W niedzielę rano pojechaliśmy przez Dębki, Białogórę i w Lubiatowie znowu wjechaliśmy na plażę. Była tak ubita, że kilka kilometrów udało nam się przejechać bez problemu. Wykąpałem się w morzu (nie był innej opcji, skoro już tam byłem), ciężko było. Dalej pojechaliśmy pomiędzy morzem a Jeziorem Sarbsko i popołudniu dojechaliśmy do Łeby gdzie znaleźliśmy kwaterę.
W sobotę rano we trójkę (razem z koleżanką z Gdańska) popłynęliśmy promem na Hel. Sobotni poranek był deszczowy, ale skoro już trochę czasu nam dojazd zabrał to nie poddaliśmy się. Przestało padać jak dojechaliśmy do Juraty i weszliśmy na molo. Dalej pojechaliśmy przez Władysławowo i w Chłapowie wybraliśmy się na plażę. Pierwszą noc spędziliśmy w Zamku w Krokowej, do czego nas po trosze zmusiła wielka ulewa.
Po kilka dniach pobytu w domu pojechałem z Tatą nad Bałtyk, żeby pojeździć sobie na rowerze. Ta wycieczka nie była planowana w Australii, wyszła spontanicznie w Polsce. W piątek pojechaliśmy pociągiem do Gdańska i tam spędziliśmy pierwszą noc.
Ostatniego dnia pojechaliśmy w stronę Hrebennego przez Siedliska. Na mapach jest tam zaznaczona droga wojewódzka nr 867 niestety jest to zmyłka, gdyż momentami ledwo się rowerami mieściliśmy między krzakami :) Hrebenne tylko minęliśmy i pojechaliśmy prosto do Bełżca gdzie czekał na nas pociąg.
W Warszawie zameldowaliśmy się ok 21.30. Ze wschodniego miałem jeszcze do przejechania ok 17 km.
Cała wyprawa zakończyła się ze stanem licznika 440 km.
W sobotę rano udaliśmy się do Horyńca Zdroju, skąd po krótkim odpoczynku pojechaliśmy dalej do Werchratej w Południoworoztoczańskim Parku Krajobrazowym. Tutaj nocleg znaleźliśmy w schronisku młodzieżowym czyli szkole podstawowej. Nocleg nie był drogi, całe 8 złotych. Nam trafiła się klasa geograficzno-matematyczna. Po obiedzie pojechaliśmy jeszcze na krótką przejażdżkę po okolicy. W połowie drogi złapała nas burza i lekko przemoczeni wróciliśmy do pokoju po ok 2 godzinach.