Wisła 1200 - dzień 7. Wiatr, Tczewskie Łąki i meta w Gdańsku
Piątek, 10 lipca 2026
· Komentarze(1)
Kategoria [blog], 100 plus, Wycieczki wielodniowe, Zalicz Gminę
Po przebudzeniu przez moment ucieszyłem się, że nie muszę już wsiadać na rower. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że został nam jeszcze jeden pełny dzień i 149 kilometrów do mety w Gdańsku. To był pierwszy poranek podczas całego rajdu, kiedy naprawdę nie chciało nam się ruszać. Niechęć trwała jednak tylko kilka minut. Kiedy wyszliśmy z pokoju, ponownie włączył się tryb zadaniowy: trzeba jechać.
Wystartowaliśmy z Grudziądza o 6:42. Niemal od razu przejechaliśmy brukowanymi uliczkami pomiędzy ceglanymi budynkami starego miasta, a chwilę później znów byliśmy na polnych drogach i wałach. Na Górze Łosiowej zatrzymaliśmy się przy ławce z widokiem na Wisłę. Było jeszcze wcześnie, ale początek dnia nie zapowiadał łatwych kilometrów. Mieliśmy zapas względem limitu 170 godzin i już od poprzedniego dnia wiedziałem, że ukończymy rajd. Jedyny moment całej wyprawy, kiedy realnie obawiałem się wykonania planu, pojawił się we wtorek po obiedzie w Płocku. Do noclegu zostawało wtedy jeszcze dużo kilometrów, a deszcz, wiatr i problemy z trasą mocno komplikowały sytuację. Ostatni dzień był pod kontrolą, ale nie mogliśmy już odkładać kilometrów na później.
O dziewiątej mieliśmy przejechane dopiero około dwudziestu kilometrów. Za nami były Góra Łosiowa, single i kolejne wały. Nawierzchnia zmieniała się od twardych polnych dróg pomiędzy polami do mniej równych ścieżek. Liczyliśmy, że dalej pojawi się więcej asfaltu.
Przy przekraczaniu Wisły z mostu dobrze było widać rzekę i rozciągające się po obu stronach pola. Widoki były otwarte, ale oznaczało to również pełną ekspozycję na wiatr. Na około półtorakilometrowym zjeździe z mostu w Kwidzynie rower bez pedałowania zwalniał, zamiast się rozpędzać. W drodze do Gniewu jechaliśmy jeszcze polnymi drogami, miejscami z piaskiem i kałużami. Przez dłuższy czas widzieliśmy przed sobą zamek i stare miasto położone na wzniesieniu. My zbliżaliśmy się od południa przez pola, a panorama Gniewu stopniowo rosła przed nami. Nie był to widok zauważony przez chwilę pomiędzy kolejnymi zakrętami. Jechaliśmy i jechaliśmy, a miasto cały czas dobrze prezentowało się na horyzoncie.
Do Gniewu dotarliśmy około 11:25. Zatrzymaliśmy się w cukierni na kawę i ciastka. Robiło się już ciepło, więc mogłem wreszcie zdjąć wiatrówkę. Do mety pozostawało około stu kilometrów. Problemem nie była jednak temperatura, tylko wiatr. Odcinki przed Gniewem prowadziły wałami i polami, przy podmuchach przekraczających 40 km/h, prosto w twarz. Na otwartej przestrzeni nie było się gdzie przed nim schować.
Do Tczewa mieliśmy około trzydziestu trzech kilometrów. Planowaliśmy tam zjeść obiad, ale najpierw trzeba było przejechać kolejny odsłonięty odcinek wałem. Wiatr momentami był tak silny, że normalna jazda stawała się prawie niemożliwa. Poruszaliśmy się do przodu, ale kosztowało to nieproporcjonalnie dużo energii. Ostatnie dziesięć kilometrów przed Tczewem prowadziło już asfaltem i asfaltowym fragmentem Wiślanej Trasy Rowerowej. Wiatr nadal wiał prosto w twarz, ale po wcześniejszych wałach równa nawierzchnia była ogromną ulgą.
Do Tczewa dotarliśmy około 14:20. W restauracji z widokiem na Wisłę zamówiliśmy hamburgery z frytkami i bezalkoholowe piwo. Prawie godzinna przerwa bardzo pomogła. Mogliśmy odpocząć, uzupełnić energię i na spokojnie spojrzeć na pozostałą część trasy.
