Wielkanocne kręcenie na Podlasiu. Augustów -> Sokółka

Sobota, 4 kwietnia 2026 · Komentarze(0)
Kategoria Zalicz Gminę
W piątek po pracy wsiadłem w pociąg do Augustowa. Nocleg w tym samym miejscu co rok temu - sprawdzona opcja, pięćdziesiąt metrów od stacji. Pobudka o piątej, wyjazd o szóstej. Robiło się już widno, ale było cicho - tylko ptaki i chłód. Termometr w okolicach zera, odczuwalnie poniżej. Ręce marzły na tyle, że momentami jechałem jedną ręką, a drugą rozgrzewałem w ruchu. Po siódmej zrobiło się trochę przyjemniej, ale wiatr skutecznie pilnował, żeby nie było za łatwo. Warstwy ubrań zostały ze mną do końca dnia.

Plan był prosty - około 150 km podzielone na trzy odcinki: Augustów - Nowy Dwór - Sokółka - Wasilków. Przy okazji gminobranie i dalsze testy Speca. Pierwsze kilkanaście kilometrów po asfalcie i ścieżkach rowerowych - rozgrzewka. Ale dopiero gdy odbiłem w las, jazda zaczęła mieć sens. Ten rower ewidentnie lubi teren bardziej niż asfalt, a ja razem z nim.
.
Po drodze krótkie zatrzymanie przy bunkrach z Linii Mołotowa. Minąłem je za pierwszym razem i musiałem zawrócić - były trochę z boku drogi, lekko zarośnięte. Dwa schrony z Grodzieńskiego Rejonu Umocnionego - radzieckich fortyfikacji z lat 1940–1941, budowanych w pośpiechu po przesunięciu granicy ZSRR na zachód. Szybki postój, kilka zdjęć i dalej.

Dalej Podlasie w swoim rytmie - stare młyny, pojedyncze cerkwie, cmentarz choleryczny gdzieś po drodze. Te cmentarze to ślady po epidemiach XIX wieku, zawsze lokowane z dala od wsi, skromne, często oznaczone jednym krzyżem. Cerkwie od razu zmieniają klimat - widać, że to pogranicze kultur, gdzie prawosławie, katolicyzm i islam funkcjonują obok siebie od setek lat.

W Dulkowszczyźnie zwykła wieś nagle nabiera znaczenia, kiedy wiesz, że w latach 1943–1944 Anna i Stanisław Krzywiccy ukrywali tu rodzinę Trachtenbergów. Ryzykowali wszystko. W 2009 roku zostali odznaczeni medalem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Z siodła tego nie widać, ale świadomość zostaje.

Do Nowego Dworu pierwsze pięćdziesiąt kilometrów poszło sprawnie. Miejscowy kościół ma korzenie sięgające 1504 roku, kiedy fundował go Aleksander Jagiellończyk - jedna z najstarszych parafii w okolicy. Z zewnątrz wygląda zwyczajnie, ale pod tynkiem jest pięć wieków historii. Obok stoi cerkiew św. Jerzego, typowa dla tego regionu: niewielka, zadbana, z ikonami przy wejściu. Wschodni akcent, który od razu przypomina, że to pogranicze kultur.

Potem zaczął się drugi akt dnia - wiatr w twarz praktycznie bez przerwy i coraz więcej podjazdów. Patrząc na wykres, wyszło mi prawie trzydzieści kilometrów ciągłego „pod górę”. Tempo siadło fizycznie, a głowa zaczęła dorzucać swoje argumenty.

W okolicach Sidry mijam stare młyny - jeden z XIX wieku, drugi z 1890 roku, który spłonął w 1987. Zostały tylko mury i mechanizmy przy wodzie. Typowy podlaski miks: natura, historia i ruina w jednym kadrze.

Do Sokółki dojechałem zmęczony. Zatrzymałem się przy ratuszu, żeby coś zjeść. Ratusz z XIX wieku, klasyczna małomiasteczkowa architektura. W centrum stoi też cerkiew św. Aleksandra Newskiego — biała, z kilkoma złotymi kopułami, w stylu charakterystycznym dla końca XIX wieku, kiedy Sokółka była ważnym punktem administracyjnym w Imperium Rosyjskim. Widać to od razu po detalach. I wtedy zaczęło padać. Lekko, ale po całym dniu w wietrze to wystarczyło.

