Wisła 1200 - dzień 0. Tu zaczyna się przygoda
Piątek, 3 lipca 2026
· Komentarze(2)
Kategoria Wycieczki wielodniowe, Zalicz Gminę, [blog]
Jeszcze dzień wcześniej miałem jechać z Warszawy pociągiem około piątej rano. Wieczorem doszedłem jednak do wniosku, że nie ma sensu rozpoczynać tygodniowej wyprawy od zrywania się w środku nocy. Przełożyłem rezerwację na pociąg około dziesiątej i spokojnie ruszyłem do Bielska-Białej przez Kraków. Na Dworcu Wschodnim zrobiłem jeszcze zdjęcie roweru już spakowanego na cały tydzień. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej kompletowałem ten zestaw z myślą o Wiśle 1200, a teraz nie było już nic do poprawiania. Pozostało tylko wsiąść do pociągu.
Na dworcu wypatrzyłem rowerzystę, który wyglądał na uczestnika Wisły 1200. Okazało się jednak, że wybierał się na jeszcze większe wyzwanie - około tysiąca mil przez góry, od słowackich Bieszczadów aż w stronę granicy z Niemcami. W pociągu siedzieliśmy obok siebie, więc przez kilka godzin rozmawialiśmy o strategii, sprzęcie i ultrakolarstwie. Najbardziej uderzyło mnie, jak różne mieliśmy cele. On jechał po zwycięstwo albo rekord trasy. Ja chciałem przede wszystkim przejechać całą Wisłę 1200 i zmieścić się w limicie. Z naszej rozmowy najbardziej zapamiętałem jedną radę: postoje powinny trwać maksymalnie około dwudziestu minut. Po dłuższej przerwie organizm zaczyna się regenerować i znacznie trudniej ponownie ruszyć. Nie wiedziałem jeszcze, czy podczas tej wyprawy uda się wprowadzić w życie, ale tę wskazówkę od razu zapisałem sobie w głowie.
W drugim pociągu, z Krakowa do Bielska-Białej, spotkałem już kilku uczestników Wisły. Z Tomkiem z Bydgoszczy szybko znaleźliśmy wspólny język. On również nie przyjechał walczyć o czołowe miejsca - chciał po prostu dojechać do mety przed limitem. Rozmowy coraz częściej schodziły na sprzęt, plan dnia i doświadczenia z poprzednich wypraw. Czułem, że jestem wśród ludzi, którzy doskonale rozumieją, po co tu przyjechałem. Z Bielska-Białej przesiadłem się do pociągu do Milówki. Mógłbym dojechać do schroniska rowerem z Bielska-Białej, ale przed startem nie było sensu dokładać sobie kilometrów. W Milówce chciałem jeszcze kupić pocztówkę do biura - mamy zwyczaj wysyłania ich z różnych miejscowości podczas wyjazdów - ale zarówno poczta, jak i punkt informacji turystycznej były już zamknięte. Skończyło się więc na zdjęciu wysłanym do kolegi.
Do schroniska prowadziły dwie drogi. Krótsza miała około dwunastu kilometrów, druga ponad dwadzieścia. Wybrałem dłuższy wariant. Nigdzie mi się nie spieszyło, a asfaltowa droga przez las z widokami na Beskidy była przyjemnym zakończeniem dnia. Co jakiś czas między drzewami otwierały się szerokie widoki na beskidzkie doliny. Zatrzymałem się tylko na chwilę na zdjęcie, bo wiedziałem, że od następnego dnia takich spokojnych postojów będzie już niewiele.
Tego dnia przejechałem tylko 22 kilometry, ale droga do schroniska prowadziła niemal wyłącznie pod górę. Garmin pokazał ponad 600 metrów przewyższenia, więc już dzień przed startem nogi dostały pierwszą górską rozgrzewkę. Był to też pierwszy sprawdzian nowego Eskera z pełnym bagażem. Przez następny tydzień właśnie w takiej konfiguracji miałem przejechać całą Wisłę.
