Wpisy archiwalne w miesiącu

Kwiecień, 2026

Dystans całkowity:318.66 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:18:01
Średnia prędkość:17.69 km/h
Maksymalna prędkość:51.41 km/h
Suma podjazdów:1323 m
Suma kalorii:9064 kcal
Liczba aktywności:16
Średnio na aktywność:19.92 km i 1h 07m
Więcej statystyk

ride2work

Wtorek, 14 kwietnia 2026 · Komentarze(0)

ride2work

Wtorek, 14 kwietnia 2026 · Komentarze(0)

Wycieczka do Lasów Chotomowskich

Niedziela, 12 kwietnia 2026 · Komentarze(0)
Kategoria [blog]
Dzisiaj umówiłem się z Gosią na spokojną jazdę po Lasach Chotomowskich. Muszę znowu przyzwyczaić się do jazdy na góralu po ostatnich latach spędzonych głównie na szosie.
Spotkaliśmy się przy moście Grota i ruszyliśmy wałem wzdłuż Wisły w stronę Rajszewa. Początek typowo dojazdowy - trochę kostki, trochę asfaltu - ale im dalej, tym robiło się przyjemniej. Wał zarastał trawą, pojawiało się więcej zieleni i mniej miasta.
Dopiero po wjeździe do lasu poczułem, że o to właśnie chodziło. Jazda była wolniejsza i cięższa niż na szosie, ale jednocześnie dużo spokojniejsza. Cisza, brak asfaltu i ten leśny klimat robiły robotę. Gosia pokazała mi też kilka odcinków singli. To nigdy nie był mój ulubiony typ jazdy, ale po kilkunastu latach przerwy fajnie było znowu tam wrócić.
To nie była jazda treningowa ani „robienie wyniku”. Bardziej spokojne kręcenie po lesie i przypomnienie sobie, że rower nie zawsze musi oznaczać średnią prędkość i asfalt.
Mniej więcej w połowie trasy zatrzymaliśmy się przy sklepie na grochówkę. Z zewnątrz wyglądał zupełnie zwyczajnie, ale w środku okazało się, że oprócz zakupów można dostać też gorącą zupę i nawet normalne jedzenie.
Po jeszcze kilku leśnych odcinkach pojechaliśmy w stronę Pałacu w Jabłonnie. Bywałem tam już wiele razy - również przy okazji parkrunów - ale kawa i serniczek po kilku godzinach jazdy po lesie dalej smakują tam bardzo dobrze. Taki klasyczny „checkpoint” przed powrotem do Warszawy.
Powrót znowu wałem nad Wisłą. Pod koniec czułem już zmęczenie i przez chwilę rozważałem dokręcenie do 100 km, ale ostatecznie wygrała najkrótsza droga do domu.
Finalnie wyszło około 90 km.
Ten dzień przypomniał mi jedną rzecz - jazda na XC po prostu nie będzie tak szybka, jak wyobrażałem sobie to wcześniej przy myśleniu o Wiśle 1200. Ale może właśnie o to chodzi.
















Wielkanocne kręcenie na Podlasiu. Augustów -> Sokółka

Sobota, 4 kwietnia 2026 · Komentarze(0)
Kategoria Zalicz Gminę
W piątek po pracy wsiadłem w pociąg do Augustowa. Nocleg w tym samym miejscu co rok temu - sprawdzona opcja, pięćdziesiąt metrów od stacji. Pobudka o piątej, wyjazd o szóstej. Robiło się już widno, ale było cicho - tylko ptaki i chłód. Termometr w okolicach zera, odczuwalnie poniżej. Ręce marzły na tyle, że momentami jechałem jedną ręką, a drugą rozgrzewałem w ruchu. Po siódmej zrobiło się trochę przyjemniej, ale wiatr skutecznie pilnował, żeby nie było za łatwo. Warstwy ubrań zostały ze mną do końca dnia.