Plan zakładał jeszcze około pięćdziesięciu kilometrów przez Puszczę Knyszyńską, ale było jasne, że tam nie nadrobię czasu. Przez chwilę myślałem, żeby podjechać jeszcze do meczetu w Bohonikach - drewnianej świątyni tatarskiej z 1873 roku, jednego z dwóch najważniejszych miejsc polskich Tatarów. Ale akurat przejeżdżałem obok stacji. Deszcz, zmęczenie i świadomość, że czeka jeszcze rodzinny obiad, przeważyły - wsiadłem do pociągu.

Bez niedosytu. Raczej ulga i poczucie, że to była dobra decyzja.

Dzień był też dobrym testem sprzętu. Rogi - zdecydowanie najwygodniejsza pozycja przez większość czasu. Lemondka po rozszerzeniu zaczęła mieć sens - na płaskim asfalcie dawała chwilę odpoczynku dla pleców, chociaż używałem jej raczej krótkimi odcinkami. W terenie wracałem do klasycznego chwytu - dla kontroli, hamulców i przerzutek. Spec ewidentnie lubi teren bardziej niż asfalt i to mi pasuje.


































Gminobranie i testy Speca

Niedziela, 29 marca 2026 · Komentarze(0)
Spotkaliśmy się z Andrzejem przed 8 na Wschodnim, ale przez zmianę czasu to było trochę jak 7 rano. W pociągu do Ostrołęki sporo miejsca, więc zamiast się rozkręcać rozmową raczej dosypialiśmy. Plan na dzień był prosty: gminobranie. Osiem gmin, sensowna pętla i przy okazji pierwszy poważniejszy test Speca po serwisie i zmianach w setupie. Nowy napęd, świeże opony, do tego rogi i lemondka - trzeba było sprawdzić, jak to wszystko gra razem.

Start z Ostrołęki przed 10 i od razu wejście w teren. Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów to było klasyczne Mazowsze w pełnej krasie: piach, lasy, dukty, momentami bardziej pchanie niż jazda. Jeden z podjazdów - jakieś 2,5 km - praktycznie w całości po piachu. Do tego Garmin, który kilka razy uznał, że najlepsza droga to ta, której… nie ma. Chaszcze, krzaki - wszystko, tylko nie przejezdny szlak. Niby wiedzieliśmy czego się spodziewać, ale i tak momentami pojawiało się pytanie „po co ja sobie to robię?”. W głowie gdzieś z tyłu przewijała się myśl, że można by po prostu jeździć spokojnie szosą, turystycznie, zamiast pchać się w takie warunki. Z drugiej strony - to był nasz wybór.

Do Krasnosielca dojechaliśmy po ponad pięciu godzinach - około 50 km na liczniku. Średnia mówiła wszystko. Na rynku szybki piknik pod drzewem - coś do jedzenia, zimne napoje i 20 minut odpoczynku.

To właśnie stąd pochodzi rodzina Wonsal, która po emigracji do USA zmieniła nazwisko na Warner. Czterech braci - Harry, Albert, Sam i Jack - założyło później Warner Bros.Tak, jedno z największych studiów filmowych świata ma korzenie w mazowieckiej wsi. W Krasnosielcu do dziś stoi budynek dawnej synagogi, bo rodzina była żydowskiego pochodzenia.

Decyzja o zmianie planu była szybka. Przy tej prędkości nie było szans na złapanie pociągu powrotnego przy oryginalnej trasie, a ryzyko kolejnych „przygód” w terenie było spore. Zamiast dalszego gminobrania - asfalt.

Wtedy jazda znowu zaczęła sprawiać przyjemność. Gładkie drogi, tempo od razu podskoczyło, nogi mogły trochę odetchnąć. Dalej przez Różan i w stronę Pasiek, momentami wzdłuż Narwi - zakola rzeki, niższe słońce, lepsze światło. Taka klasyczna „nagroda po karze”. Nie było już dużych prędkości - zmęczenie zrobiło swoje. Ale te ~22 km/h z momentami pod 27 to i tak zupełnie inna jazda niż wcześniejsze kilometry w piachu.

Przez Różan tylko śmignęliśmy, ale to teren trzech dużych fortów z końca XIX wieku, zbudowanych przez Rosjan jako część linii obronnej nad Narwią. W 1939 roku Polacy bronili tu przeprawy przez rzekę - walki były ciężkie, a forty odegrały realną rolę. Z siodła tego nie widać, ale to jeden z ważniejszych punktów obronnych Mazowsza.

