Półmaraton Warszawski
Niedziela, 22 marca 2026
· Komentarze(0)
Kategoria Inne aktywności
Dzisiejszy półmaraton zaczął się dla mnie jeszcze przed startem - na Błoniach Stadionu Narodowego. Umówiliśmy się tam większą ekipą z pracy (prawie 100 osób). Podjechałem kawałek tramwajem, ale wysiadłem wcześniej, przy Parku Skaryszewskim - moim „domowym” parkrunie - i dalej poszedłem pieszo w stronę stadionu.
Im bliżej startu, tym trochę bardziej czuć było atmosferę zawodów. Z jednej strony luz - bo to nie jest moment w sezonie na życiówki i biegam teraz raczej okazjonalnie - ale z drugiej jednak ten lekki dreszcz, który zawsze się pojawia przy większych imprezach. To był mój piąty Półmaraton Warszawski i chyba właśnie dlatego lubię tu wracać - nie tylko dla wyniku, ale dla samego uczestnictwa.
Start tradycyjnie z Mostu Poniatowskiego, a dalej już dobrze znana trasa. Zawsze dobrze biegnie się Traktem Królewskim - szczególnie Krakowskim Przedmieściem, między historycznymi budynkami. To jeden z tych fragmentów, gdzie na chwilę można zapomnieć o tempie i po prostu chłonąć miasto.
Drugi charakterystyczny moment to zbieg ulicą Podleśną i dalej Wisłostradą - po prawej mijamy Cytadelę i wbiegamy na Most Gdański. Ten odcinek zawsze zostaje w głowie, trochę jak punkt kontrolny dalszej części biegu.
Na trasie cztery razy próbowała mnie złapać Monika - podobno krzyczała 😉 - ale w tłumie kompletnie jej nie wypatrzyłem. Dopiero na Błoniach, tuż przed metą, w końcu się udało.
Plan na bieg był prosty: spokojny początek i stopniowe przyspieszanie. Pierwsze 5 km w okolicach 6:30, potem schodzić co odcinek o jakieś 10 sekund i zamknąć całość średnią w okolicach 6:15. Wyszło… inaczej.
Już od startu tempo było bliżej 6:10 i mimo że wydawało się luźno, to systematycznie rosło. Pierwsza piątka wyszła w okolicach 6:00, druga jeszcze szybciej - momentami schodziłem do 5:50 i zacząłem się zastanawiać, jak długo to utrzymam. Druga piątka zamknęła się w około 5:54 i wtedy zaczęło się odcinanie.
Od 10 km nogi coraz bardziej dawały znać o sobie, ale jeszcze dało się biec. Kryzys przyszedł w okolicach 14 km - największy podbieg na trasie (?), tempo już wyraźnie spadało i głowa podpowiedziała: „możesz kawałek podejść”. I to był moment, w którym mentalnie puściło. Od tego miejsca pojawiło się jeszcze kilka krótkich, około 100-metrowych odcinków marszu.
Do tego pogoda. Spodziewałem się 5-7 stopni, a wyszło ponad 10 i pełne słońce, praktycznie bez cienia. Na biegu było za ciepło, za to po mecie - klasycznie - słońce się schowało i zrobiło się chłodno.
Końcówka też nie była idealna. Przyspieszyłem trochę za wcześnie, około 19,5 km i jakieś 600 metrów przed metą musiałem jeszcze raz przejść do marszu na chwilę. Samo wbiegnięcie na metę już pod kontrolą - nawet udało się złapać dobre ujęcie na zdjęciu, bez wyglądania jakbym umierał 😉 Tętno trzymało się w ryzach, ale nogi były już mocno zmęczone.
Finalnie średnie tempo wyszło 6:09, więc teoretycznie lepiej niż plan. W praktyce - wykonanie do poprawy.
To nie był bieg pod wynik. Raczej trening wpleciony w sezon, który teraz kręci się wokół pływania i triathlonu, z Wisłą 1200 w lipcu i Bisonem 100 km w październiku gdzieś w tle. Wytrzymałość się przyda, ale sam półmaraton - w tym momencie - nie był konieczny.