Plan był prosty - około 150 km podzielone na trzy odcinki: Augustów - Nowy Dwór - Sokółka - Wasilków. Przy okazji gminobranie i dalsze testy Speca. Pierwsze kilkanaście kilometrów po asfalcie i ścieżkach rowerowych - rozgrzewka. Ale dopiero gdy odbiłem w las, jazda zaczęła mieć sens. Ten rower ewidentnie lubi teren bardziej niż asfalt, a ja razem z nim.
.
Po drodze krótkie zatrzymanie przy bunkrach z Linii Mołotowa. Minąłem je za pierwszym razem i musiałem zawrócić - były trochę z boku drogi, lekko zarośnięte. Dwa schrony z Grodzieńskiego Rejonu Umocnionego - radzieckich fortyfikacji z lat 1940–1941, budowanych w pośpiechu po przesunięciu granicy ZSRR na zachód. Szybki postój, kilka zdjęć i dalej.

Dalej Podlasie w swoim rytmie - stare młyny, pojedyncze cerkwie, cmentarz choleryczny gdzieś po drodze. Te cmentarze to ślady po epidemiach XIX wieku, zawsze lokowane z dala od wsi, skromne, często oznaczone jednym krzyżem. Cerkwie od razu zmieniają klimat - widać, że to pogranicze kultur, gdzie prawosławie, katolicyzm i islam funkcjonują obok siebie od setek lat.

W Dulkowszczyźnie zwykła wieś nagle nabiera znaczenia, kiedy wiesz, że w latach 1943–1944 Anna i Stanisław Krzywiccy ukrywali tu rodzinę Trachtenbergów. Ryzykowali wszystko. W 2009 roku zostali odznaczeni medalem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Z siodła tego nie widać, ale świadomość zostaje.

Do Nowego Dworu pierwsze pięćdziesiąt kilometrów poszło sprawnie. Miejscowy kościół ma korzenie sięgające 1504 roku, kiedy fundował go Aleksander Jagiellończyk - jedna z najstarszych parafii w okolicy. Z zewnątrz wygląda zwyczajnie, ale pod tynkiem jest pięć wieków historii. Obok stoi cerkiew św. Jerzego, typowa dla tego regionu: niewielka, zadbana, z ikonami przy wejściu. Wschodni akcent, który od razu przypomina, że to pogranicze kultur.

Potem zaczął się drugi akt dnia - wiatr w twarz praktycznie bez przerwy i coraz więcej podjazdów. Patrząc na wykres, wyszło mi prawie trzydzieści kilometrów ciągłego „pod górę”. Tempo siadło fizycznie, a głowa zaczęła dorzucać swoje argumenty.

W okolicach Sidry mijam stare młyny - jeden z XIX wieku, drugi z 1890 roku, który spłonął w 1987. Zostały tylko mury i mechanizmy przy wodzie. Typowy podlaski miks: natura, historia i ruina w jednym kadrze.

Do Sokółki dojechałem zmęczony. Zatrzymałem się przy ratuszu, żeby coś zjeść. Ratusz z XIX wieku, klasyczna małomiasteczkowa architektura. W centrum stoi też cerkiew św. Aleksandra Newskiego — biała, z kilkoma złotymi kopułami, w stylu charakterystycznym dla końca XIX wieku, kiedy Sokółka była ważnym punktem administracyjnym w Imperium Rosyjskim. Widać to od razu po detalach. I wtedy zaczęło padać. Lekko, ale po całym dniu w wietrze to wystarczyło.

Plan zakładał jeszcze około pięćdziesięciu kilometrów przez Puszczę Knyszyńską, ale było jasne, że tam nie nadrobię czasu. Przez chwilę myślałem, żeby podjechać jeszcze do meczetu w Bohonikach - drewnianej świątyni tatarskiej z 1873 roku, jednego z dwóch najważniejszych miejsc polskich Tatarów. Ale akurat przejeżdżałem obok stacji. Deszcz, zmęczenie i świadomość, że czeka jeszcze rodzinny obiad, przeważyły - wsiadłem do pociągu.

Bez niedosytu. Raczej ulga i poczucie, że to była dobra decyzja.

Dzień był też dobrym testem sprzętu. Rogi - zdecydowanie najwygodniejsza pozycja przez większość czasu. Lemondka po rozszerzeniu zaczęła mieć sens - na płaskim asfalcie dawała chwilę odpoczynku dla pleców, chociaż używałem jej raczej krótkimi odcinkami. W terenie wracałem do klasycznego chwytu - dla kontroli, hamulców i przerzutek. Spec ewidentnie lubi teren bardziej niż asfalt i to mi pasuje.