Dzień był też dobrym testem sprzętu. Największy minus - torba podsiodłowa. Przez to, że się bujała, co jakiś czas otwierała zacisk sztycy i siodełko opadało. Do poprawy, bo na dłuższym dystansie mogłaby żyłka strzelić ;-)

Największy plus - rogi. Zdecydowanie najwygodniejsza pozycja przez większość dnia. Naturalny układ rąk, trochę jak jazda na szosie, tylko szerzej i stabilniej. Lemondka na razie do dopracowania - ustawienie chyba za wąskie, brak kontroli i pewności. Do przetestowania jeszcze raz, ale bliżej domu.

Ja skończyłem zgodnie z planem w Pasiekach, Andrzej - mając jeszcze zapas w nogach - pojechał dalej do Przetycza. Na koniec zmęczenie, ale i satysfakcja. Test zaliczony, kilka rzeczy do poprawy, kilka działa lepiej niż się spodziewałem.

Jeszcze jedna ciekawostka. Pasieki / Przetycz to teren dawnej Puszczy Białej, gdzie przez wieki działały królewskie strażnice i osady bartnicze. Stąd nazwy typu „Pasieki” - to nie przypadek, tylko realna historia pszczelarstwa leśnego, które było jednym z ważniejszych źródeł dochodu Mazowsza w XVI–XVIII wieku.
























Półmaraton Warszawski

Niedziela, 22 marca 2026 · Komentarze(0)
Dzisiejszy półmaraton zaczął się dla mnie jeszcze przed startem - na Błoniach Stadionu Narodowego. Umówiliśmy się tam większą ekipą z pracy (prawie 100 osób). Podjechałem kawałek tramwajem, ale wysiadłem wcześniej, przy Parku Skaryszewskim - moim „domowym” parkrunie - i dalej poszedłem pieszo w stronę stadionu.
Im bliżej startu, tym trochę bardziej czuć było atmosferę zawodów. Z jednej strony luz - bo to nie jest moment w sezonie na życiówki i biegam teraz raczej okazjonalnie - ale z drugiej jednak ten lekki dreszcz, który zawsze się pojawia przy większych imprezach. To był mój piąty Półmaraton Warszawski i chyba właśnie dlatego lubię tu wracać - nie tylko dla wyniku, ale dla samego uczestnictwa.
Start tradycyjnie z Mostu Poniatowskiego, a dalej już dobrze znana trasa. Zawsze dobrze biegnie się Traktem Królewskim - szczególnie Krakowskim Przedmieściem, między historycznymi budynkami. To jeden z tych fragmentów, gdzie na chwilę można zapomnieć o tempie i po prostu chłonąć miasto.
Drugi charakterystyczny moment to zbieg ulicą Podleśną i dalej Wisłostradą - po prawej mijamy Cytadelę i wbiegamy na Most Gdański. Ten odcinek zawsze zostaje w głowie, trochę jak punkt kontrolny dalszej części biegu.
Na trasie cztery razy próbowała mnie złapać Monika - podobno krzyczała 😉 - ale w tłumie kompletnie jej nie wypatrzyłem. Dopiero na Błoniach, tuż przed metą, w końcu się udało.
Plan na bieg był prosty: spokojny początek i stopniowe przyspieszanie. Pierwsze 5 km w okolicach 6:30, potem schodzić co odcinek o jakieś 10 sekund i zamknąć całość średnią w okolicach 6:15. Wyszło… inaczej.
Już od startu tempo było bliżej 6:10 i mimo że wydawało się luźno, to systematycznie rosło. Pierwsza piątka wyszła w okolicach 6:00, druga jeszcze szybciej - momentami schodziłem do 5:50 i zacząłem się zastanawiać, jak długo to utrzymam. Druga piątka zamknęła się w około 5:54 i wtedy zaczęło się odcinanie.
Od 10 km nogi coraz bardziej dawały znać o sobie, ale jeszcze dało się biec. Kryzys przyszedł w okolicach 14 km - największy podbieg na trasie (?), tempo już wyraźnie spadało i głowa podpowiedziała: „możesz kawałek podejść”. I to był moment, w którym mentalnie puściło. Od tego miejsca pojawiło się jeszcze kilka krótkich, około 100-metrowych odcinków marszu.
Do tego pogoda. Spodziewałem się 5-7 stopni, a wyszło ponad 10 i pełne słońce, praktycznie bez cienia. Na biegu było za ciepło, za to po mecie - klasycznie - słońce się schowało i zrobiło się chłodno.
Końcówka też nie była idealna. Przyspieszyłem trochę za wcześnie, około 19,5 km i jakieś 600 metrów przed metą musiałem jeszcze raz przejść do marszu na chwilę. Samo wbiegnięcie na metę już pod kontrolą - nawet udało się złapać dobre ujęcie na zdjęciu, bez wyglądania jakbym umierał 😉 Tętno trzymało się w ryzach, ale nogi były już mocno zmęczone.
Finalnie średnie tempo wyszło 6:09, więc teoretycznie lepiej niż plan. W praktyce - wykonanie do poprawy.
To nie był bieg pod wynik. Raczej trening wpleciony w sezon, który teraz kręci się wokół pływania i triathlonu, z Wisłą 1200 w lipcu i Bisonem 100 km w październiku gdzieś w tle. Wytrzymałość się przyda, ale sam półmaraton - w tym momencie - nie był konieczny.
Zostaje lekki niedosyt, ale taki uczciwy. Niepoparty treningiem, więc trudno oczekiwać więcej. Z drugiej strony widać, że zejście poniżej 2 godzin w tym roku jest w zasięgu - tylko trzeba to zrobić mądrzej i… po prostu pobiegać trochę więcej.




