał się łatwo. Plan zakładał kolejne ponad 200 kilometrów i dojazd do Sandomierza. Prognoza zapowiadała deszcz, wypadała niedziela niehandlowa, a po awarii bidonu zostało mi tylko około 1,5 litra stałej pojemności na wodę. Na niedzielę musiałem więc dołożyć kupne butelki i wozić dodatkowy zapas w bagażu. Pierwszy dzień pokazał, że dystans jest do zrobienia. Drugi miał sprawdzić, czy podobny plan uda się powtórzyć w znacznie gorszych warunkach.



















Komentarze (2)

Tak, jazda w parze bardzo pomogła. Psychicznie, fizycznie, logistycznie. Każdy miał kryzys w innym momencie i na wzajem motywowaliśmy się do jazdy. Jeden osłabł to drugi wskakiwał na prowadzenie i na zmianę.

kosiasz 07:26 środa, 15 lipca 2026

Super, że wyjazd był "z kimś". To zawsze podbudowuje podczas jazdy.

szczypiorizka 20:14 wtorek, 14 lipca 2026
Wpisz dwa pierwsze znaki ze słowa uwala

Dozwolone znaczniki [b][/b] i [url=http://adres][/url]