Liczyłem, że dotrę około dziewiętnastej i zdążę jeszcze zostawić rower w schronisku, a potem wejść na Baranią Górę. To byłaby okazja do zdobycia kolejnego szczytu do Korony Gór Polski. Ostatecznie dojechałem kilka minut przed dwudziestą, dokładnie na rozpoczęcie odprawy. Bez większego zastanowienia zrezygnowałem z dodatkowej wycieczki. Przed tygodniem jazdy rozsądniej było oszczędzić siły niż kolekcjonować kolejne szczyty.
Przed schroniskiem stały już dziesiątki rowerów obładowanych sakwami i torbami. Dopiero wtedy naprawdę poczułem skalę tego wydarzenia. Na miejscu czekało pasta party ze spaghetti bolognese. Chwilę później dotarł Andrzej. Udało nam się wykupić nocleg na podłodze schroniska. Dziewięćdziesiąt złotych za kawałek podłogi brzmiało dość absurdalnie, ale temperatura w Wiśle spadła już do około trzynastu stopni. Perspektywa rozpoczęcia rajdu po chłodnej nocy w hamaku przestała wydawać się dobrym pomysłem. Wieczorem schronisko wypełniło się rozmowami. Wielu uczestników startowało po raz pierwszy i miało dokładnie taki sam cel jak my - nie ścigać się, tylko ukończyć rajd. Bardziej uspokajaliśmy się nawzajem, niż snuliśmy skomplikowane strategie. Nikt tak naprawdę nie wiedział, jak organizm i sprzęt zniosą siedem dni jazdy. Podczas odprawy organizator z wyraźną satysfakcją opowiadał o przygotowanych odcinkach terenowych i różnych utrudnieniach. Dało się odnieść wrażenie, że część z nich została zaplanowana specjalnie po to, żeby uczestnicy nie mieli zbyt łatwo. Wtedy padło też zdanie, które później wielokrotnie wracało mi do głowy:
- Ty możesz mieć plan na Wisłę, ale nie wiesz, jaki Wisła ma plan dla Ciebie.
Słuchając tych opowieści i rozmawiając z doświadczonymi ultrakolarzami, pomyślałem, że my też jesteśmy trochę szaleni, ale oni funkcjonują na zupełnie innym poziomie.
Na sobotę plan był prosty: pobudka około 5:30, śniadanie o szóstej, start z trzeciej fali o 7:10 i około 200 kilometrów do Krakowa. Brzmiało ambitnie, ale wtedy wydawało się całkowicie realne.
Zakładałem, że mam realną szansę ukończyć Wisłę 1200, ale pewności jeszcze nie miałem. Największą niewiadomą nie był sam dystans, tylko to, jak organizm poradzi sobie z siedmioma dniami jazdy w terenie.


Na dworcu wypatrzyłem rowerzystę, który wyglądał na uczestnika Wisły 1200. Okazało się jednak, że wybierał się na jeszcze większe wyzwanie - około tysiąca mil przez góry, od słowackich Bieszczadów aż w stronę granicy z Niemcami. W pociągu siedzieliśmy obok siebie, więc przez kilka godzin rozmawialiśmy o strategii, sprzęcie i ultrakolarstwie. Najbardziej uderzyło mnie, jak różne mieliśmy cele. On jechał po zwycięstwo albo rekord trasy. Ja chciałem przede wszystkim przejechać całą Wisłę 1200 i zmieścić się w limicie. Z naszej rozmowy najbardziej zapamiętałem jedną radę: postoje powinny trwać maksymalnie około dwudziestu minut. Po dłuższej przerwie organizm zaczyna się regenerować i znacznie trudniej ponownie ruszyć. Nie wiedziałem jeszcze, czy podczas tej wyprawy uda się wprowadzić w życie, ale tę wskazówkę od razu zapisałem sobie w głowie.
W drugim pociągu, z Krakowa do Bielska-Białej, spotkałem już kilku uczestników Wisły. Z Tomkiem z Bydgoszczy szybko znaleźliśmy wspólny język. On również nie przyjechał walczyć o czołowe miejsca - chciał po prostu dojechać do mety przed limitem. Rozmowy coraz częściej schodziły na sprzęt, plan dnia i doświadczenia z poprzednich wypraw. Czułem, że jestem wśród ludzi, którzy doskonale rozumieją, po co tu przyjechałem. Z Bielska-Białej przesiadłem się do pociągu do Milówki. Mógłbym dojechać do schroniska rowerem z Bielska-Białej, ale przed startem nie było sensu dokładać sobie kilometrów. W Milówce chciałem jeszcze kupić pocztówkę do biura - mamy zwyczaj wysyłania ich z różnych miejscowości podczas wyjazdów - ale zarówno poczta, jak i punkt informacji turystycznej były już zamknięte. Skończyło się więc na zdjęciu wysłanym do kolegi.