Pierwsze gminobranie w tym roku

Sobota, 14 marca 2026 · Komentarze(0)
Dzisiejszą trasę zacząłem w Wyszkowie. Lubię to miejsce jako start - Bug, lasy, trochę miasta, trochę już poza nim. Wystarczy wyjechać kilka kilometrów i asfalt zaczyna się mieszać z piaskiem, drogi robią się mniej oczywiste, a teren sam podpowiada kierunek jazdy. Na pierwszy dłuższy wyjazd po zimie - idealnie.

Z Wyszkowem mam zresztą swoją rowerową historię. Pierwszy raz byłem tu przejazdem w maju 2019, kiedy jechałem rowerem z Warszawy do Małkini na wesele - z garniturem w sakwach 😄. Drugi raz wróciłem tu dwa lata temu, ruszając na majówkę wioślarską do Mielna koło Grunwaldu. To był start mojej dwudniowej dojazdówki, podczas której „kolorowałem gminy”. I coś czuję, że jeszcze tu wrócę - tym razem nie na rower, tylko na wodę. Bug aż się prosi o spływ, czy to kajakiem, czy pontonem (tego jeszcze nie mam, ale temat siedzi z tyłu głowy).
Spec dalej w serwisie, więc pojechałem na Felcie. I w sumie dobrze się złożyło, bo trasa była dokładnie taka, jakiej się spodziewałem: dużo offroadu, leśne dukty, łąki, pola, trochę piachu, trochę błota i przeplatane tym odcinki asfaltowe - od bardzo przyjemnych po takie, które przypominają, że Mazowsze to nie tylko nowe drogi.

Pogoda bardzo na plus - słońce, temperatura w sam raz - tylko wiatr momentami jakby miał własny plan treningowy i uparcie wiał w twarz. W połowie, mniej więcej na 55. kilometrze, zrobiłem dłuższą przerwę na obiad. Całość traktowałem raczej turystycznie - gminobranie + sprawdzenie, jak noga reaguje na 100+ km po zimie, bez ścigania czy robienia wyniku.

Organizm szybko przypomniał, że jeszcze nie wszystko działa jak trzeba. Na początku odezwały się dolne plecy, później kark. Teraz, kilka godzin po powrocie, to już bardziej zmęczenie niż ból, ale sygnał jest jasny - pozycja, stabilizacja, core, to wszystko jeszcze do poprawy. Felt ma u mnie trochę nietypowy setup - dodatkowe hamulce na górze, więc mogę jechać jak na prostej kierownicy (tylko węziej) albo klasycznie na baranku. Dzisiaj sporo jechałem „na górze”, ale pierwszy raz zacząłem się też bawić dolnym chwytem na prostych asfaltach. I tu zaskoczenie - było dużo stabilniej i pewniej, niż się spodziewałem.