Około dziesięciu kilometrów za Tczewem zaczynał się odcinek specjalny Tczewskie Łąki. Liczyliśmy na dobre szutry, a nie kolejne zarośnięte ścieżki. Dalej miało zostać trochę szutrów na Wyspie Sobieszewskiej i odcinki, które na Garminie wyglądały na względnie dobre drogi. Nadzieja na łatwą końcówkę szybko się skończyła. Tczewskie Łąki miały około 12–15 kilometrów i były jednym z najbardziej wyczerpujących psychicznie fragmentów całego dnia. Nawierzchnia ciągle się zmieniała. Raz jechaliśmy wyraźną ścieżką, za chwilę przez nierówną łąkę bez żadnej drogi. Pod koniec pojawił się jeszcze piach. Nie był to jeden szczególnie trudny technicznie fragment, tylko długi ciąg nierównej i powolnej jazdy. Po tygodniu na trasie takie odcinki męczyły bardziej psychicznie niż fizycznie. W pewnym momencie miałem ochotę rzucić rower w krzaki. Andrzej wydostał się z łąk szybciej, podczepiając się pod szybkiego zawodnika. Czekał na mnie przy sklepie około 3,3 kilometra dalej. Gdy do niego dotarłem, do mety zostawały czterdzieści cztery kilometry. Dalej ruszyliśmy już razem.
Trasa nie prowadziła jednak bezpośrednio do Gdańska. Najpierw wyprowadzała nas na wschód, w stronę Świbna i obowiązkowego punktu przy ujściu Wisły. Wiatr nadal trochę przeszkadzał, ale po wjechaniu do lasu na Wyspie Sobieszewskiej przestał mieć większe znaczenie. Końcowy dojazd do cypla prowadził szutrową ścieżką, a ostatni kilometr po kamieniach bezpośrednio przy brzegu Wisły. Kilka razy musiałem przenosić rower nad wodą. W butach SPD było ślisko i bardziej niż zmęczenia obawiałem się, że tuż przed końcem wywrócę się na kamieniach albo skręcę kostkę. Na końcu cypla zrobiliśmy zdjęcie z rowerami. To właśnie ujście Wisły, a nie oficjalna meta, było dla mnie najważniejszym miejscem tego dnia. Dopiero tam można było spojrzeć na morze i pomyśleć, że rzeczywiście przejechaliśmy całą Wisłę - od źródeł aż do ujścia.
Do oficjalnej mety pozostawało jednak jeszcze około 28 kilometrów. Najpierw trzeba było wrócić tą samą kamienistą ścieżką, a następnie przejechać szutrami przez Wyspę Sobieszewską. Zatrzymaliśmy się również przy zejściu na plażę. Zostawiliśmy rowery na piasku i zeszliśmy zrobić zdjęcie z Bałtykiem. Andrzej zaczął stopniowo podkręcać tempo. Sam pewnie jechałbym nieco spokojniej, ale szybsza jazda pomagała sprawnie zamknąć rajd. Wiedzieliśmy, że po dotarciu do mety nie musimy już nigdzie dalej jechać. Możemy odstawić rowery i odpocząć. Skoro byłem w stanie utrzymać tempo Andrzeja, oznaczało to również, że mimo tygodnia na trasie organizm zachował jeszcze trochę rezerw.
Po wjechaniu do Gdańska wiatr wreszcie całkowicie się skończył. Najpierw trafiliśmy na około osiem kilometrów dobrej asfaltowej ścieżki. Organizatorzy postanowili jednak na koniec przypomnieć nam, że dużą część rajdu spędziliśmy na wałach. Przez około sześć kilometrów jechaliśmy wałem wyłożonym płytami, a ostatnie trzy kilometry prowadziły po kocich łbach przez Stare Miasto.
Na metę dotarliśmy o 20:03, po 156 godzinach i 53 minutach od startu rajdu. Limit wynosił 170 godzin, więc ukończyliśmy go z wyraźnym zapasem. Ostatniego dnia Garmin zarejestrował 146,98 kilometra, 9 godzin i 43 minuty jazdy oraz 13 godzin i 21 minut całego czasu.
Na miejscu czekała Monika. Odebraliśmy medale i zrobiliśmy zdjęcie z tablicą pokazującą nasz wynik. Odprowadziłem rower do samochodu, a Andrzej jeszcze umył swój. Później spotkaliśmy się na sali przy posiłku regeneracyjnym i piwie. Odebrałem też pamiątkową koszulkę z rajdu. Na mecie bolały mnie uda, nogi były zmęczone, a dłonie nadal zdrętwiałe. Nie czułem się jednak całkowicie wyczerpany. Paradoksalnie miałem wrażenie, że gdyby było to konieczne, następnego dnia również potrafiłbym wsiąść na rower.