Zostaje lekki niedosyt, ale taki uczciwy. Niepoparty treningiem, więc trudno oczekiwać więcej. Z drugiej strony widać, że zejście poniżej 2 godzin w tym roku jest w zasięgu - tylko trzeba to zrobić mądrzej i… po prostu pobiegać trochę więcej.


Im bliżej startu, tym trochę bardziej czuć było atmosferę zawodów. Z jednej strony luz - bo to nie jest moment w sezonie na życiówki i biegam teraz raczej okazjonalnie - ale z drugiej jednak ten lekki dreszcz, który zawsze się pojawia przy większych imprezach. To był mój piąty Półmaraton Warszawski i chyba właśnie dlatego lubię tu wracać - nie tylko dla wyniku, ale dla samego uczestnictwa.
Start tradycyjnie z Mostu Poniatowskiego, a dalej już dobrze znana trasa. Zawsze dobrze biegnie się Traktem Królewskim - szczególnie Krakowskim Przedmieściem, między historycznymi budynkami. To jeden z tych fragmentów, gdzie na chwilę można zapomnieć o tempie i po prostu chłonąć miasto.
Drugi charakterystyczny moment to zbieg ulicą Podleśną i dalej Wisłostradą - po prawej mijamy Cytadelę i wbiegamy na Most Gdański. Ten odcinek zawsze zostaje w głowie, trochę jak punkt kontrolny dalszej części biegu.
Na trasie cztery razy próbowała mnie złapać Monika - podobno krzyczała 😉 - ale w tłumie kompletnie jej nie wypatrzyłem. Dopiero na Błoniach, tuż przed metą, w końcu się udało.
Plan na bieg był prosty: spokojny początek i stopniowe przyspieszanie. Pierwsze 5 km w okolicach 6:30, potem schodzić co odcinek o jakieś 10 sekund i zamknąć całość średnią w okolicach 6:15. Wyszło… inaczej.
Już od startu tempo było bliżej 6:10 i mimo że wydawało się luźno, to systematycznie rosło. Pierwsza piątka wyszła w okolicach 6:00, druga jeszcze szybciej - momentami schodziłem do 5:50 i zacząłem się zastanawiać, jak długo to utrzymam. Druga piątka zamknęła się w około 5:54 i wtedy zaczęło się odcinanie.
Od 10 km nogi coraz bardziej dawały znać o sobie, ale jeszcze dało się biec. Kryzys przyszedł w okolicach 14 km - największy podbieg na trasie (?), tempo już wyraźnie spadało i głowa podpowiedziała: „możesz kawałek podejść”. I to był moment, w którym mentalnie puściło. Od tego miejsca pojawiło się jeszcze kilka krótkich, około 100-metrowych odcinków marszu.
Do tego pogoda. Spodziewałem się 5-7 stopni, a wyszło ponad 10 i pełne słońce, praktycznie bez cienia. Na biegu było za ciepło, za to po mecie - klasycznie - słońce się schowało i zrobiło się chłodno.
Końcówka też nie była idealna. Przyspieszyłem trochę za wcześnie, około 19,5 km i jakieś 600 metrów przed metą musiałem jeszcze raz przejść do marszu na chwilę. Samo wbiegnięcie na metę już pod kontrolą - nawet udało się złapać dobre ujęcie na zdjęciu, bez wyglądania jakbym umierał 😉 Tętno trzymało się w ryzach, ale nogi były już mocno zmęczone.
Finalnie średnie tempo wyszło 6:09, więc teoretycznie lepiej niż plan. W praktyce - wykonanie do poprawy.
To nie był bieg pod wynik. Raczej trening wpleciony w sezon, który teraz kręci się wokół pływania i triathlonu, z Wisłą 1200 w lipcu i Bisonem 100 km w październiku gdzieś w tle. Wytrzymałość się przyda, ale sam półmaraton - w tym momencie - nie był konieczny.
Zostaje lekki niedosyt, ale taki uczciwy. Niepoparty treningiem, więc trudno oczekiwać więcej. Z drugiej strony widać, że zejście poniżej 2 godzin w tym roku jest w zasięgu - tylko trzeba to zrobić mądrzej i… po prostu pobiegać trochę więcej.