Do Ciechanowa dojechałem przed 17. To nie była moja pierwsza wizyta tutaj na rowerze. Pierwszy raz byłem tu w 2020 podczas jazdy Władysławowo → Warszawa - moje pierwsze 400 km w dwa dni. Drugi raz kilka miesięcy później, na wycieczce z Vagabundusem przez Czeruchy i Opinogórę. Teraz trzeci raz, już w zupełnie innym kontekście - spokojniejsza jazda, test po zimie, bez ciśnienia. 

Na miejscu szybki rzut oka na wieżę ciśnień i centrum nauki (polecane przez kolegę - i faktycznie warto), a potem już powrót pociągiem do Warszawy.


































Morsman - triatlon zimowy

Niedziela, 19 stycznia 2025 · Komentarze(0)
Zapisałem się na zimowy triathlon Morsman (200 m / 20 km / 5 km). Do Trzebini przyjechaliśmy w sobotę. Wieczorem organizatorzy jeszcze zapewniali, że trasa pływacka będzie gotowa na niedzielę. Niestety był mróz i mimo czyszczenia toru w zalewie Balaton, ten cały czas zamarzał. Ryzyko było proste: ostre kawałki lodu mogły przeciąć skórę i zniszczyć pianki. Szkoda, bo pływanie było najciekawszą częścią całego wydarzenia.
Jak tylko ogłosili, że pływanie jest anulowane, to i tak postanowiłem wejść do wody - chociaż na szybkie morsowanie w przeręblach. Skoro już przyjechałem, to chciałem poczuć temperaturę na własnej skórze.
Pierwszy etap to był bieg, około 1,5 km dookoła zbiornika. Kilka podbiegów, kilka zbiegów, nie była to płaska trasa. Potem wskoczyłem na rower - trasa terenowa, więc wziąłem Speca, pierwszy raz od kilku lat w realnym użyciu. Dwie pętle po około 10 km, trochę błota, trochę szutru, trochę lodu. Dokładnie to, czego się spodziewałem po zimowym triathlonie.
Trzeci etap to znowu bieganie, tym razem około trzy pętle. Nogi już czuły rower, ale tempo było stabilne.
Bardzo zadowolony, że wystartowałem. Na pływanie jeszcze przyjdzie czas - tym razem warunki wygrały, ale cała reszta była dobrą przygodą.














Główny Szlak Kampinoski [trekking]

Sobota, 24 sierpnia 2024 · Komentarze(0)
W piątek po pracy spotkaliśmy się z Mackiem na Śródmieściu. Plan był prosty - Kampinos na raz, noc w hamakach przed startem i zobaczymy, co z tego wyjdzie. Z Sochaczewa pokonaliśmy 10 km do Plecewic, gdzie znaleźliśmy miejsce przy Bzurze i rozwiesiliśmy hamaki. Tydzień wcześniej planowałem kupić tarpa, ale zamiast tego kupiłem namiot/moskitierę do mojego hamaka – nie mogłem się doczekać, aby to przetestować! Po szybkiej kolacji poszliśmy spać około 22:00.
Sobotni poranek nadszedł szybko i chociaż zegarek wskazywał 5:30 rano, zimno sprawiło, że chcieliśmy zostać zwinięci w ciepłych śpiworach. Noc w hamaku wyszła idealnie - bez deszczu, bez wiatru i bez ani jednego komara. Namiot wyglądał na OK, ale przy takiej pogodzie nie było jak sprawdzić go w deszczu.
Pierwszy etap dnia to 4 km do Brochowa, oficjalnego punktu początkowego Głównego Szlaku Kampinoskiego. Po zaopatrzeniu się w niezbędne rzeczy ruszyliśmy dalej. Na 10 km minęliśmy Osadę Puszczańską, ale ruszyliśmy dalej – nie było czasu na wczesne postoje! Po 15 km już nie było dyskusji - siadamy. Zatrzymaliśmy się w Famułkach Królewskich przy małym sklepie. Zimny napój i odpoczynek na ławce były dokładnie tym, czego potrzebowaliśmy. Było ponad 30°C, plecaki ciężkie (mój ważył około 9 kg, plus 3 litry wody i trochę przekąsek) i każdy cień zaczynał wyglądać jak luksus. Korzystaliśmy z wiatek co jakieś 5 km.
Najdłuższą przerwę mieliśmy w Górkach, mniej więcej w połowie drogi. Znaleźliśmy miejsce w pobliżu zamkniętego sklepu, zaparzyliśmy kawę i zjedliśmy kanapki. W pewnym momencie podjechał samochód-lodziarnia, a my skorzystaliśmy z okazji, żeby ochłodzić się lodami. Zapytałem o wodę, ale ich nie było. Na szczęście usłyszał to mieszkaniec kupujący lody i uprzejmie zaproponował nam dwie butelki, które kupił wcześniej – ratunek w tym upale!
Roztoka, 44 km, była naszym kolejnym dużym przystankiem. Stamtąd zostało nam około 20 km do mety. Liczyliśmy, że zostały jakieś 4 godziny marszu. Do kolejnej wiaty było jeszcze 10 km, więc poszliśmy bez przerwy. Po Karczmisku dotarliśmy do Palmir, a następnie ostatnie 10 km wydawało się myląco krótkie, chociaż nasze nogi przypominały nam, że przeszliśmy już ponad 50 km. Poszliśmy dalej i dotarliśmy do pętli autobusowej w Dziekanowie Leśnym. Na mecie już bez filozofii - po prostu ulga, że koniec.
Sam szlak był mieszanką leśnych ścieżek i trochę asfaltu, z kilkoma pagórkami – jednak nic trudnego, z całkowitym wzniesieniem 314 metrów. Ogółem zajęło nam to 15 i pół godziny, z czego około 13 godzin to rzeczywisty marsz, ze średnią przyzwoitą prędkością 5,1 km/h.