Najsilniejszym uczuciem nie była duma, tylko ulga. Po siedmiu dniach jazdy, ciągłych zmianach nawierzchni, wietrze, deszczu, wałach i kolejnych korektach planu mogliśmy wreszcie przestać jechać. To był po prostu koniec bardzo długiego tygodnia.











Wystartowaliśmy z Grudziądza o 6:42. Niemal od razu przejechaliśmy brukowanymi uliczkami pomiędzy ceglanymi budynkami starego miasta, a chwilę później znów byliśmy na polnych drogach i wałach. Na Górze Łosiowej zatrzymaliśmy się przy ławce z widokiem na Wisłę. Było jeszcze wcześnie, ale początek dnia nie zapowiadał łatwych kilometrów. Mieliśmy zapas względem limitu 170 godzin i już od poprzedniego dnia wiedziałem, że ukończymy rajd. Jedyny moment całej wyprawy, kiedy realnie obawiałem się wykonania planu, pojawił się we wtorek po obiedzie w Płocku. Do noclegu zostawało wtedy jeszcze dużo kilometrów, a deszcz, wiatr i problemy z trasą mocno komplikowały sytuację. Ostatni dzień był pod kontrolą, ale nie mogliśmy już odkładać kilometrów na później.
O dziewiątej mieliśmy przejechane dopiero około dwudziestu kilometrów. Za nami były Góra Łosiowa, single i kolejne wały. Nawierzchnia zmieniała się od twardych polnych dróg pomiędzy polami do mniej równych ścieżek. Liczyliśmy, że dalej pojawi się więcej asfaltu.
Przy przekraczaniu Wisły z mostu dobrze było widać rzekę i rozciągające się po obu stronach pola. Widoki były otwarte, ale oznaczało to również pełną ekspozycję na wiatr. Na około półtorakilometrowym zjeździe z mostu w Kwidzynie rower bez pedałowania zwalniał, zamiast się rozpędzać. W drodze do Gniewu jechaliśmy jeszcze polnymi drogami, miejscami z piaskiem i kałużami. Przez dłuższy czas widzieliśmy przed sobą zamek i stare miasto położone na wzniesieniu. My zbliżaliśmy się od południa przez pola, a panorama Gniewu stopniowo rosła przed nami. Nie był to widok zauważony przez chwilę pomiędzy kolejnymi zakrętami. Jechaliśmy i jechaliśmy, a miasto cały czas dobrze prezentowało się na horyzoncie.
Do Gniewu dotarliśmy około 11:25. Zatrzymaliśmy się w cukierni na kawę i ciastka. Robiło się już ciepło, więc mogłem wreszcie zdjąć wiatrówkę. Do mety pozostawało około stu kilometrów. Problemem nie była jednak temperatura, tylko wiatr. Odcinki przed Gniewem prowadziły wałami i polami, przy podmuchach przekraczających 40 km/h, prosto w twarz. Na otwartej przestrzeni nie było się gdzie przed nim schować.
Do Tczewa mieliśmy około trzydziestu trzech kilometrów. Planowaliśmy tam zjeść obiad, ale najpierw trzeba było przejechać kolejny odsłonięty odcinek wałem. Wiatr momentami był tak silny, że normalna jazda stawała się prawie niemożliwa. Poruszaliśmy się do przodu, ale kosztowało to nieproporcjonalnie dużo energii. Ostatnie dziesięć kilometrów przed Tczewem prowadziło już asfaltem i asfaltowym fragmentem Wiślanej Trasy Rowerowej. Wiatr nadal wiał prosto w twarz, ale po wcześniejszych wałach równa nawierzchnia była ogromną ulgą.
Do Tczewa dotarliśmy około 14:20. W restauracji z widokiem na Wisłę zamówiliśmy hamburgery z frytkami i bezalkoholowe piwo. Prawie godzinna przerwa bardzo pomogła. Mogliśmy odpocząć, uzupełnić energię i na spokojnie spojrzeć na pozostałą część trasy.