Do schroniska prowadziły dwie drogi. Krótsza miała około dwunastu kilometrów, druga ponad dwadzieścia. Wybrałem dłuższy wariant. Nigdzie mi się nie spieszyło, a asfaltowa droga przez las z widokami na Beskidy była przyjemnym zakończeniem dnia. Co jakiś czas między drzewami otwierały się szerokie widoki na beskidzkie doliny. Zatrzymałem się tylko na chwilę na zdjęcie, bo wiedziałem, że od następnego dnia takich spokojnych postojów będzie już niewiele.
Tego dnia przejechałem tylko 22 kilometry, ale droga do schroniska prowadziła niemal wyłącznie pod górę. Garmin pokazał ponad 600 metrów przewyższenia, więc już dzień przed startem nogi dostały pierwszą górską rozgrzewkę. Był to też pierwszy sprawdzian nowego Eskera z pełnym bagażem. Przez następny tydzień właśnie w takiej konfiguracji miałem przejechać całą Wisłę.
Liczyłem, że dotrę około dziewiętnastej i zdążę jeszcze zostawić rower w schronisku, a potem wejść na Baranią Górę. To byłaby okazja do zdobycia kolejnego szczytu do Korony Gór Polski. Ostatecznie dojechałem kilka minut przed dwudziestą, dokładnie na rozpoczęcie odprawy. Bez większego zastanowienia zrezygnowałem z dodatkowej wycieczki. Przed tygodniem jazdy rozsądniej było oszczędzić siły niż kolekcjonować kolejne szczyty.
Przed schroniskiem stały już dziesiątki rowerów obładowanych sakwami i torbami. Dopiero wtedy naprawdę poczułem skalę tego wydarzenia. Na miejscu czekało pasta party ze spaghetti bolognese. Chwilę później dotarł Andrzej. Udało nam się wykupić nocleg na podłodze schroniska. Dziewięćdziesiąt złotych za kawałek podłogi brzmiało dość absurdalnie, ale temperatura w Wiśle spadła już do około trzynastu stopni. Perspektywa rozpoczęcia rajdu po chłodnej nocy w hamaku przestała wydawać się dobrym pomysłem. Wieczorem schronisko wypełniło się rozmowami. Wielu uczestników startowało po raz pierwszy i miało dokładnie taki sam cel jak my - nie ścigać się, tylko ukończyć rajd. Bardziej uspokajaliśmy się nawzajem, niż snuliśmy skomplikowane strategie. Nikt tak naprawdę nie wiedział, jak organizm i sprzęt zniosą siedem dni jazdy. Podczas odprawy organizator z wyraźną satysfakcją opowiadał o przygotowanych odcinkach terenowych i różnych utrudnieniach. Dało się odnieść wrażenie, że część z nich została zaplanowana specjalnie po to, żeby uczestnicy nie mieli zbyt łatwo. Wtedy padło też zdanie, które później wielokrotnie wracało mi do głowy:
- Ty możesz mieć plan na Wisłę, ale nie wiesz, jaki Wisła ma plan dla Ciebie.
Słuchając tych opowieści i rozmawiając z doświadczonymi ultrakolarzami, pomyślałem, że my też jesteśmy trochę szaleni, ale oni funkcjonują na zupełnie innym poziomie.
Na sobotę plan był prosty: pobudka około 5:30, śniadanie o szóstej, start z trzeciej fali o 7:10 i około 200 kilometrów do Krakowa. Brzmiało ambitnie, ale wtedy wydawało się całkowicie realne.
Zakładałem, że mam realną szansę ukończyć Wisłę 1200, ale pewności jeszcze nie miałem. Największą niewiadomą nie był sam dystans, tylko to, jak organizm poradzi sobie z siedmioma dniami jazdy w terenie.