Dzień 3 Kędzierzyn-Koźle -> Sosnowiec

Wtorek, 30 lipca 2024 · Komentarze(0)
Trzeciego dnia moja podróż rozpoczęła się od odcinka Kędzierzyn-Koźle – Racibórz. Początkowo jechałem drogą wojewódzką, ale na szczęście niedługo potem zjechałem na spokojniejsze lokalne drogi. Po przejechaniu około jednej trzeciej dystansu zatrzymałem się w Raciborzu na obfite drugie śniadanie.

Z Raciborza udałem się do Rybnika, pokonując kilka podjazdów, które sprawiły, że moje nogi błagały o odpoczynek. W Rybniku pozwoliłem sobie na lody na rynku, ale betonowy plac przypominał patelnię, a temperatura odczuwalna osiągnęła około 40°C.

Uznając, że mam już dość upału, ponownie zmieniłem nawigację z szosy na gravela i szukałem schronienia w lesie. Cień drzew obniżył temperaturę o dobre 10°C, dzięki czemu jazda stała się o wiele przyjemniejsza pomimo nierównej nawierzchni.

Ostatnie 20 kilometrów przejechałem miejskimi ścieżkami rowerowymi. Tuż przed dotarciem do Sosnowca, trafiłem na 2-kilometrowy odcinek lasu i wtedy moja przednia opona postanowiła się poddać. Gdy do stacji kolejowej zostały mi tylko 4 km, złapałem gumę. Na szczęście miałem mnóstwo czasu, żeby ją naprawić i zdążyć na pociąg powrotny do Warszawy.
To był kolejny dzień pełen przygód, pokonując satysfakcjonujący dystans i kończąc się odrobiną wyzwania, żeby było ciekawie.

Podsumowując, z Sulechowa do Sosnowca, była to fajna przygoda na dystansie 500 km rozłożona na 3 dni: 20 km dnia zerowego, a następnie 180 km, 170 km i w końcu 130 km. Co za jazda!












Dzień 2 Wrocław -> Kędzierzyn-Koźle

Poniedziałek, 29 lipca 2024 · Komentarze(0)
Drugiego dnia pozwoliłem sobie na odrobinę snu, budząc się o spokojnej godzinie 5. Wyruszyłem tuż przed 6, gotowy na dzień rowerowych przygód. Tym razem planowałem bliższe trzymanie się Odry. Przez pierwsze 60 km jechałem pierwotną trasą, zaczynając od przejazdu przez Oławę. Tam zjadłem drugie śniadanie w postaci jajecznicy w uroczym barze mlecznym.

Następnie zatrzymałem się na dłużej w Brzegu. Drogi wojewódzkie były bardziej ruchliwe, niż bym chciał, więc postanowiłem wytyczyć nową trasę do Opola. Spodziewając się szutrowych i leśnych ścieżek, byłem mile zaskoczony, jadąc głównie gładkim asfaltem. Odcinki leśne zapewniły miłą odskocznię od upału, który wzrastał do ponad 30°C, co stanowiło ostry kontrast z poprzednim dniem, kiedy pogoda była chłodna (ok 20°C) i deszczowa. W Opolu zrobiłem sobie kolejną przerwę, wspominając moją ostatnią wizytę miesiąc wcześniej podczas maratonu wioślarskiego Opole-Wrocław z moimi przyjaciółmi z klubu wioślarskiego.