Około dziesięciu kilometrów za Tczewem zaczynał się odcinek specjalny Tczewskie Łąki. Liczyliśmy na dobre szutry, a nie kolejne zarośnięte ścieżki. Dalej miało zostać trochę szutrów na Wyspie Sobieszewskiej i odcinki, które na Garminie wyglądały na względnie dobre drogi. Nadzieja na łatwą końcówkę szybko się skończyła. Tczewskie Łąki miały około 12–15 kilometrów i były jednym z najbardziej wyczerpujących psychicznie fragmentów całego dnia. Nawierzchnia ciągle się zmieniała. Raz jechaliśmy wyraźną ścieżką, za chwilę przez nierówną łąkę bez żadnej drogi. Pod koniec pojawił się jeszcze piach. Nie był to jeden szczególnie trudny technicznie fragment, tylko długi ciąg nierównej i powolnej jazdy. Po tygodniu na trasie takie odcinki męczyły bardziej psychicznie niż fizycznie. W pewnym momencie miałem ochotę rzucić rower w krzaki. Andrzej wydostał się z łąk szybciej, podczepiając się pod szybkiego zawodnika. Czekał na mnie przy sklepie około 3,3 kilometra dalej. Gdy do niego dotarłem, do mety zostawały czterdzieści cztery kilometry. Dalej ruszyliśmy już razem.
Trasa nie prowadziła jednak bezpośrednio do Gdańska. Najpierw wyprowadzała nas na wschód, w stronę Świbna i obowiązkowego punktu przy ujściu Wisły. Wiatr nadal trochę przeszkadzał, ale po wjechaniu do lasu na Wyspie Sobieszewskiej przestał mieć większe znaczenie. Końcowy dojazd do cypla prowadził szutrową ścieżką, a ostatni kilometr po kamieniach bezpośrednio przy brzegu Wisły. Kilka razy musiałem przenosić rower nad wodą. W butach SPD było ślisko i bardziej niż zmęczenia obawiałem się, że tuż przed końcem wywrócę się na kamieniach albo skręcę kostkę. Na końcu cypla zrobiliśmy zdjęcie z rowerami. To właśnie ujście Wisły, a nie oficjalna meta, było dla mnie najważniejszym miejscem tego dnia. Dopiero tam można było spojrzeć na morze i pomyśleć, że rzeczywiście przejechaliśmy całą Wisłę - od źródeł aż do ujścia.
Do oficjalnej mety pozostawało jednak jeszcze około 28 kilometrów. Najpierw trzeba było wrócić tą samą kamienistą ścieżką, a następnie przejechać szutrami przez Wyspę Sobieszewską. Zatrzymaliśmy się również przy zejściu na plażę. Zostawiliśmy rowery na piasku i zeszliśmy zrobić zdjęcie z Bałtykiem. Andrzej zaczął stopniowo podkręcać tempo. Sam pewnie jechałbym nieco spokojniej, ale szybsza jazda pomagała sprawnie zamknąć rajd. Wiedzieliśmy, że po dotarciu do mety nie musimy już nigdzie dalej jechać. Możemy odstawić rowery i odpocząć. Skoro byłem w stanie utrzymać tempo Andrzeja, oznaczało to również, że mimo tygodnia na trasie organizm zachował jeszcze trochę rezerw.
Po wjechaniu do Gdańska wiatr wreszcie całkowicie się skończył. Najpierw trafiliśmy na około osiem kilometrów dobrej asfaltowej ścieżki. Organizatorzy postanowili jednak na koniec przypomnieć nam, że dużą część rajdu spędziliśmy na wałach. Przez około sześć kilometrów jechaliśmy wałem wyłożonym płytami, a ostatnie trzy kilometry prowadziły po kocich łbach przez Stare Miasto.
Na metę dotarliśmy o 20:03, po 156 godzinach i 53 minutach od startu rajdu. Limit wynosił 170 godzin, więc ukończyliśmy go z wyraźnym zapasem. Ostatniego dnia Garmin zarejestrował 146,98 kilometra, 9 godzin i 43 minuty jazdy oraz 13 godzin i 21 minut całego czasu.
Na miejscu czekała Monika. Odebraliśmy medale i zrobiliśmy zdjęcie z tablicą pokazującą nasz wynik. Odprowadziłem rower do samochodu, a Andrzej jeszcze umył swój. Później spotkaliśmy się na sali przy posiłku regeneracyjnym i piwie. Odebrałem też pamiątkową koszulkę z rajdu. Na mecie bolały mnie uda, nogi były zmęczone, a dłonie nadal zdrętwiałe. Nie czułem się jednak całkowicie wyczerpany. Paradoksalnie miałem wrażenie, że gdyby było to konieczne, następnego dnia również potrafiłbym wsiąść na rower.
Najsilniejszym uczuciem nie była duma, tylko ulga. Po siedmiu dniach jazdy, ciągłych zmianach nawierzchni, wietrze, deszczu, wałach i kolejnych korektach planu mogliśmy wreszcie przestać jechać. To był po prostu koniec bardzo długiego tygodnia.