Za Opolem postanowiłem ponownie unikać dróg wojewódzkich na odcinku do Kędzierzyna-Koźla, wybierając bardziej zalesione ścieżki. W Kamieniu Śląskim odwiedziłem malowniczy Pałac Odrowążów i spotkałem innego rowerzystę, więc zrobiliśmy sobie zdjęcia na wzajem.

Czując się dobrze po 140 km, postanowiłem zmierzyć się z Górą Świętej Anny, wyzwaniem, którego początkowo planowałem pominąć. Pięciokilometrowy podjazd został wynagrodzony oszałamiającym Sanktuarium Świętej Anny na szczycie, po którym nastąpił długi zjazd do Leśnicy. Stamtąd wybrałem okrężną drogę do Kędzierzyna-Koźla, gdzie spędziłem noc.
Drugi dzień to malownicze i pełna przygód 170 kilometrów.














Dzień 1 Zielona Góra -> Wrocław

Niedziela, 28 lipca 2024 · Komentarze(0)
Pierwszy dzień rozpoczął się przed świtem. Obudziłem się przed 5, szybko zjadłem śniadanie i ruszyłem w drogę tuż po 5. Niedziela pierwotnie zakładała malowniczą przejażdżkę wzdłuż Odry, ale prognozy zapowiadały deszczowy dzień, więc zmieniłem plany. Zamiast ruchliwych dróg wybrałem drogę serwisową wzdłuż S3.

Deszcz zaczął padać wcześnie i miał się nie zmienić do południa. Wtedy też wiatr miał zmienić kierunek na południowo-wschodni, idealne wsparcie wiatru w plecy. Moja trasa prowadziła z Wrocławia do Nowej Soli, a następnie do Nowego Miasteczka, gdzie wjechałem na drogę serwisową, ciesząc się minimalnym ruchem.

Mżawka zmieniła się w deszcz, gdy wjeżdżałem do województwa dolnośląskiego. W Polkowicach schroniłem się na stacji Orlen, aby napić się gorącej kawy, dzieląc schronienie z grupą motocyklistów. Zbliżając się do Lubina, deszcz zaczął ustępować, dając mi krótkie suche okresy. Zrobiłem sobie dłuższą przerwę w Lubinie, chociaż opcje kulinarne ograniczały się do Żabka Cafe, Orlen Cafe, barów z kebabem czy McDonald's.

Za Lubinem wróciłem na swoją pierwotną trasę, przejeżdżając przez Ścinawę i Brzeg Dolny. Po południu słońce triumfalnie powróciło, szybko susząc moje ubrania i pozwalając mi zdjąć kurtkę przeciwdeszczową. Niedaleko Wrocławia cieszyłem się spokojnym odcinkiem leśnym i dotarłem do mojego zakwaterowania około godziny 17:00. Wieczorem jeszcze wybrałem się na Stare Miasto na zasłużoną kolację. Łącznie pokonałem 180 km tego pełnego przygód pierwszego dnia.










Dzień 0 Sulechów -> Zielona Góra

Sobota, 27 lipca 2024 · Komentarze(0)
Od dłuzszego czasu myślałem o przejechaniu rowerem z Zielonej Góry do Katowic. Południowy zachód Polski był dziurą na mojej mapie rowerowej, czekającą tylko na zapełnienie. Zawsze o tym myślałem, ale nagle urlop mnie zaskoczył. Już prawie zdecydowałem się na dwudniową wycieczkę w okolicach Warszawy, gdy mnie olśniło — to była moja jedyna szansa w tym roku, aby połączyć na mapie Zieloną Górę z Katowicami.
Nie tracąc chwili, kupiłem bilet PKP do Sulechowa i powrotny z Katowic, a następnie zanurzyłem się w planowaniu trasy. Wybrałem Sulechów, ponieważ podczas zeszłorocznej wyprawy ze Świnoujścia do Poznania był to mój najdalej na południe wysunięty punkt. Aby połączyć linie na mapie, musiałem zacząć właśnie tam.